ZĄBKI – 11-06-2005 18:48:22

W poniedziałek kanał Kultura, wieczorem jadę do Sosnowca, we wtorek rano Uniwersytet Śląski, wieczorem Kraków, Bunkier sztuki, w środę dentysta, potem jadę do Gdyni, w czwartek w nocy jestem z powrotem w Warszawie. Jestem tak dostrojona, że mogłabym pracować jeszcze długo w nocy, mogłabym spakować się i następnego ranka jechać gdzieś dalej. Bardzo dużo wyborów do dokonania po drodze i staram się nie myśleć, co by było gdyby. Odpowiedzialność boli i to może czasem sprawiać, że ludzie dokonywania wyboru się boją, popadają w jakieś „co nie zrobię, to źle”, ale chyba dlatego, że jakiś dylemat, lub seria dylematów skojarzyła im się z przeszłą jakąś, choć niezaleczoną ogromną przykrością. Gdy tymczasem trzeba wybierać, ryzykować i wybierać i uważać na to, co się robi, i nie zapominać.
Kanał Kultura, co za przyjemność. Ich czworo, Kinga Dunin, Sierakowski, jedna starsza pani germanistka i jedna młoda laska. Ubrani na codzień, nie od święta, przewidywałam to, więc myślę: Co za ulga, nie trzeba się stroić. Nie stosują infantylnych pytań, rozmowa jest żywa, jak w programach telewizyjnych, które ogląda się w języku francuskim, niemieckim. Kłócą się i krzyczą, na szczęście, tylko na siebie nawzajem. Gdy brakuje mi trafnej odpowiedzi, zawsze znajduje ją któreś z nich. I tak dowiaduję się, że napisałam sztukę dlatego, że historia Komornickiej często rozgrywa się pozawerbalnie, często w rozmaitych momentach nie ma na nią języka (myślę wtedy momentalnie, że „mowa pęka”, jak to ujął Gombrowicz, ale nie wtrącam się), ale właśnie te wszystkie sprawy, na które brakuje słów, można bardzo dobrze przedstawić scenicznie, jako sytuacje. Świetnie, no to już wiem, co na takie pytanie odpowiadać. Po nagraniu, w pokoju-poczekalni, jestem już tak rozochocona, że siedząc na stole śpiewam ze dwie piosenki, z których Ząbki okazują się przebojem. Po chwili wracam do sali nagrań, dogrywamy. Nagle siedzę na tym tronie, przed stołem, który jest już pusty i produkuję Ząbki, które na szczęście śpiewać można trochę bez rytmu i nie zawsze trzymając tonację, byleby zmieścić się w szesnastu taktach. Kończę i dostaję oklaski od panów kamerzystów. Dziękuję, mówię: „To początek nowej kariery!” To żart, naturalnie - ani nowej bym tu nie chciała kariery, ani starej.
Ale jestem zadowolona, a program zostanie pokazany na tym kanale, którego nikt nie ogląda, bo nie wiadomo, jak go zamówić, za dwa dni, tradycyjnie, o 23. To nic, bo kiedy w Dobrych książkach rozmawiali o Homofobii po polsku, to rozmowa została puszczona jakoś tak przed trzecią w nocy. Szkoda kraju, w którym kultura jest aż tak sterowana politycznie, rozumiem, że trochę sterowania jest nieuniknione, ale żeby aż tak bez ogródek. Ale nic z tym nie można zrobić, nie ma tu żadnego pola wyboru, trzeba się godzić na tyle, albo nie mieć w ogóle nic. Potem jedziemy z Kingą do Szpulki, tam rozmawiamy trochę o Paryżu. O tym, że Agata Araszkiewicz miałą pretensje do uczestników o to, że popsuli jej konferencję i dała temu wyraz w „Czasie Kultury”. A przecież organizacja tego nie była znakomita. Można było zaprosić mniej uczestników, mniej gości, a wtedy starczyłoby kasy na tłumaczenie symultaniczne, znaleźć studentów, którzy zrobiliby za pół ceny to, bez czego inteligentnym, bystrym Francuzkom opadały skrzydła, a tempo nieuchronnie się zatracało. Agata wystąpiła w ostatnich Obcasach, zaprosiła gazetę do swojego domu. Psy i papugi, inteligentny, wyrafinowany wystrój, przy którym trudno, choćby wbrew sobie i na przekór nie podziwiać Kazi Szczuki, która przynajmniej na pewno na każdą rzecz w swoim domu zarobiła sama. Chcąc nie chcąc wyobrażam sobie „nasze latyfundia” opisane w tym samym stylu, powiedzmy, jako rodzinny dom pisarki: „A tu widzimy kran, przy którym dość oryginalnie brakuje prysznica! Gorąca woda wylewa się zatem wprost na plastykowe kurki z Klifu, które w takim razie zakręcać trzeba i odkręcać bardzo szybko, inaczej woda może poparzyć palce! Wanna solidna, żeliwna, pomalowana na seledynowo farbą do malowania statków, liczy sobie dobre czterdzieści lat!” I tak dalej, i tak dalej.
Jeszcze taksówka do domu, szybkie spakowanie się i na dworzec, żeby na siódmą dojechać do Sosnowca. Piękny, neoklasycystyczny (mam nadzieję, że mam rację), biały i olśniewający dworzec. Mogłoby to się dziać równie dobrze za kilka dni, ale ciągle jest poniedziałek. W strugach deszczu jedziemy do Kłosińskich, mijając dawną dzielnicę przemytników. Zostałabym tu dłużej, obejrzała to wszystko. Cóż, kiedy ojczyzna woła. W tym deszczu nie zdołamy ani dojechać, ani na pewno pójść na spacer nad trzy jeziorka (stawy, raczej?) ani nad rzekę, ani nad dawną granicę trzech zaborów, chociaż wszystkie te rzeczy interesują mnie niezmiernie. Staram się pamiętać wszystko, co mówi Krzysztof, o kopalniach w Mysłowicach, o hucie cynku. Ale oto jesteśmy w czymś, co przypomina mieszkanie z prospektu. Nic tu nie jest podrabiane, żadnej prowizorki. Wszystko nowe. Lśniący parket, porowate kafelki w łazience. Salon w stylu empire w salonie z widokiem na nadrzeczny pejzaż, ale obok funkcjonalny gabinet. Większość życia spędzili w mieszkaniu, które wyglądało strasznie, teraz mają. Krystyna wydała nową książkę o fantazmatach kobiecych, dostrzegam rozdział o Emancypantkach, za którą nie dostała nic. Doskonale sprzęgnięta para humanistów, nie da się w to włożyć palca, już lepiej włożyć palec między drzwi. Dla wprawy śpiewam im Ząbki, a Krzysztof mówi, że powinnam była do Mojego życia z Marią dopisać nuty, muzykę do tych kilku piosenek. Myślałam o tym przelotnie, ale dotąd nie widziałam odbiorców. Wszystko tu ładne, i stół, i okno, i miska z sałatą, a mnie staje przed oczami plakat, który wisi u Maxa w przedpokoju: Alicja wśród gigantycznych muchomorów, nad nią uśmiechnięty kot, na lewo królik w surducie, u spodu napis: We’re All Mad Here. Przede wszystkim nie wolno brać stron. Po obiedzie wszyscy rozchodzą się skwaszeni, ale nikt tu nie jest pokrzywdzony, ot po prostu sposób na rozładowanie trudności dnia. Wychodzenie rano z domu – cały teatr. A jest wtorek, sala rady wydziału już czeka, raczej pełna, mimo wczesnej godziny spotkania, dziesiątej rano. Wypuszczona na szeroką wodę, opowiadam, czytam i... dzieje się coś, czego nie było wcześniej, ekstaza publiczności, wybuchy śmiechu po praktycznie każdym zdaniu czytanych przeze mnie fragmentów dramatu. Może Księga Em to naprawdę sztuka elitarna, może trzeba po prostu z tym się pogodzić, bo ci intelektualiści, starsi panowie z brzuszkami, potrafią jednak wyczuć tę grę między pospolitością a wzniosłością, z której wybucha humor. I nieważne są „kwestie genderowe”, czy jakieś tam. Trafia to do nich na czysto zmysłowym poziomie, to uruchomienie zmysłów i intelektu zarazem. Nie mając czasu na nazywanie, potrafią to docenić. Na koniec, w tej okrągłej sali rady wydziału, przy okrągłym stole, z rozgrzanym po półtorej godziny mówienia głosem, na ukoronowanie prezentacji, śpiewam Ząbki. Ach, warto było dożyć tej chwili, gdy piosenka Odmieńca zabrzmiała w uniwersyteckiej Auli. W pięknej kobiecie siedzącej naprzeciwko rozpoznaję Krystynę Kralkowską-Gątkowską i nagle przez chwilę mam krótką powtórkę z obrony, tym razem swojej sztuki. Do jakiego stopnia mam prawo, jako autorka Księgi Em, naciągać fakty z życia Komornickiej na potrzeby tej sztuki? Prawo mam nieograniczone, jak mi się zdaje, zwłaszcza że bohaterką Księgi Em jest postać zwana Em, nie żadna Komornicka. Ale owszem, na przykład, w inicjalnej scenie brat bohaterki wymawia jej plan ślubu z Hirszbandem, podczas gdy o żadnym takim ślubie nie mogło być mowy, bo Jellenta był już żonaty. A co z framentem, gdy Polityk uwodzi Em politycznie za pomocą argumentu „Zostanie pan królem Polski”, pyta badaczka, jeśli w listach z Opawy, halucynacja, która się w nich ujawnia dotyczy najwyżej zostania następcą tronu? Otóż, wyjaśniam, Polityk nie mógłby uwieść Em tak mizerną obietnicą, cóż to by znaczyło: „Zostanie pan... następcą tronu”, nie jest to żadna obietnica, nie ma w niej nic atrakcyjnego, nie wiadomo, jak długo trzeba by jeszcze czekać. Co innego „król Polski”, to jest atrakcyjna propozycja. Ale gdy Spisek Koronacyjny rusza, wyjaśniam szybko dalej, Doktor okazuje się Królem, Matką Królową, natomiast Em, chcąc nie chcąc, zostaje wyrelegowany do roli następcy tronu, a potem nie dostaje nawet tego. W ten sposób zyskujemy serię nie dotrzymanych obietnic.
Na pociąg odprowadza mnie Michał, syn moich gospodarzy, którzy zostali na zebraniu rzeczonej rady wydziału. Inaczej nigdy nie zdołałabym go poznać. Tymczasem Kłosińskim wyrósł w domu skarb i po krótkich wahaniach nad japonistyką, postanowił zostać na razie studentem polonistyki, wkrótce polonistą. Opowiada z pewną żarliwością, że nie chce żyć w homofobicznym kraju, bo go to obraża, że irytuje go, gdy traktowany jest jako coś lepszego automatycznie, tylko dlatego, że jest mężczyzną. No pewnie. Zwierzam mu się, że gdybym miała być mężczyzną w takich warunkach, to by mnie ciągle mdliło, tylko bym zwymiotowała. Opowiada, że był pałowany, napadany przez Młodzież Wszechpolską, ale jest z tego dumny, jest po tej stronie, po której pragnie być. Siedzimy już wtedy w Złotym Ośle, a zaraz dochodzi i Urbanowicz. Czas zmienia go nieznacznie. Wybierając sałatki zwracam się do niego Mistrzu, żeby go rozbawić. Pamiętam, jak ten Złoty Osioł powstawał, utargu było tyle, że ledwo starczyło na opłacenie czynszu, ale teraz już całkiem inaczej, Urbanowicz nadał rangę miejscu, organizował tu spotkania z artystami, ale to zawsze był biznes jego żony, tak miało być. A teraz wyemigrowałby. Najchętniej zabierałby się stąd. Niezależny artysta w wieku emerytalnym, co ma tu robić, jeśli się uparł i żyje? Myślę: nie ma co czekać na tę chwilę, trzeba się stąd zabierać dopóki tego rodzaju pragnienia wyrażone na głos nie zaczną brzmieć trochę żałośnie, a trochę śmiesznie.
Przy jednym stoliku Ubranowicz, młody Kłosiński, dwie Moniki z Intacto, cieszę się, że tych ludzi ze sobą poznałam. ...aż zrozumiałem, że czuję się tu bezpiecznie, mówi młody Kłosiński, że to jest moja ziemia macierzysta. Ja nie czuję się tu bezpiecznie, paruje stary malarz. Mogę być tak długo bezpieczny, dopóki się nie wychylę. Idąc na dworzec zaczynamy pędzić, bo wiatr wieje nam w twarze i jedyny sposób, żeby nie urwał głowy, to przyspieszyć kroku. Urbanowicz odpada, nie może tak szybko chodzić, choruje na płuca. To jak radzisz sobie z ostatnim piętrem, pytam niemal z czułością. Żegnamy się więc, idziemy już z Michałem, aż zatrzymuję się trochę jak wryta: On choruje na płuca i pali?
A to już Kraków i ciągle jest wtorek, biorę taksówkę, żeby zdążyć na próbę, ale zostało jeszcze właściwie dużo czasu do naszej prezentacji. Jest tylko jedna z aktorek. Czytamy, ledwo słysząc się przez kawiarnianą muzykę, aż będziemy w komplecie i możemy zrobić próbę na dole w ciszy. Aktorki świetne, jedna, ta młodsza, Katarzyna, trochę za bardzo aktorska, ale może nie zauważyłam tego wcześniej, sama jej tak kazałam, to wtedy, w tej kawiarni, nie było za bardzo słychać. Druga, Aneta, ma trudniejszą rolę, jest Matką, Wąsowiczową, a w końcu Bogiem. Zdążymy przeczytać już i tyle, zdążę jeszcze wejść do toalety, zmyć z twarzy pociąg i zmienić koszulkę. Zaczyna się czytanie, Lech i Max są bardziej rozluźnieni niż trzy tygodnie temu w Le Madame, co ma swoje dobre i złe strony. Adrenalina jednak mobilizuje. Tym razem ledwo słyszę didaskalia czytane przez Maxa i zastanawiam się, czy w takim razie słychać go w ostatnich rzędach i jak mu o tym powiedzieć, aż zapominam wejść na czas ze swoją kwestią: Zabiłaś go! A przecież bardzo lubię z tą Anetą czytać. Podczas czytania skupieni, po wszystkim jesteśmy sobą nawzajem zachwyceni, tym niezwykle intymnym spotkaniem ludzi, którzy nie znali się wcześniej. Takie było to dobre i najogólniej przyjemne, to czytanie Księgi Em mogłaby trwać w nieskończoność, moglibyśmy tak jeździć z miasta do miasta i czytać, gdyby tylko ktoś za to nam płacił. Zastanawiam się, jak sobie z tym tak naprawdę radzą moi wydawcy, bo ja, to wiadomo, a poza tym, to moja książka, za sto lat Księga Em może być nawet bardziej żywa niż dziś, a że akurat jestem jej autorką, to jakaś chwała pośrednio na mnie spadnie, dostanę tablicę pamiątkową, kto to wie, ale co oni z tego wtedy będą mieli, przecież nic. Poznaję Igora Stokfiszewskiego właściwie w chwili, kiedy prowadzi ze mną rozmowę. Ma on taki pomysł, że te narody męskie i żeńskie, ten pomysł, będący podwaliną spisku koronacyjnego, ujawnia tu swoją przejrzałość, a co bym powiedziała na to, że Em, która wraz ze swoją przemianą ma się stać figurą przyszłej Polski, może się stać nią w istocie, że jej międzyrodzajowa obecność stanowi wzór jakiejś nowej politycznej formy istnienia. Publiczność słucha tego nie w trudnym do zniesienia wyobcowaniu, jak mi się zdaje, lecz w onieśmieleniu. Nikt nie zadaje pytań, nie rozumiemy dlaczego, potem dopiero wyjaśnione nam zostaje, że każdy wstydzi się wyskoczyć z czymś banalnym. Za to kończymy szybciej, co ma jakiś swój urok i po omówieniu wszystkiego co się da, z moimi ex-studentkami szukamy klubu, w którym we wtorek można potańczyć. Można, w rzeczy samej, nazywa się Kitsch i zajmuje całą kamienicę, oprócz zjawiającej się sporadycznie pary jesteśmy tu jedynymi gośćmi. Trudno nie przypomnieć sobie Utopii i nieruchomych twarzy poruszających się nieznacznie na parkiecie mężczyzn, trudno nie pomyśleć, że moje studentki, dla kontrastu, są żywe. Justyna nosi czarną sukienkę z szerokim, szydełkowym kołnierzem i buty typu „dziewczęta z Nowolipek”, włosy zwinięte w ślimaki nad uszami, i w tym stroju właściwym dla epoki Em poddaje się i rozpływa w muzyce puszczanej niestety... z komputera.
|