strona główna Poniedziałek, 6 września 2010 
strona główna
szukaj
  Archiwum talentów

 Imię
 Roman

 Nazwisko
 Maciuszkiewicz

 ur.
 1955

Studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie na Wydziale Grafiki w Katowicach. Dyplom uzyskał w 1980 r. Malarz, grafik, autor tekstów o sztuce publikowanych m.in. w "Opcjach", "Exicie", "Śląsku", "Dysonansach". W latach 1993 - 2001 współredaktor "Opcji". Autor 22 wystaw indywidualnych, brał udział w 70. prezentacjach sztuki w kraju i za granicą, na których otrzymał nagrody i wyróżnienia. Jego prace znajdują się m.in. w zbiorach: Muzeum Śląskiego, Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu, BWA w Katowicach, Muzeum Historii Katowic,
Rozgłośni Polskiego Radia w Katowicach, Teatru Śląskiego im. St.
Wyspiańskiego w Katowicach. Jest autorem opowiadań publikowanych w pismach literackich: "Fraza", "FA-art.", "Dekada Literacka", "Akant" oraz słuchowisk radiowych (Radio Katowice, 2001 r. - udział w II Festiwalu Teatru Radia i Telewizji, nominacja do finału, Sopot 2002; Radio Rzeszów - wyróżnienie w
konkursie na słuchowisko, 2001 r.) Mieszka w Katowicach.
KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
[ zobacz komentarze (1) ]  [ dodaj swój komentarz ]
OPINIE


Dostaliśmy opowiadania od artysty obrazu. One też są obrazami. Dlatego ich klimat tak pociąga. Polecamy!

PARNAS

TWÓRCZOŚĆ


PAMIĘĆ

TELEFON
Beniamin B. postanowił dzisiaj nie wychodzić z domu. Nie dlatego, że czuł się źle; czuł się źle codziennie i dzisiejsze samopoczucie Beniamina nie było ani gorsze, ani lepsze niż zazwyczaj. Postanowił, że nie wyjdzie z domu, bo czeka na ważny telefon. Mógł włączyć automatyczną sekretarkę, która jedwabistym głosem jakiegoś innego Beniamina, nieznanego Beniaminowi B., głosem pozornie oschłym, ale z nutą zagadkowości, głosem pozornie beznamiętnym, ale sunącym płynnie, lekko, jedwabiście, układającym się w słowa pełne obietnic, zachęty i pokusy poinformuje, że to numer taki a taki, mieszkanie tego a tego, że ten a ten w tej chwili nie może, ale jak tylko będzie mógł, to z pewnością, bez wątpienia oddzwoni. Lecz Beniamin nie włączył sekretarki, bo bardzo czekał na ten telefon i chciał odebrać go osobiście. Wiedział, że za chwilę, za parę minut, za pół albo najdalej za godzinę jego telefon odezwie się; wtedy pozwoli mu najwyżej na dwa, góra trzy dzwonki, podniesie powoli słuchawkę i spokojnym, może nawet nieco jedwabistym, ale na pewno opanowanym głosem, powie: “tak, słucham?”
Na razie telefon milczał. Beniamin usiadł przy oknie, zapalił papierosa, zerknął ukradkiem na słuchawkę aparatu telefonicznego (czasami słuchawki źle lądują na swoim miejscu, wtedy telefonujący słyszy ciągły sygnał – nie ma nikogo w domu, myśli dzwoniący – i wychodzi do sklepu, albo włącza telewizor, albo idzie do łazienki, a gdzieś jakiś Beniamin czeka nadaremnie, wpatruje się w nieprzydatne do niczego, kalekie urządzenie międzyludzkiej komunikacji i zaczyna w tę międzyludzką komunikację wątpić, bo nie wie, że to nie obojętność, niechęć lub zapomnienie, ale przypadek i nieuwaga, niezręczność zaledwie, drobiazg w sumie, niedokładność tylko) i poprawił, dla świętego spokoju, poprawioną już raz dzisiaj słuchawkę telefonu sprawdzając przy okazji, czy jest sygnał (no, bo może się zdarzyć, że na skutek awarii, chwilowej konserwacji urządzeń, zwykłego złodziejstwa albo niewybrednego żartu zidiociałych dowcipnisiów, linia telefoniczna gdzieś się przerywa, znika, zawiesza i choć wszystko, z pozoru, wydaje się w porządku – aparat telefoniczny jest na swoim miejscu, dobrze osadzona słuchawka również, przewody biegną do gniazdka, tkwią w nim mocno i pewnie, gniazdko tkwi bezpiecznie w ścianie, schowane w rogu pokoju – to gdzieś niżej, dalej, poza ścianami, murami, bez kontroli i sprawdzania, wystawiona na pastwę złej pogody, głodnych szczurów i złych ludzi, komunikacja międzyludzka zostaje definitywnie przerwana.
Ale sygnał w słuchawce był i Beniamin uważnie umieścił ją, po raz trzeci dzisiejszego poranka, na swoim miejscu. I wtedy poraziła Beniamina niezwykle odkrywcza myśl – przecież mógłby kupić sobie telefon komórkowy. Nie musiałby martwić się stanem przewodów telefonicznych, wyobrażać sobie szukających awarii, zlanych potem lub marznących, pracowników Telekomunikacji Międzyludzkiej S.A; nie musiałby sprawdzać prawidłowego odłożenia słuchawki, no i mógłby wyjść w każdej chwili z domu. No tak, ale przecież mógłby telefon zgubić, albo mogli mu go ukraść, mógłby też wyczerpać baterie, albo znaleźć się poza zasięgiem operatora. W każdym razie warto nad pomysłem zastanowić się; póki co ma jeden telefon, telefon ten milczy a jemu, Beniaminowi B., skończyły się papierosy. Patrzył przez okno, widział kiosk, w którym niemal codziennie kupował gazetę i papierosy, i zaczął zastanawiać się, co by takiego się stało, gdyby szybko do tego kiosku się udał, kupił co trzeba i równie szybko, albo jeszcze szybciej, wrócił do domu. Rozważał i kalkulował taką możliwość licząc, że telefon lada chwila zadzwoni. I telefon zadzwonił. Beniamin podbiegł do niego – trwało to jeden dzwonek. Odczekał drugi i podniósł słuchawkę: – Tak, słucham – powiedział spokojnym, może nawet nieco jedwabistym, ale na pewno opanowanym głosem. – Jadzia? Nie, Stefan? – Niestety, pomyłka. – Oooo, sory.
Trzask w słuchawce, przerywany sygnał. Może by teraz? Na dół po papierosy, cztery piętra w dół, dwadzieścia metrów w linii prostej, jakieś sześćdziesiąt w sumie, plus powrót. Albo nie, przecież nie chciało się jeszcze Beniaminowi tak bardzo palić. Przecież wytrzyma, cóż to za problem. Patrzył na kiosk, nikogo przy nim nie było. Może jednak? A jeśli zadzwoni? Włączy sekretarkę. I na dół. Beniamin narzucił marynarkę, zerknął na telefon, jakby chciał go sprowokować albo raczej powstrzymać, wcisnął guzik przywołujący Beniamina o jedwabistym głosie, otworzył drzwi i runął cztery piętra w dół, poleciał na łeb na szyję plącząc nogi, muskając dłonią poręcz, pędząc po instrumenty niezdrowego, kaszlącego nałogu, po zgubną używkę, po raka płuc albo krtani, po niewydolność układu krążenia, po zawał, po śmierć. Biegł po schodach myśląc o pozostawionym bez opieki telefonie, który może właśnie teraz dzwonił, włączał automatycznego, bezdusznego i nieprawdziwego Beniamina, jego nieprawdziwy, zalotny głos, jego nieszczerość i przymilną aksamitność. Pod kioskiem stało troje – troje! ludzi i Beniamin gotów był zawrócić, zrezygnować z palenia – co tam papierosy, kiedy być może teraz, w tej chwili, pod jego stopami, w kablach, przewodach biegnie sygnał, biegną słowa, na które przecież czeka; może trochę zwolnią wpinając się na czwarte piętro, wtedy je dogoni, wyprzedzi, zdąży. I Beniamin ruszył z powrotem. Przeskakiwał po kilka stopni naraz, pokonywał oporną przestrzeń, lewą ręką rozgarniał powietrze a ustami je wciągał. Potknął się kilka razy, z trudem panował nad oporem tej wielostopniowej, geometrycznej przestrzeni; jej zmultiplikowanego, skomplikowanego układu. W połowie czwartego piętra, już niemal u celu, usłyszał dzwonek swojego telefonu. Wiedział, że nie zdąży. Poddał się. “Dzień dobry. Mieszkanie Beniamina B. Niestety nie mogę teraz z tobą rozmawiać, zostaw więc wiadomość a oddzwonię na pewno”. Obleśnie przymilny Beniamin skończył, dał znać krótkim sygnałem, że jest gotowy i czekał. Beniamin B. wszedł do mieszkania i usłyszał kobiecy głos: “Posłuchaj, Beniaminie. Wiem, że tam jesteś, ale to bez znaczenia. Dzisiaj mijają trzy lata, więc należy to uczcić. Będziesz dzisiaj czekać i będziesz dzisiaj cierpieć”.
Beniamin stał nad aparatem telefonicznym i żałując, że nie kupił papierosów, usiłował zrozumieć. A właściwie wygrzebać z zakamarków pamięci właścicielkę głosu i swoje życie.

SEN
Beniamin mieszkał samotnie w wynajętej kawalerce na przedmieściach. Wieczorami często siadał przy otwartym oknie i, jeśli akurat nie miał nic do roboty, obserwował ulicę, słuchał odgłosów zza ściany lub czytał. Usiłował sobie przypomnieć, jak długo tu mieszkał i dlaczego. Ale jego kaleka pamięć rozpaczliwie miotała się w czasie, próbując uporządkować strzępy jesiennych wieczorów, zimowych poranków, sterty papieru i jakieś okruchy rozmów telefonicznych. Pamiętał kobietę mieszkającą z nim – kiedy? Być może było to podczas choroby, gdy, leżąc nieruchomo, godzinami oglądał sufit tego pokoju, śledził każdą jego nierówność, delikatne załamania światła, białe pejzaże i białe twarze, na które co jakiś czas nakładały się, pochylając nad nim, niebieskie oczy, kształtny nos i czerwone, mocno zarysowane usta wypowiadające jakieś słowa, wyginające się w zatroskany uśmiech i znikające, uciekające daleko w nieokreśloną, lepką przestrzeń snu. Sny pamiętał. Szczególnie ten z ogniem.
W ciemny, zimny i nieprzyjazny urodzinowy poranek Beniamin leżał w łóżku, wpatrując się w sufit znany mu tak dobrze, ale przynoszący co jakiś czas nowe obrazy. Tym razem sufit drgał refleksami płomienia ogrzewającego pokój. Kładł na nim chybotliwe plamki, delikatne cienie, pełgające ogniki. Spokojne, rozbłyskujące tylko co jakiś czas jaśniejszą iskrą, podsycone kroplą żywicy lub słoną łzą. Beniamin zamknął na chwilę oczy, kiedy otworzył je ponownie, sufit płonął. Spadał czerwoną, rozżarzoną powierzchnią, płaską taflą wściekłej czerwieni, pękającą nabrzmiałymi bąblami, syczącą odrywającymi się żagwiami, przelatującymi obok Beniamina z szyderczym dźwiękiem; niektóre, zatrzymane w pół drogi, wracały z powrotem, by za chwilę runąć w dół z jeszcze większym impetem, z jeszcze większą zawziętością. Sufit oszalał. Był teraz jednym wielkim ogniem rozchodzącym się, uciekającym symetrycznie na boki, ściekającym po ścianach kaskadami strumieni, czerwonych całą czerwienią świata, jej esencją, blaskiem wszystkich blasków, jasnością niepohamowaną, zamkniętą w niebywałej jednorodności i zmienności zarazem. Eksplodował kolorem, jakiego Beniamin nie znał, płonął gorącem, jakiego nie znał. Widział i czuł jasność czerwonego świata, Wielki Wybuch, wszystkie płomienie wszystkich ognisk, praogień, dziki ogień wszystkich wojen, ogień wszystkich kataklizmów, ogień szaleństwa, strachu i śmierci, chybotliwy żar gorących pragnień, namiętności, płomienne fale emocji, gorąc płonących ust i rozpalonych policzków, rozświetlone płomieniem umysły, fajerwerki pomysłów i ogień choroby. Widział ruchliwe języki, niecierpliwe, naglące; widział sedno koloru, słyszał krzyk powietrza i czuł podmuch płonącego wiatru. Nic nie trwało w stanie spoczynku – wszystko wirowało, pulsowało w piekielnym tańcu. I nagle pamięć Beniamina drgnęła, zabolała i spłonęła do końca. Jej zetlałe resztki, kruche i spopielałe, rozsypały się na pościeli. Płomień zgasł.
W końcu Beniamin wyzdrowiał, ale nie pamiętał niczego dokładnie poza uporczywymi telefonami i kobiecym płaczem w słuchawce. Pamiętał jesienny, deszczowy dzień, gdy trzyma na kolanach gazetę otwartą na stronie z nekrologami i, patrząc na coraz bardziej mokry i niewyraźny świat, pije ciepłą wódkę wprost z butelki. Kiedy to było? Dlaczego moja pamięć jest tak kaleka? – pomyślał Beniamin.

PRZYGOTOWANIA
– No tak – powiedział głośno i usiadł przy stole. Rozejrzał się po swoim pokoju i nie znalazł niczego, co pomogłoby mu uporządkować pamięć i przypomnieć kobietę. Postanowił zatem uporządkować pokój. Ochoczo zabrał się do sprzątania. Po co mu właściwie tyle papieru? Sterty zapisanych – to jeszcze całkiem zrozumiałe – kartek poniewierały się wszędzie, przykrywały biurko – miejsce swoich narodzin, stół z resztkami jedzenia, podłogę; sterty pustych, poukładane w nierówne sześciany, wspinały się na ściany, zastępowały nogę szafy, zastępowały krzesło, wieszak. Beniamin zaczął segregować te zapisane, ale gubiła mu się ich kolejność, nie mógł ich poukładać jak należy, zbyt dużo czasu zajęłoby szukanie strony 573-ciej, bo taka powinna nastąpić po 572-giej, gdy tymczasem natrafił na 47-ą, a wzrok przykuła mu 284-ta z jakimś wykresem, którego w ogóle nie rozumiał. Postanowił nie przejmować się na razie kolejnością, zbierał więc kartki jak popadnie, układał je w małe stosiki na biurku wokół maszyny do pisania, pod biurkiem i wokół niego, zataczał coraz większy krąg, oddalał się od epicentrum wybuchu – od czarnej maszyny do pisania marki Berlietti. Wpadł w jakąś mechaniczność, dziwnie regularną systematyczność układania. A działo się tak dlatego, że Beniamin przez cały prawie czas myślał o telefonie. To był telefon, na który tak czekał od rana, który nie pozwolił mu zjeść śniadania, kupić papierosów, ale który przede wszystkim poruszył zetlałą pamięć, kazał cofnąć się wstecz i choć, jak na razie, nie przyniosło to żadnych konkretów (Beniamin nie wiedział, kto do niego dzwonił, nie pamiętał jak długo tu mieszka, co oznaczają trzy lata, kiedy i po co zaczął pisać), to przecież kazało pamięci Beniamina wziąć się w garść. Kiedy poszedł na chwilę do łazienki i popatrzył na swoją twarz odbitą w popstrzonym przez muchy lustrze, oświetloną słabą żarówką dyndającą mu tuż nad głową, postanowił nie tylko się ogolić, ale wziąć kąpiel, może nawet pójść do fryzjera? Patrzył na swoje odbicie, patrzył na Beniamina B., na Beniamina o jedwabistym głosie, na Beniamina, który zapisał kilka setek stron papieru, na Beniamina, który zapomniał o papierosach, na Beniamina czekającego na telefon, na Beniamina myślącego o kobiecie, na Beniamina, który nie pamiętał tej kobiety, i który nie pamiętał swojego życia. Patrzył na zmierzwione włosy, wielodniowy zarost, zmarszczki wokół oczu, dwie bruzdy schodzące od nosa w dół i żłobiące twarz niczym dwa ślady noża. Długo mydlił twarze wszystkich Beniaminów, a potem jeszcze dłużej zeskrobywał tępą żyletką zarost, próbując odsłonić twarz prawdziwego Beniamina. Odkręcił kurek z ciepłą wodą, chwilę patrzył jak wanna spływa brudną krwią zardzewiałych rur. Zatkał odpływ i wrócił do pokoju, by skończyć układankę z wielu zapisanych stron papieru. Tuż przy maszynie do pisania znalazł kilka, sklejonych zaschniętą plamą kawy, kartek. Zaczął czytać.

DZIENNIK
2.02. Nie składa się. Rozsypuje, ulatuje, jakoś się rozdrabnia. Nerwowo i pospiesznie. Chwilami wydaje się, że jest lepiej. Wtedy mniej ucieka – zatrzymuje się, zamiera, zastyga. Trwa. Ale i tak beznadziejnie, chwilowo i lękliwie. Tak jakoś. Wypisuję setki niepotrzebnych słów. Składam wyrazy w zawiłe i karkołomne zdania bez sensu. Nadymam się nimi i puszę. Numeruję skwapliwie każdą stronę i upajam się bełkotem.
5.02 Wydaje mi się, że świat nie ma nic do powiedzenia, przestał istnieć, zachłysnął się z wrażenia, zgasił światło i tak pozostał.
8.02. Boli mnie głowa. Oderwała się od tułowia bezgłośnie, lekko i frywolnie. Dotknęła sufitu, obejrzała pajęczyny i wróciła. Szukam słów i kolorów pocieszenia, ale w takich przypadkach to nic nie pomaga. W każdym razie niewiele.
9.02. Wymiotowałem od rana. Nerwowo i pospiesznie. Tak jakoś uciekało ze mnie wszystko. Nie składało się. Bałem się. Zamierało, zastygało a potem i tak uciekało.
11.02. Poukładałem od nowa kartki papieru i nic. Cisza odśrodkowa. Pustka wręcz i tylko odliczanie. Nerwowe i pospieszne. Takie jakieś. Tęskno choćby za karkołomnymi zdaniami bez sensu. Za nadęciem i napuszeniem.
16.02. Kupiłem niepotrzebny przedmiot niewiadomego pochodzenia. Ustawiony na oknie wydaje z siebie przeciągły, cichy świst. Przestaje, gdy na niego patrzę. Taki dziwny.
Kiedy zasypiałem świat nadal nie miał nic do powiedzenia. Światło było zgaszone i ktoś drzemał w kącie pokoju. Szukałem słów pocieszenia.
19.02. Stłukłem butelkę z jakimś żrącym płynem. Jego drobiny zakropliły mi oczy. Boleśnie i piekąco, niefortunnie i niepotrzebnie, żałośnie i fatalnie. Na długo. Rozpaczliwie. Bez chusteczki i innej pomocy z zewnątrz. Ale za to odespałem niechcąco zagubioną noc. Tak jakoś ją zgubiłem. Nerwowo i pospiesznie na początku. Później leniwie i połamanie. Sensualnie. Kolorowo. Synkopowo. Ale odespałem. Bezbarwnie.
28.02. Byłem daleko. Pojechałem popatrzeć. Spróbować. Posmakować. Spokojnie. Nic nie uciekało. Trwało, pełzało. Leniwie. Spokojnie. Pięknie i daleko.
02.03. Znalazłem dużo papieru. Jakoś przypadkiem. Pod szafą razem z tenisówkami. Pobiegłem w nich do parku. Pospiesznie, szybko. Wróciłem do papieru. Ułożyłem równo, foremnie, blokowo, sześciennie.
03.03. Nie składa się. Rozsypuje, mąci, przeszkadza i ulatuje.
08.03. Nie pamiętam początku. Pewnie go nie było. Albo był, ale bez wyrazu. Na pewno będę pamiętał koniec. Pamiętam wszystkie zakończenia wszystkich historii. A najbardziej tych złych. Boleśnie.
13.03. Na przedmieścia spadł samolot. Gorący podmuch powietrza rozsypał ułożony sześciennie papier. Zaczynam od nowa. Nikt mi nie wierzy.
22.03. Dawno nie wymiotowałem. Może dlatego, że dużo biegam w znalezionych pod szafą tenisówkach. Są trochę za duże. Wpycham do nich kartki papieru. Sześcian odrobinę zmalał. Pachnie stęchlizną. Świat wokół.
26.03. Przyszedł jakiś pies. Z daleka. Biedny, chory, powolny. Wypił mleko i zwymiotował. Ale został. Śpi pod moim łóżkiem i w nocy zlizuje z sierści poprzednie życie.
1.04. Zgubiłem jeden dzień. Wypadł z mojego życia rano, zaraz po śniadaniu. Tak jakoś. Szkoda. Czekałem na ważny telefon, miało nie padać i zapowiedziała się A. Szkoda. Uciekło też kilka kartek papieru. Zapisane razem z pustymi. Żal mi i jednych i drugich.
05.04. Pies odszedł. Zostawił pod łóżkiem wyrzygane całe swoje życie. Mam na co patrzeć. Niemiło.
09.04. Był M. Idiota. Ale poczciwy. Zostawił gazetę. “Czternastu bojowników islamskich przeszło na stronę izraelską”. Zacznę czytać gazety. Nagłówki.
13.04. Pamięć jest coraz bardziej bolesna, choć coraz mniej pamiętam. Dobrze, że piszę. Mam już dwa sześciany. Pusty z lewej i zasobny z prawej strony. W słowa, litery, znaki, cyfry. W myśli. W idee. Coraz mniej bełkotu. Nie wiem – cieszyć się, czy martwić. Robię to na przemian. Tak jakoś.
16.04. Mniej biegam. Znowu wymiotuję.
20.04. Sprzedałem przedmiot wydający dźwięk. Dokupiłem dużo papieru. Znowu biegam. W tenisówki wpycham przeczytane gazety przynoszone przez M. “Wampir w potrzasku kłusownika”, “Wojska najemników libijskich atakują Oslo”, “Nie ma zgody Watykanu na małżeństwa białych z czarnymi”. Powiem M. żeby przychodził częściej.
26.04. M. w szpitalu. Nie mam gazet. Przestałem biegać. Szkoda mi papieru. Ale nie wymiotuję.
01.05. Zauważyłem dziwne poruszenie za oknami. M. wyzdrowiał. Na wiosnę. Odżył. Ma zielone oczy. Teraz to zauważyłem. Może to chlorofil? Mam gazety. Przestałem je czytać, używam tylko do biegania. Zapomniałem o A. Zgubiła się skutecznie. Razem z tamtym dniem. Może zadzwonić? Nie mam telefonu. Dlaczego? Zdaje się, że wyniósł go M.
08.05. Kupiłem telefon. Komórkowy. Leży pomiędzy sześcianami i milczy. M. znikł.
12.05. Miałem sen. Bardzo zły. Jak wszystkie zresztą. Śniłem upadek. Własny. Fizyczny, psychiczny i moralny. Na całej linii sennego frontu. Stałem bezradny z za dużymi tenisówkami w ręku. Nie miałem nic. Płakałem i rozglądałem się po pustym świecie.
14.05. Rano wyrzuciłem dużo pisania. Tak jakoś. Bez przekonania, ale słusznie.
15.05. Odtworzyłem prawie wszystko. Całą noc. Z przekonaniem.
29.05. Przyszedł M. Blady, ale w nowej marynarce. Powiedziałem o telefonie. Nadął się, naburmuszył i zabrał wszystkie gazety. Potknął się na schodach. Zdenerwowany jakiś.
03.06. Nie chce mi się wstać. Leniwie. Ciężko. Unisono. Zajrzałem pod łóżko. Wyrzygane życie tliło się jeszcze. Ciekawe, co szary pies porabia. Może dorwał sukę?
10.06. Zadzwoniłem do A. Cisza. Znikła. Nie pamiętam jej twarzy. Była ładna. Bardzo.
12.06. Mam dużo papieru. Nie biegam, ale i nie wymiotuję. Myślę o A. O pięknie. O jego kategoriach, kryteriach i konsekwencjach. Piękno boli. M. nie przychodzi. Nie mam gazet. Myślę o sprzedaniu tenisówek.
18.06. Oblewanie mieszkania znajomych. Znajomi znajomych. Głównie nieznajomi i nieznajome.
19.06. Boli. Głowa, oczy, język. Zgubiłem telefon. W łóżku znalazłem kolczyk.
21.06. Zjawił się M. W starej marynarce, ale z telefonem i gazetami. Jak tylko wyszedł zatelefonowałem do A. Cisza. Wieczorem biegałem. Bardzo długo.
25.06. W nocy burza. Wściekła, nienormalna, czarna i rycząca. Trochę deszczu wlało mi się przez okno. Zmoczyło sześciany. Czekam na M.
29.06. Składam mozolnie. Systematycznie, równo, kaligraficznie. Nic nie skreślam. Ważę. Bełkot zniknął. A. też.
03.07. Nie składa się jednak. Znowu rozsypuje. Rozdrabnia. Składam myśli sześciennie. Pospiesznie. Biegam i wymiotuję. Zgubiłem jedną tenisówkę. Już ich nie sprzedam. A. nadal nie ma w domu. M. nie przychodzi. Nie składa się, ulatuje. Tak jakoś.
05.07. Przyszedł sąsiad. Mieszka nade mną. Pytał, czy nie przeszkadza mi w nocy hałas. Bo dużo telefonuje za granicę, źle słychać, więc krzyczy. Niech krzyczy. Spytałem go o gazety. Ma dużo kolorowych magazynów. Niech będą.
09.07. Nie wiem, co się stało z M. O A. zapominam. Powoli. Nierówno.
12.07. Brakuje mi muzyki.
15.07. Wielki porządek rzeczy. Niezmienność. Trwałość. Kosmogonia. To musi się rozsypywać, by nagle układać. Płynąć. Wynikać. Jedność w chaosie? To o tym piszę. A właściwie pisze się samo. Doświadczam niebywałej łaski. Dlaczego ja? I co mam z tym zrobić? Dlaczego przychodzi i znika M.? Kim on właściwie jest? Przecież nic o nim nie wiem. A A.? No, A. poznałem całkiem przypadkiem;... nie, nie przypadkiem. Poznał nas M. Ale A. jest bez znaczenia. Najwyraźniej. Wielki porządek rzeczy.
19.07. Wrócił szary pies. Zadbany, w dobrej formie. Przyniósł w pysku gazetę. Pomyszkował po kątach, zajrzał z niechęcią pod łóżko, polizał mnie i poszedł sobie.
20.07. Co z M.?
21.07. Pies należy do M.! Miał przy obroży breloczek, który widziałem u M. Pisałem całą noc. Świt w lecie. Banalne piękno. Układa się nawet. Potoczyście i równo. Zapisałem duży sześcian papieru. Leży po prawej stronie stołu i oddycha zadowolony. Patrzę na niego. Zasypiam. Śpię i patrzę. Sześcian zaczyna świecić, fosforyzować. Blado, błękitnie i dostojnie. Porusza się. Unosi się lekko, kołysze i zastyga. Świeci coraz mocniej. Śpię i patrzę. Już to chyba gdzieś widziałem.
25.07 Przyszedł M. Zapytałem o psa. Zmieszał się, zaprzeczył i wychodząc potknął na progu. Za chwilę wrócił i zapytał o coś do poczytania. Dałem mu gazetę, którą przyniósł pies. Chyba się rozczarował.
28.07. Wpadł sąsiad. Przyniósł kolorowe magazyny i rachunek za telefon. Pochwalić się. Ma dużo znajomych. Pokazałem mu w rewanżu dogorywające pod łóżkiem resztki poprzedniego życia szarego psa. Był zafascynowany. Pobiegł telefonować.
02.08. Od dawna nie wymiotuję, nie biegam i nie dzwonię do A. Tak jakoś. Ale dobrze.

A.
Beniamin poszedł wziąć kąpiel. Kim była A.? Kim był M.? Gorąca woda, lekko zabarwiona na brązowo, odmoczyła strzęp Beniaminowej pamięci. W jej nagłym przebłysku ujrzał w rozświetlonej łazience piękną, śmiejącą się kobietę, jej długie włosy rozsypujące się na nagich plecach. Zobaczył swoje odbicie w lustrze i zdziwiła go własna wesołość. Za chwilę obraz znikł – spowiła go najpierw para, później szarość, później jeszcze czerń i Beniamin zanurzył głowę pod wodę, jakby tam chciał odnaleźć zgubiony obraz.
Postanowił usystematyzować to, co dotychczas wiedział o A. Wycierając się w ogromny, brudny ręcznik kąpielowy, jeszcze raz przeglądał dziennik.
“1.04. Czekałem na ważny telefon, miało nie padać i zapowiedziała się A. Szkoda.”
“12.5. Myślę o A. O pięknie. O jego kategoriach, kryteriach i konsekwencjach. Piękno boli.”
“10.05. Zadzwoniłem do A. Cisza. A. znikła. Nie pamiętam jej twarzy. Była ładna. Bardzo.” “21.05. Jak tylko wyszedł, zatelefonowałem do A. Cisza.”
“09.06. O A. zapominam. Powoli. Nierówno.”
“02.08. Od dawna nie wymiotuję, nie biegam i nie dzwonię do A. Tak jakoś. Ale dobrze.”
Gdzieś musi mieć numer telefonu A. Dziennik kończy się w sierpniu, teraz jest połowa listopada. Czy A. mieszkała z nim? Nie pamięta jej twarzy, ale pamięta twarz kobiety nachylającej się nad nim w chorobie i pamięta nagie plecy. Co ty biedny Beniaminie pamiętasz? Prowadziłeś dziennik, który niczego ci nie wyjaśnia, mieszkasz tu i nie wiesz dlaczego, piszesz coś, co cię mało obchodzi, dzwoni do ciebie kobieta, która bóg wie czego chce; wiesz niewiele, pamiętasz jeszcze mniej – zapomniałeś nawet, że chce ci się palić. Beniamin siedział nieruchomo wpatrując się w zalane kawą kartki dziennika i powoli pozwalał zmierzchowi wlewać się do pokoju. Kiedy wreszcie podniósł się i podszedł do okna, było już ciemno.

POWIETRZE
Stał przy otwartym oknie i próbował przeniknąć ciemnogranatowy kolor nieba. Wpatrywał się w lekko drgające, jasne punkty dalekich światów. Mrugał do nich ciesząc się z odpowiedzi. Wydawało mu się, że słyszy odległe, rytmiczne pulsowanie; wtapiał się w chłód listopadowego wieczoru, chłonął jego utajone życie, zmęczone dniem kolory, senne już odgłosy i delikatne znaki zapytania. Nagle, całkiem niespodziewanie, wszystkie gwiazdy zgasły. Zrobiło się ciemno, ściany pokoju oddaliły się od siebie – przestraszyło to Beniamina, skulił się w sobie, otworzył szeroko oczy, które zapłonęły światłem tych wszystkich nagle zgasłych gwiazd i oświetliły, niczym dwa reflektory, ogromną przestrzeń rozpostartą przed Beniaminem. I wtedy zobaczył powietrze – jego drobiny, molekuły, pierwiastki i mikroelementy, strukturę i ruch. Zobaczył ruch szalony, wirujący, gonitwę wszystkich tych cząstek, ich wściekle porywający taniec, ich gorączkę. Zobaczył jeden z elementów życia. Zobaczył jeden z żywiołów. Zobaczył wielki triumf mikrokosmosu. Przestraszony, przestał oddychać. Patrzył urzeczony, bowiem wiedział, że nie dane mu będzie doświadczać tego widoku zbyt długo. I nie mylił się. Gdy tylko zachłysnął się powietrzem, jego obraz znikł. Siedział nadal w swoim pokoju – ściany wróciły na swoje miejsce; wróciło okno razem z błyszczącymi gwiazdami, do których znowu mrugał porozumiewawczo. Mnożyły się znaki zapytania i wszystko lekko pulsowało. Beniamin odetchnął świeżym powietrzem, zapalił światło, usiadł przy maszynie i zaczął pisać.

ZAKOŃCZENIE DZIENNIKA
06.08. Skończyłem. Nagle. Dzisiaj po południu. Odetchnąłem głęboko, uchyliłem drzwi i czekałem. Za chwilę zjawił się M. Razem z psem. Uśmiechnięci. Z dużą torbą. M. spakował ją. Sześciennie, blokowo i równo. Spytałem go o A. Pokazał palcem w górę. I uśmiechał się dalej, coraz bardziej zagadkowo. Potem podał mi rękę, pies łapę i wyszli. Wyjrzałem za nimi przez okno. Szli w czwórkę: M., pies, sąsiad i A.
08.08. Jutro wyjeżdżam. Spokojnie, powoli. Ile razy jeszcze będzie się uspokajać? Ile razy powolnieć? Aż się zatrzyma. Aż zatrzyma się ziemia i cały świat wokół. Ale póki co ziemia mknie na spotkanie czarnego nieba, czarne niebo spada na mnie i odgłos tego spadania wypełnia świat po brzegi. Ten dźwięk jest niepodobny do żadnego ze znanych mi, dziwny, przeszywający na wskroś, bolesny i jedyny w swoim rodzaju. Wbija się w moją głowę, tkwi gdzieś w mózgu, rozlewa się w nim ciepłem, osuwa nieco niżej, częściowo wypływa razem z torsjami, oblepia żołądek, ściska aorty, żyły, nerwy; rozmiękcza nogi, ugina kolana i przewraca na ziemię. Leżę nieruchomo na wznak wypełniony dźwiękiem jasnym i czystym, porażony jego siłą i boleśnie patetycznym pięknem. Ten dźwięk, tkwiący we mnie, wypełniający bez reszty moje ciało, nie mieści się w znanej mi skali; jest poza nią, obok, jawnie ignorujący interwały i frazy, z nonszalancją omijający częstotliwości, fale, zakresy – słowem to wszystko, co pozwala go określić, ocenić i zmierzyć. Ale jest i ja stanowię potwierdzenie jego istnienia. Żałosne wprawdzie, nieme i bezbronne potwierdzenie, ale tym bardziej wiarygodne. Leżę nieruchomo na wznak i wypełniony dźwiękiem, którego nie znam, którego nikt nie zna, patrzę, jak świat spada na mnie.
Beniamin skończył i zrozumiał. Nie pisał własnego dziennika, to tylko fikcja; wymyślał go, ubierał nieprawdziwe myśli i zdarzenia w chaotyczną, rwaną formę, bo tak było ciekawie, intrygująco, zagadkowo i niecodziennie. A to znaczyło, że A. nie istniała. Nie musi już szukać jej telefonu i martwić się. Nie istniał też M., nie istniał sąsiad i nie istniały istniejące sterty zapisanego papieru? Co więc istniało naprawdę i co było ważne? Czy to, co przechowała obolała pamięć Beniamina, czy to, o czym już zapomniała?

***
Beniamin raz jeszcze zabrał się za porządkowanie papierów. Składał je równo, sześciennie; nie starał się nawet czytać pojedynczych stron, które bardzo szybko tworzyły wielkie paczki. Obwiązywał je sznurkiem, i czym popadło, i wystawiał za próg mieszkania. W ten oto sposób wynosił ze swojego życia pamięć i w ten oto sposób postanowił zacząć nowe życie.
A dwie przecznice dalej, osłaniając od wiatru twarze, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę, w milczeniu, oświetlani słabymi ognikami papierosów, czekali już na pamięć Beniamina: M. ze swoim psem i A. z sąsiadem Beniamina B.



Co każda dziewczynka widzieć powinna

Szedłem wzdłuż szarego, liszajowatego muru. Szedłem równym, miarowym krokiem, bo tylko taki pozwalał na płynną projekcję obrazów. Trzymałem głowę lekko w bok, oczy nieruchomo, kolana nieco ugięte, amortyzujące ruch ciała – to najlepsza pozycja. Optymalna. Dająca najlepsze efekty. Wymaga niezbyt długich ćwiczeń, ale wymaga dobrych chęci. Należy wiedzieć, który wybrać mur. Nie każdy nadaje się do tego celu. Przede wszystkim musi być odpowiednio długi – to ze względu na konieczną rozgrzewkę. Najlepiej bez ubytków w postaci odsłoniętych cegieł i najlepiej lekko mokry (mury suche dają się wprawdzie oglądać, ale nie pozwalają na swoistą “głębię” przedstawień. – trochę tak, jak z pokrytym werniksem obrazem malarskim). Mur powinien też być stary. Ogląd zależy od środowiska, lokalnego przemysłu, regionu kraju, ale mury młodsze niż 20 – 30 lat z reguły niewiele mają do zaoferowania. Pora dnia nie ma większego znaczenia, podobnie jak pora roku. Natomiast ważne jest światło. Słońce bez wątpienia bardzo pomaga, wyostrza i cyzeluje obrazy, z kolei pochmurna pogoda zmiękcza je, sprzyjając melancholii i nostalgii.
Byłem w całkowicie nieznanym mi mieście i szedłem wzdłuż długiego muru dzielącego bezsensownie park miejski na połowę; szedłem równym, miarowym krokiem, trzymałem głowę lekko w bok, oczy nieruchomo, kolana nieco ugięte, amortyzujące ruch ciała. I widziałem: ogromne balony unoszące miasta w górę, naprężające potężne liny do granic wytrzymałości, spędzające sen z powiek dorosłym mieszkańcom, zachłystujące się swoją siłą, wielkością, potęgą i kolorem, przecinające powietrze ciężkim i zmęczonym oddechem, wspinające się w górę mozołem wielu dni, miesięcy i lat, drżące z wysiłku, ogromne, lśniące i niedoścignione w swym majestacie. Widziałem okna o różnym kształcie, kolorze i głębi; okna ziejące beznadziejną czernią, smutkiem i rozpaczą; okna patrzące i ślepe, nieme i krzyczące, okna o wykłutych oczach i szklanych protezach, odbijające nieczułe obłoki i chłód nieba; okna oślepione słońcem; okna bezimienne, płaczące i śmiejące się; okna codzienne i odświętne, okna jak źrenice, okna zdziwione swym okrągłym kształtem, spokojne regularnością kwadratu i prostokąta, okna ulatujące w niebo na jaskrawych skrzydłach okiennic. Widziałem balkony a na nich kobiety o zawoalowanych obliczach i kobiety sprzedajne; balkony o podwójnych wejściach, kolorowych balustradach i spłowiałych baldachimach; balkony wiszące ciężarem niespełnionych pragnień, złych uczynków i samobójczych skoków; balkony opustoszałe i zapomniane; balkony ze śladami wczorajszego słońca, ale też mokre od łez i od deszczu, balkony pełne fantomów i resztek emocji, zastygłych gestów porannej gimnastyki, sczerniałych pelargonii i wyblakłych spojrzeń kocich oczu; balkony rozległe niczym tarasy południa i balkony uduszone betonem. Widziałem zwierzęta radosne i zwierzęta idące na rzeź; zwierzęta, które niczego nie udają, zwierzęta ufne ludzkiej dłoni, zwierzęta ludzką dłoń odgryzające, zwierzęta ufne śmierci, zwierzęta dobre, ociekające krwią cudzą i własną, zwierzęta oszalałe strachem i zastygłe niezrozumiałym zdziwieniem; zwierzęta wyniosłe i nieżywe, zwierzęta nieżywe i wyniosłe; ich strzępy, ochłapy i piękne futra; piękne zęby, wspaniałe poroża i cuchnące trzewia; zwierzęta pamiętające, przechowujące swój strach i liżące swoje krótkie życie. Widziałem dalekie przestrzenie, pejzaże otwarte po horyzont, gubiące linię nieba i ziemi; pejzaże wysuszone słońcem, ociekające wodą, przyduszone bulwiastymi obłokami, niechętne ludzkim spojrzeniom; pejzaże znikające wraz z bezgłośnym wiatrem i powracające odgłosami miast; pejzaże jak pragnienia i jak przekleństwa, zwodnicze i prawdziwe, pejzaże opierające się burzy i uspokojone tęczą; pejzaże bez nieba i niebo bez ziemi.
Nieoczekiwanie mur się skończył. Skręciłem szybko za jego załom i idąc w drugą stronę – oczywiście równym, miarowym krokiem, z głową lekko w bok, oczami nieruchomymi, kolanami lekko ugiętymi, amortyzującymi ruch ciała – widziałem..., nic nie widziałem. Ta część muru była pusta, nie otwierała się żadnymi obrazami. Zawróciłem, i idąc z powrotem, bez trudu zobaczyłem: ziemię bez nieba i niebo bez pejzażu, uspokojone tęczą i opierające się burzy, pejzaże prawdziwe i zwodnicze, pejzaże jak przekleństwa i jak pragnienia, powracające odgłosami miast i znikające wraz z bezgłośnym wiatrem, niechętne ludzkim spojrzeniom, przyduszone bulwiastymi obłokami, ociekające wodą.... Zatrzymałem się. Znowu zawróciłem. Przybrałem jeszcze raz odpowiednią pozycję – szedłem równym, miarowym krokiem, bo tylko taki pozwala na płynną projekcję obrazów, trzymałem głowę lekko w bok, oczy nieruchomo, kolana nieco ugięte, amortyzujące ruch ciała. I nic. Mur był zwykły, szary z lekkimi zaciekami i liszajami. Naprzeciwko mnie szła mała dziewczynka. Pchała przed sobą mały wózek z odpowiednio małą lalką. Nuciła cichutko piosenkę, a gdy dostrzegła mnie, stanęła.
– Dziewczynko, co widzisz? – zapytałem z przyjaznym uśmiechem.
– Pana – odpowiedziała rezolutnie i zamierzała dalej pchać swój mały pojazd z plastikową zawartością.
– A co widzisz tutaj, na murze?
Popatrzyła na mur, na mnie i jeszcze raz na mur. Stała chwilę nieruchomo, potem zobaczyłem jak lekko ugina nóżki w kolanach, odwraca głowę nieco w bok, zatrzymuje wzrok w jednym punkcie, zawraca i rusza przed siebie. Po chwili na jej buzię wpłynął uśmiech i szła z nim wzdłuż muru; ja za nią, starając się nie przeszkadzać, nie zabierać słowami obrazów. Ale mur się skończył. Dziewczynka chciała skręcić i wracać jego drugą stroną, ale ją zatrzymałem:
– Powiesz mi, co widziałaś?
– Chcę iść dalej.
– Ale potem mi powiesz?
– Tak.
Skręciliśmy więc i ruszyliśmy znaną mi już stroną muru. Nawet nie próbowałem go oglądać. Natomiast mała po chwili stanęła i zawiedziona powiedziała:
– Tutaj nic nie ma.
– Nic nie widzisz?
– Nie.
– A co widziałaś po tamtej stronie?
– A co pan widział po tej?
– Najpierw ty mi powiedz.
– Nie, najpierw pan.
– Jestem starszy i masz mnie słuchać.
– Nie powiem. Muszę iść do domu. Mama na mnie czeka i nie pozwala mi rozmawiać z nieznajomymi panami.
Pchnęła swój wózek i, nucąc cichutko wesołą piosenkę, pomaszerowała wzdłuż muru, raz tylko uginając leciutko nogi w kolanach, skręcając lekko głowę w jego stronę i zapewne unieruchamiając spojrzenie. Wkrótce zniknęła mi z oczu.
Szedłem na dworzec równym, miarowym krokiem. I choć w pobliżu nie było żadnego muru, próbowałem wyobrazić sobie, co widziała moja mała nieznajoma. Ale widziałem tylko ogromne balony unoszące miasta w górę, naprężające potężne liny do granic wytrzymałości, spędzające sen z powiek dorosłym mieszkańcom, zachłystujące się swoją siłą, wielkością, potęgą i kolorem, przecinające powietrze ciężkim i zmęczonym oddechem, wspinające się w górę mozołem wielu dni, miesięcy i lat, drżące z wysiłku, ogromne, lśniące i niedoścignione w swym majestacie. Widziałem okna o różnym kształcie, kolorze i głębi; okna ziejące beznadziejną czernią, smutkiem i rozpaczą; okna patrzące i ślepe, nieme i krzyczące, okna o wykłutych oczach i szklanych protezach, odbijające nieczułe obłoki i chłód nieba...





MESTRE

(fragment większej całości pt. Aqua)
Wyjechałem nazajutrz po otrzymaniu listu, 8 marca. Wyjechałem pełen obaw, sprzecznych myśli i pełen woli dotarcia do Alessandro. Dlaczego tak bardzo chciał zostać? Miałem dużo czasu, by w nocnym pociągu jadącym do Włoch, w pustym przedziale myśleć o Wenecji, choćby o ostatniej podróży, kiedy to skwapliwie skorzystałem z możliwości wyjazdu na Biennale Sztuki w 99 roku. Miesiąc wcześniej napisałem do Alessandro, i w liście, pro forma przecież, zapytałem, czy będę mógł zatrzymać się u niego przez kilka czerwcowych dni. Ucieszył się szczerze, dwa dni jednak przed ustalonym terminem mojego przyjazdu zatelefonował, że musi niespodziewanie wyjechać do Neapolu, i że na trochę zostawia mnie sam na sam z Wenecją, Biennale i czym tam jeszcze będę chciał, a klucz do mieszkania odbiorę w Trattoria Acciughetta na Campo San Filippo e Giacomo. Tak, nie istniał już znany nam dobrze Angelo. Właściciel umarł, a córka sprzedała knajpkę i ta od dwóch lat niszczała zamknięta, napawając smutkiem Alessandro, który na szklaneczkę swojego ulubionego chianti wędrował już gdzie indziej. Przybyłem zatem do Mestre i, odchodzącym co pół godziny pociągiem, przez długi Ponte della Libertà, w nieco mglisty, czerwcowy poranek, jechałem znowu na spotkanie chorego miasta, które wyłaniało się powoli z wody, mgły i wspomnień.
A miasto witało informacjami o Biennale. Dużymi plakatami, przestrzennymi pudłami na każdym większym placu i rozpiętymi na mostach transparentami. Ale czuło się, że Wenecja nie żyje Biennale; że ono wepchnęło się tu tylko na chwilę, przyjechało jak zwykle na trochę, niczym cyrkowa atrakcja. Zdałem sobie z tego sprawę nieco później, kiedy zamiast dopłynąć do Piazzetty, albo do Zacarii, bo stamtąd miałem jeszcze bliżej do celu, wysiadłem przy Akademii, za ostatnim zakrętem Canale Grande, już niedaleko ujścia otwierającego się na znacznie szersze wody Canale di San Marco, gdy po prawej stronie widać już kopułę i charakterystyczne woluty bazyliki Santa Maria della Salute, po lewej zaś ostatnie pałace. Wysiadłem przy jednym z najwspanialszych Muzeów Świata skuszony wystawą rysunków Leonarda da Vinci. Bo przecież należy, jeśli ma się okazję, dopływać, dojeżdżać lub dochodzić piechotą do najważniejszych muzeów choćby po to, by – jak w przypadku Wenecji – próbować zrozumieć fenomen miasta poprzez jego malarzy i dostrzec je oczami braci Bellinich, Carpaccia, Giorgiona, Tycjana, Tintoretta, Veronesa, także oczami Guardiego i Canaletta. Trudno wyobrazić sobie sztukę włoskiego renesansu bez wenecjan. To za ich sprawą malarstwo nowożytne zyskało coś, czego dotychczas nie znało w tym wymiarze – kolor. Kolor tak dojmujący, że madonny Belliniego tchną autentycznym ciepłem, są mistyczną relacją ze świata idei zawieszonych gdzieś pomiędzy niebem i ziemią. Kolor, który obrazom Tycjana nadaje siłę, ale i lekkość; który spowija jeden z najbardziej zagadkowych obrazów włoskiego renesansu – Giorgionowską Burzę, który płótnom Carpaccia, tego kronikarza wystawnego życia Wenecji, ale i malarza alegorii, nadaje złocisto-sennego posmaku zagadkowości.
Niewielki Campo della Carita wypełniał spory tłum grzecznie ustawiony w kolejkę i niknący w podwójnych drzwiach Akademii. Postanowiłem zatem odłożyć tę wizytę, nie spieszyłem się; Wenecja spowolniła rytm mojego serca. Nie byłem już jej pospiesznym i niecierpliwym adoratorem, uzurpowałem sobie prawo do tej powolności. Wiedziałem gdzie iść, wydawało mi się, że wiem którędy. Kilka wąskich zaułków dzieliło mnie od Palazzo Venier dei Leoni – Muzeum Peggy Guggenheim. Tej, której fascynacja sztuką kazała przemierzać świat w poszukiwaniu miejsca najpierw na galerie – otwierała je kolejno w Londynie i Nowym Jorku – później na założenie muzeum. Do Wenecji przyjechała na Biennale w 1949 roku i, już jako jej honorowy obywatel, zamieszkała w nigdy nie ukończonej rezydencji, która kamiennym tarasem wcina się w Canale Grande. Z racji małżeństwa Peggy z Maxem Ernstem, dość krótkiego wprawdzie, w kolekcji dominują jego prace – wśród nich pyszniące się czerwienią, pierzastoptasie Ubieranie panny młodej; znajdują się tu obrazy czołowych malarzy XX w. Te niewielkie, lecz znaczące kolekcje sztuki, mają niepowtarzalny klimat i noszą wyraźne piętno zbieraczy; odzwierciedlają ich upodobania i gusty, fascynacje, urzeczenia; bywa, że miłości. Zbiory wielkich muzeów są niezbędną lekcją historii sztuki, czasem zimną i martwą; nierzadko nudną i senną; trwają – od czasu do czasu odkurzane leniwą ręką historii i pieczołowitą ręką konserwatorów. Niewielkie kolekcje żyją innym rytmem, ich temperatura i żywotność wydają się być innego autoramentu.
Wszedłem do muzeum i skierowałem się do dawnej jadalni Peggy. Tą przestronną salą z dużymi oknami władają obrazy surrealistów. Tak naprawdę przyszedłem tu dla nich. Dla Paula Delvaux, Maxa Ernsta, Victora Braunera i dla René Magritte’a. Na jednej ze ścian wisi jego Imperium świateł – jeden z tych obrazów, który towarzyszy mi od lat. Twórczość Belga – pełna surrealistycznego suspensu, surrealistycznej gry przedmiotów, przewrotnej gry z rzeczywistością, pełna nostalgicznej wiary w rzeczywistość równoległą, pełna poetyki łączącej realność przedmiotu z jego nierealną funkcją – jest czysta i klarowna, konsekwentna i jasna; jest już klasyką i świadectwem niezachwianej wiary w nadrealistyczny sens życia i sztuki. Obrazy Magritte’a są jak otwieranie oczu podczas snu i zamykanie ich na jawie, zawierają w sobie logikę sennego marzenia i paradoksy rzeczywistości. Imperium świateł jest obrazem, który podważając logikę codzienności, proponuje niczym nie skrępowaną logikę nadrzeczywistości, niemożliwe czyni możliwym, a jego dialektyka stawia pytania dotyczące nie tylko malarstwa, ale porządku rzeczy. A ponieważ wydaje mi się, że w sztuce wolę pytania niż odpowiedzi, przeto obraz ten stanowi dla mnie pewien idealny model zarówno, gdy idzie o dialektykę, jak i o malarstwo.
Stałem więc przed jasnym błękitem nieba z niewinnie płynącymi nań obłokami, błękitem zderzonym z ciemną masą wieczornych drzew nocnego pejzażu oświetlonego latarnią budynku, jego świecących okien; i doznawałem, po raz kolejny, tego nie do końca sprecyzowanego uczucia zadowolenia, smutku, spełnienia i lekkiego niepokoju zarazem. Trudno opisać mi ten szczególny stan poruszenia zmysłów, dla których moje zbyt pospieszne słowa, nawet jeśli zwolnią, nie znajdują, nie potrafią znaleźć, wystarczająco pojemnego zasobu sensów. Ale przecież byłem w Wenecji, więc czułem się choć trochę usprawiedliwiony. Pora zatem ruszać dalej; wyszedłem jeszcze na taras, by ponad głowami kamiennych pół-koni, pół-smoków leżących tutaj od lat niemal niezmiennie i nieruchomo, dotkniętych czasem i wilgocią; wygładzonych ciekawymi dłońmi i spojrzeniami, rzucić okiem na ujście Canale Grande. Wyszło słońce i Wenecja zaczęła nabierać tego niebezpiecznie wyrazistego, a zarazem zmiennego koloru wczesnego popołudnia. Nie mogłem pozbyć się świadomości ciężaru spojrzeń tych wszystkich artystów, którzy zostawili tutaj jakiś fragment siebie, wierząc, że to miasto wynagrodzi im kiedyś ich oddanie, talent, wrażliwość i uczucie. Ale tak naprawdę niewielu to spotkało, bowiem Wenecja jest wymagająca – nie zadowala się opisem, choćby pełnym uniesień, nie syci swojej próżności byle westchnieniem czy rozświetloną smugą farby – wtedy rewanżuje się jedynie poprawną przychylnością i zewnętrznym blaskiem. A tak naprawdę oczekuje iluminacji. Chociażby takiej, jaką są pejzaże Turnera. Zanim nadał swoim płótnom siłę samego tylko światła, przejrzystość powietrza, kolor złota i ognia, zanim z wielu uczynił portrety żywiołów, zanim opowiedział się po stronie emocji, tworzył pejzaże w duchu poprawności epoki, czyli pejzaże solidnie malowane i dosyć nudne. William Turner, oprócz bodaj jednego autoportretu, nie namalował niczego poza krajobrazami. Z epoką, w której tworzył, łączyła go epika, z następną – kolor. Impresjoniści dostrzegli w nim wiele z własnych pomysłów na sztukę, ale zrażała ich literatura obecna w tym malarstwie – wszak rozpoczynali już ekspansję czystej formy. Sztuka Turnera łączy bardzo odległe, przeciwstawne bieguny malarskich doświadczeń, bo młody Turner tkwi jeszcze w klasycyzmie, a stary bywa już impresjonistą ciekawszym niż niejeden z nich. Jego późne obrazy osiągają niebywały, jak na czasy, w których powstają, stopień ignorancji malarskich reguł, zatracenia przedmiotowości na rzecz malarskiej eksplozji koloru próbującego oddać ruch, powietrze, wodę, mgłę, parę, ogień, światło. W Wenecji był trzykrotnie. Przywoził stąd akwarelowe szkice, malowane wodną farbą impresje przestrzeni miasta żyjącego na lagunie; miasta, którego smakiem i zapachem do dziś rządzą powietrze i woda; którego zmienność mogła wtedy zachwycać jeszcze bardziej. Po latach, z tych delikatnych i ulotnych malarskich śladów, Turner stworzył olejne obrazy. Lżejsze niż kładziona na nich farba i lżejsze niż słowa próbujące je opisać.
Byłem na tarasie sam. Patrzyłem, mrużąc oczy, w słońce; chłonąłem osobliwy zapach powietrza i wody; słuchałem ich po raz kolejny dziwiąc się, że oto tu jestem. Zawsze dziwiłem się, próbowałem stanąć z boku i obserwować siebie; próbowałem odnaleźć dystans, stosowną miarę i stłumić emocje. Ale nigdy mi się to nie udawało. Wenecja potrafi zawładnąć bez reszty i albo należy jej się poddać, albo o niej zapomnieć.

Pociąg dojechał do Mestre. Od razu wyczuwało się w nim niezwykłą atmosferę. Przede wszystkim kolumny samochodów, wojsko, policja i telewizyjne ekipy z całego świata. Ruch ludzi, przedmiotów i powietrza. Gorączka i pośpiech. Zazwyczaj spokojne Mestre, gospodarcze i przemysłowe zaplecze Wenecji, młode i na luzie, z bezpiecznej odległości przyglądające się jej powolnej śmierci, teraz tętniło zwielokrotnionym życiem. Własnym i tonącego w pobliżu miasta.
Był wczesny ranek, marzyłem o kawie. Opuściłem zapchany dworzec i, przeciskając się pomiędzy dwiema kolumnami TIR-ów, ulicą pomiędzy hotelami Plaza i Bolonia doszedłem do najbliższego baru. Okupowali go głównie kierowcy ciężarówek; panował tu tłok, ścisk; przez gęsty dym papierosów z trudem przebijały się obrazy zatopionego miasta transmitowane z latającego nad Wenecją helikoptera RAI, a których i tak nikt nie oglądał na ekranie małego telewizora zwisającego u sufitu. Znalazłem miejsce przy kontuarze. Zamówiłem kawę i kiedy mężczyzna zza lady mi ją podał, zapytałem o via Tapponi. Chwilę zawahał się, po czym krzyknął:
– Teresa, dov’e via Tapponi? Teresa!
Z zaplecza wyszła młoda dziewczyna.
– E abbastanza londano. In Marghera – odparła znudzonym głosem, żując gumę.
– Dość daleko – rzucił w moją stronę barman i, jako kelner, zniknął z tacą w tłumie.
– Mogę pana zawieźć – odezwała się po angielsku dziewczyna patrząc obojętnie na obraz z helikoptera zataczającego szeroki łuk nad błyszczącymi w słońcu kopułami San Marco, strzelistą Campanilą, rdzawo-szarymi dachami domów i bezmiarem wody.
– Jak masz na imię? – Zapytałem Teresę o krótko ostrzyżonych włosach.
– Pia.
– Ładnie. To okropne, prawda? – Kiwnąłem głową w stronę telewizora.
Teresa-Pia wzruszyła ramionami.
– Nie robi to na tobie żadnego wrażenia? – Zdziwiłem się.
Powoli nadmuchała balonową gumę, aż ta pękła zaklejając usta dziewczyny różowym plastrem. Sprawnie zlizała resztki i odparła:
– Już nie. To musiało się stać. On też ciągle to powtarzał – znudzonym wzrokiem pokazała na krzątającego się po zatłoczonym barze mężczyznę w białym fartuchu.
– To twój ojciec? – Zapytałem.
Po raz pierwszy spojrzała na mnie z zainteresowaniem.
– Podobno – odparła z ironicznym uśmiechem. – Skąd jesteś?
– Z Polski.
– Dziennikarz?
– Coś w tym rodzaju.
– Przyjechałeś sobie popatrzeć? – Jej ironia nabierała rozpędu.
– W pewnym sensie tak. Może znasz nazwisko Ugolino?
Dziewczyna nieco ożywiła się.
– Domenico? – Spytała.
– Nie, Pietro.
– Pietro to ojciec Domenico. Chodziłam z nim do szkoły – zawiesiła głos i spojrzała na mnie z jeszcze większym zainteresowaniem i z nieco mniejszą ironią dodała:
– Mają świetną łódź. A może zabierzesz mnie?
– Dokąd?
Skinęła głową w stronę telewizora. Helikopter przelatywał nad sterczącymi z wody cyprysami i samotną wieżą kościoła wyspy zmarłych San Michele.
– Chcesz tam płynąć? Po co? – Zapytałem Teresę-Pia.
Przez chwilę zawahała się, po czym rzekła:
– Bo to niezwykłe. Poza tym znam Wenecję, a ty nie. Przyjechałeś dla niej, prawda? Takich jak ty jest tu więcej.
– Przyjechałem dla przyjaciela. I dla niej też.
Dziewczyna lekko zmrużyła powieki i popatrzyła na mnie z uwagą.
– Teraz nie ma sensu szukać Ugolino, na pewno pływają. Musisz zaczekać do wieczora.
– Zaczekam. Zaprowadzisz mnie?
– Jeśli mnie zabierzesz.
– Pomyślę o tym.
– To myśl. Ciao. – I Teresa-Pia wyszła. Po chwili wytknęła głowę zza drzwi, sprawnie strzeliła gumą i rzuciła:
– Przyjdź o ósmej.
– Dobrze, przyjdę.
Powoli dopiłem kawę patrząc na szybko zmieniające się obrazy tonącego miasta. Teraz helikopter krążył nad Giardini. Większość słabo zazielenionych jeszcze o tej porze roku, niewielu drzew Wenecji, sterczało ponad wodą czubkami swoich konarów; rachitycznie poskręcane, ciemne i ciężkie od wody. Miałem dużo czasu, by znowu powrócić pamięcią do tętniącej życiem, czerwcowej Wenecji.

Alessandro wrócił z podróży dwa dni po moim przyjeździe; na namowy wspólnego zwiedzania Biennale machał tylko niecierpliwie ręką: “Byłem, byłem. Idź sam”.
Siedzieliśmy na piętrze jego mieszkania chłonąc zapach letniego wieczoru zmieszanego z czerwonym winem. Szeroko otwarte okna niosły daleki odgłos wody i ptaków, gdzieś bliżej, z mieszkania sąsiadów dobiegała smutna piosenka. “No i co ciekawego na Biennale”, zapytał Alessandro. “Przecież byłeś”, zdziwiłem się. “Nie, nie byłem już dwadzieścia lat. Przestało mnie to interesować, od kiedy odeszła Sophia”. Po raz pierwszy wymówił imię żony, chwilę zamyślił się i opowiedział mi historię swojego małżeństwa. Sophia przez wiele lat była związana z organizacją Biennale. Tam zresztą poznali się, kiedy Alessandro, jako młody artysta, chłonął wszystko to, co aktualnie działo się w sztuce. Sophia przyjeżdżała do Wenecji co dwa lata, już w maju, razem z biurem Biennale. Zajmowała się wydawnictwami, redagowała biuletyn, czuwała nad informacjami. Bardzo lubiła Wenecję i została w niej razem z Alessandro. Spodobał jej się jego sklepik, naczynia i biblioteka. Spodobał jej się zapach miasta, kiedy rano otwierała okno, spodobał się, złamany powietrzem, nasycony słońcem lub zmiękczony mgłą, kolor nieba; spodobała cisza zimowych miesięcy i gwar lata. Spodobał jej się niewielki bar Angelo w pobliżu, który dotychczas opiekował się samotnym Alessandro, spodobała stara sąsiadka przychodząca sprzątać. Wiele podróżowali. Alessandro, oprócz ceramiki, malował i wystawiał, a Sophia była jego menadżerem i niezastąpioną organizatorką. Życie w Wenecji nie było tanie ani łatwe, dom wymagał remontów; najtrudniej było zimą, więc do czasu, kiedy urodził się mały Martini, starali się tak układać swoje sprawy, by w najmniej ciekawe miesiące wyjeżdżać. Ale wraz z narodzinami Vittore, (“Twój syn ma na imię Vittore?” zdziwiłem się, lecz Alessandro tylko uśmiechnął się i dalej snuł wspomnienia) coś zaczęło się psuć. Sophia coraz częściej dostrzegała niedostatki życia w starym domu, narzekała na wilgoć, powietrze i blade, zimowe niebo; coraz częściej wyjeżdżała z małym w okolice Padwy, do przyjaciół, albo na południe, do swoich rodziców mieszkających pod Rzymem. Alessandro przestał wystawiać, przestała interesować go współczesna sztuka; zamykał się w swoim warsztacie, w bibliotece, albo znikał pod skrzydłami Angelo. I wkrótce Sophia odeszła, zabierając sześcioletniego Vittore. Alessandro wiedział, że dalej pracuje przy organizacji Biennale, wiedział, że przyjeżdża do Wenecji i dlatego unikał i jej, i wystaw. Spotykali się więc bardzo rzadko; kilka razy odwiedził go Vittore, już jako dorastający, a później całkiem dorosły chłopak. Alessandro często telefonował, żeby o niego zapytać. Ostatnio usłyszał, że Vittore od roku mieszka w Nowym Jorku i z powodzeniem zajmuje się malarstwem. Wystawia w prestiżowych galeriach i całkiem nieźle sprzedaje. Ucieszył się bardzo, czekał na ten moment, wiedział, że jego syn jest zdolny; zawsze lubił rysować, interesował się sztuką i Alessandro nawet zadzwonił kiedyś do swojego starego znajomego z florenckiej Akademii Sztuk Pięknych, kiedy dowiedział się, że Vittore tam studiuje. Usłyszał, że chłopak świetnie sobie radzi; wkrótce bez trudu skończył studia i bez trudu wyjechał robić karierę. “Z Sophią nie widziałem się od dwudziestu lat” zakończył Alessandro i dodał: “No to opowiedz coś o Biennale”. No to opowiedziałem mu, jak zabawna może być sztuka współczesna, jak dla jednych bywa bogata i różnorodna, twórcza i inspirująca, dla innych żałosna, pusta i dogorywająca w śmiertelnych drgawkach. Więc tragiczna raczej. A może i zabawna i tragiczna zarazem? Chora, blada i niedopieszczona snuje się smętnie po galeriach, czepia się krytyków, kokietuje zdezorientowanych widzów, czyni im niestosowne propozycje; stroi miny i żąda hołdów. Powiedziałem Alessandro, że na tegorocznym Biennale Sztuki w Wenecji właściwie nie ma już tego, co zwie się jeszcze od czasu do czasu malarstwem. Wielkie, światowe imprezy sztuki coraz mniej potrzebują tak tradycyjnych, przynajmniej z nazwy, dyscyplin. Te szczątkowe ilości pokrytych farbą płócien, o których bardzo szybko się zapomina, w niczym nie przypominają siły i kondycji malarstwa chociażby awangardy powojennej. A już z pewnością nie istnieją żadne kryteria warsztatowe, solidność, wymierne wartości – to umierało od dawna i zapewne, poza garstką miłośników, jest nikomu do niczego już niepotrzebne. Krytycy, jeśli chcą malarstwa, to takiego, jakiego jeszcze nie było; publiczność może sobie obrazów poszukać w sklepie, a artyści są w stanie zrobić wszystko, by zadowolić krytyków. Opowiedziałem mu o wszechobecnych realizacjach wideo, o obiektach sztuki, o całościowych aranżacjach przestrzeni w pawilonach oraz w adaptowanych na potrzeby Biennale, historycznych, opuszczonych budynkach Arsenału – Corderie, Artiglierie, Tese i Gaggiandre. (“To przecież dwa kroki od ciebie, Alessandro”). Wszędzie tam, oprócz miłośników dużych i małych monitorów, spotkać można miłośników awiacji i motoryzacji, konstruktorów, cieśli i murarzy, kolekcjonerów ciekawych przedmiotów, zbieraczy złomu, szkła i innych odpadów wtórnych; to tutaj spotkać można zwolenników ciszy i hałasu, ascetycznego umiaru i gigantomanii, koloru i jego braku, pomysłowości i jej braku. A co pozostało mi w pamięci po tej ogromnej ilości ludzkiej energii zatrzymanej w biennalowskich przestrzeniach? Niezwykła, otulająca wszystko szczelnie mgła w pawilonie belgijskim, przebity drewnianymi palami strop pawilonu francuskiego, lustrzana iluzja przestrzeni w aranżacji Hiszpanki, śnieżnobiałe, szepczące ściany z sypiącym się wzdłuż nich czerwonym proszkiem w pawilonie amerykańskim; przejmująca, klaustrofobiczna instalacja w pawilonie izraelskim, wibrująca wokaliza Iranki, wyplute przez przypominającą starą pralkę, ulotne, śnieżnobiałe, nieforemne, znikające po kilku sekundach Nic autorstwa Włocha. Ot, wszystko. Na szczęście pozostaje uroda dziewczyny podającej w barze przerobionej na knajpkę łajbie w pobliżu Tese, przyćmiewająca przez chwilę obiekty sztuki zgromadzone w Arsenale; dziewczyny, której uśmiech uleciał na moment z jej ładnej twarzy, przemknął ponad budynkami Arsenału, zawirował nad rozległymi wodami Darsena Grande, pofrunął w kierunku San Marco i, okrążywszy strzelistą Kampanilę, wrócił na miejsce wraz ze słowami: “prego, signore” oraz kieliszkiem wina.
“Niepotrzebnie ironizujesz, mój drogi” rzekł Alessandro. “A poza tym jesteś bardzo subiektywny, więc będę chyba musiał sam się wybrać”. “Oczywiście, że to mój subiektywny sąd, jak może być inaczej” odparłem. “A poza tym, większość wytworów współczesnej sztuki zasługuje w najlepszym przypadku zaledwie na ironię”, obruszyłem się i po chwili żałowałem tych słów, czując ich niepotrzebną irytację i nadętość. “Pójdziemy jutro razem, co ty na to, Romano? Ale zaczniemy od tej małej knajpki na łodzi. Zobaczymy, jaką sztukę lubisz.” Alessandro mrugnął do mnie okiem, dopił wino i poszedł do swojego pokoju.

Do wieczora miałem dużo czasu. Zostawiłem plecak pod opieką Smoka, tak nazywał się bar domniemanego ojca Teresy-Pia, i spróbowałem ogarnąć to, co działo się w Mestre. Początkowo wydawało mi się, że panuje w nim tylko bałagan i chaos, że wydarzenia ostatnich dni przetoczyły się z nad laguny do tego przemysłowego miasta, włączyły go we wspólny krwiobieg nieszczęścia, połączyły strugami wody, jej szarym kolorem i słonawym zapachem. Ale tak nie było, to miasto organizowało się, przyjęło cały ciężar i uderzenie zbuntowanego morza. Woda stała przecież także u progu Mestre. Chciałem ją zobaczyć, poszedłem więc w stronę nabrzeża – to spory kawał drogi, ale przecież miałem dużo czasu. Podjechałem dwa przystanki autobusem i dotarłem do San Giuliano, niewielkiego portu na zachód od Ponte della Libertà – drogi łączącej stały ląd z Wenecją. Ale już w odległości dwustu metrów od nabrzeży rozstawiono zapory, a liczne patrole wojska i policji nikogo, bez specjalnych zezwoleń, nie wpuszczały dalej. Zablokowano każdy dojazd i dojście. Mimo to zobaczyłem z daleka niezwykły widok. Ponte della Libertà znikał, w odległości zaledwie pół kilometra od lądu, w wodach laguny. Znikały trzy kilometry betonu, asfaltu i żelaza. Wenecja odcięła się od Włoch, jakby chciała pozostać niezależną, chorą i tonącą, ale dumną jak przez kilka stuleci, jak w czasach prawdziwej wielkości, niekwestionowanej potęgi i blasku. Niegdyś Serenissima. Niegdyś najjaśniejsza.
Od strony Wenecji nadlatywał śmigłowiec. Potężny huk transportowca narastał gwałtownie, podmuch powietrza wzburzył wody laguny, zakołysał dziesiątkami przycumowanych łodzi, łódeczek, motorówek, a nawet nigdy tu nieobecnymi gondolami; a kiedy helikopter zbliżył się na tyle, bym mógł rozpoznać wiszący pod jego brzuchem ładunek, poczułem wzruszenie. Przytulone do siebie, mokre, omotane linami przecinały powietrze cztery rumaki od stuleci widoczne nad fasadą Bazyliki San Marco, symbol wolności Republiki – teraz cztery konie weneckiej Apokalipsy. Ich mokre chrapy, grzywy i zady jaśniały w słońcu niemal blaskiem złota, którym niegdyś były pokryte; odbywały kolejną w swym długim życiu, tym razem podniebną podróż. Przemierzyły niegdyś daleką drogę od Grecji przez Rzym i Konstantynopol, opuszczały taras Bazyliki, by dekorować Paryż; by ukrywać się w czasie wojen i, by wreszcie, zastąpione kopiami ukrywać się przed niszczącymi je powietrzem, wodą i słońcem. I oto teraz zawisły gdzieś nad Mestre, przez chwilę zakołysały się niebezpiecznie i, powoli opuszczane, zniknęły mi z oczu pomiędzy budynkami.



SALTO MORTALE

Umarłem w wieku sześciu lat. Nie pamiętam dlaczego, pamiętam tylko, że było zimno i trochę bolało. W ogóle pamiętam niewiele, bo czym jest pamięć sześciolatka? Zaledwie jej namiastką, niepotrzebną nikomu iluzją. Umarłem nie wiedząc nawet, co to jest wszechświat. Dotknąłem ledwie drobiny życia, jego skrawka przestrzeni skulonej w kącie pokoju pomiędzy pluszowym misiem i drewnianym samochodem toczonym przez korniki; dotknąłem trochę bólu i pamięci wykoślawionej przez żałosny odprysk kolektywnego wysiłku. Ruchliwe dłonie i powolne nogi, odbicie grymasów w wysoko wiszącym lustrze, kaleki wzrok i zapach ustawionych wysoko na szafie jabłek. Skrawek życia pomiędzy pluszowym misiem i drążącym drewno kornikiem. Kilka snów, które miałem śnić znacznie później, ale które zgubiły się, pomyliły swój czas, pomyliły przestrzeń, pomyliły kolejność i śniły się dziecku. To dzięki nim poznałem kobietę.
Nie chodziłem jeszcze do szkoły, ale pamiętam lęk przed długim korytarzem, pamiętam kolor gimnastycznych, zbyt dużych spodenek i ogromną płachtę przedstawiającą mapę nieba (a może jednak wszechświata?) wiszącą w pustej, zimnej sali. Niewiele wychodziłem z domu, ale pamiętam także intensywny zapach lata i kolor wieczornego nieba. Pamiętam powolny spektakl zmieniających się barw spadających nieuchronnie w dół i niknących poza linią nieosiągalnego horyzontu. Pamiętam brązowe chrząszcze przylatujące w ciepły wieczór na parapet otwartego okna i liżące kostkę cukru, a potem chodzące za mną po pokoju. Pamiętam biegnący po suficie, wydłużony cień chybotliwego strachu i jego podstępnie ciepłe dłonie wślizgujące się pod moją kołdrę. Pamiętam głosy zza ściany, przytłumione oddechy i ponaglenia, nerwowe połajanki i czułe szepty. Pamiętam wzrok psa, który jakiś czas mieszkał ze mną, podawał mi łapę w środku dnia i kichał, gdy wpychałem mu do nosa trociny wyjęte z umarłego misia; pamiętam także muzykę odbijającą się od ścian, głośną i wesołą wieczorem, a nad ranem zmęczoną i potykającą się o własne frazy. Pamiętam szelest dłoni, bezgłośne kroki i światło słabej żarówki w kuchni, do której drzwi skrzypiały, śpiewając ciągle tę samą, żałosną piosenkę. Pamiętam zapach ciasta i gnijących jabłek, świętojańskiego chleba i własnych wymiocin. Pamiętam także zimowy poranek, kiedy stalowe niebo rozcięło szyby w oknach mojego pokoju i długo usiłowałem złapać mroźny oddech świata w czarne, dziurawe na palcu, wełniane skarpetki.
Nie, moja pamięć wcale nie jest taka mała, nie jest odpryskiem innych pamięci, nie jest zagubioną drobiną wszechświata. Ona żyje ze mną i zasypia ze mną jak siostra; jest i być musi. Być może umarłem znacznie później.
***
Od kilku dni wchodziłem powoli na szóste piętro starej kamienicy (mieszkanie na trzecim, po lewej, płonęło bezgłośnie). Przezwyciężałem ból nóg i uszu, przenosiłem kilogramy ciężaru; molekuły i drobiny życia rozbiegały się w moim ciele w chaotycznym nieładzie, nie chciały ze sobą współpracować, nie miały ochoty na tę wędrówkę; na przemierzanie niepotrzebnej drogi, na której miliony równie niepotrzebnych drobin próbują się scalić, odnaleźć sens wzajemnych układów, wzajemnych relacji i zależności. Wchodziłem na szóste piętro łódzkiej kamienicy wystarczająco długo, by zapomnieć po co trudzę wszystkie zakamarki mojego ciała, angażuję mięśnie, dźwigam niepotrzebne płyny i te nieszczęsne, bolące uszy. Nocami traciłem wzrok i pod piekącymi powiekami widziałem tylko migotliwe pulsary, bolącymi uszami słyszałem głęboki oddech czarnych dziur, chrzęst spadających kwazarów i tupot uciekających kroków. Wchodziłem na szóste piętro kosmosu, wchodziłem na szóste piętro świadomości, na szóste piętro bolącego snu.
Kiedy nacisnąłem dzwonek, w mieszkaniu obok zaszczekał pies i poczułem zapach zupy cebulowej. Zachrobotał łańcuch i w szparze drzwi ukazała się połówka niesymetrycznej twarzy Agnieszki. Twarz Agnieszki była nieco bardziej asymetryczna niż twarze innych Agnieszek, a spowodowała ją nadmierna miłość do Cézanne’a i kubistów, bowiem dziewczyna zapłonęła całkowicie bezinteresownym, platonicznym i czystym uczuciem do rewolucjonistów sztuki w czternastym roku swojego życia, a więc dwanaście lat temu, kiedy rodzice podarowali jej na urodziny leksykon sztuki współczesnej. Po tygodniu Agnieszka wydarła z książki wszystkie niepotrzebne, jej zdaniem, kartki i zostawiła tylko te z hasłami Cézanne i kubizm. Przez następne siedem dni schudła pięć kilogramów; zaczęła znosić do domu wszystko, co znalazła na temat Cézanne’a, a później Picassa, Braque’a, Grisa. Agnieszka przechodziła przez kolejne etapy cezannowskiej geometryczności – jadła tylko niekształtne jabłka, ulepiła z plasteliny model góry św. Wiktorii i śniła o pudełkowatych domkach z Estaque. Kiedy, naturalną koleją rzeczy, wyciągnęła wnioski z lekcji malarstwa Cézanne’a i jej ciało stało się niebezpiecznie kościste, Agnieszka zaczęła pilnie wpatrywać się w Panny z Awinionu, a kiedy dostrzegła i zrozumiała całą istotę i przewrotną brzydotę tego obrazu, kiedy Picasso rozdziewiczył jej naiwność, wtedy historia sztuki zaczęła jej się jawić jako pasmo nieuniknionych konsekwencji i nieoczekiwanych fajerwerków. Agnieszka przestudiowała analityczną fazę kubizmu i przeszła bez problemu do syntetycznej. Po tych przeżyciach pozostał w jej twarzy niezapomniany ślad szalonych, kubistycznych dni i nocy.
– Dzień dobry, Agnieszko – wszedłem do mieszkania. Cézanne odwrócił się plecami, grający w karty w ogóle się mną nie przejęli, a Picasso rzucił kolorową koszulę kanciasto gołym, awiniońskim pannom. Rozejrzałem się po pokoju. Ze ścian znikły wszystkie reprodukcje malarstwa, poza tym niewiele się zmieniło.
– Jestem w Łodzi przejazdem – wypadło mi z ust, chlapnęło na stół i spłynęło na czystą podłogę.
– A ja nie kocham już malarstwa – Agnieszka przycupnęła na brzegu krzesła i zawstydzona swoją szczerością wbiła wzrok w moje jestem w Łodzi przejazdem rozlane na podłodze.
– Po Cézannie i kubistach zakochałam się w de Chirico, ale nie potrafiłam zgłębić metafizyki jego obrazów – westchnęła i popatrzyła mi głęboko w oczy. – Kubiści nauczyli mnie tylko realizmu – znowu westchnęła i spuściła wzrok na moje jestem w Łodzi przejazdem, które powoli zmierzało w stronę drzwi.
I w tym momencie przypomniałem sobie Alicję. Stanęła przede mną w całej okazałości swojej potężnej afektacji do Giorgia de Chirico i nadrealistów. Alicja, której włosy płonęły na każde zawołanie, miała w sobie coś z jaszczurki i jesiotra, jakąś nieuchwytną śliskość i wilgotność; jej dłonie i oczy były zawsze lekko spocone. Zapewne dlatego od razu wspaniale poczuła się w Wenecji, dokąd zabrał ją w podróż poślubną bogaty mąż. Lecz Alicja bardzo krótko cieszyła siebie widokiem miasta, a męża swoim płomieniem. Po dwóch dniach westchnień przy Ponte dei Sospiri, po dwóch dniach wymiany wilgotnych uścisków i pocałunków, po dwóch nocach parującej wilgoci, Alicja znikła. Zostawiła mężowi krótką wiadomość: “jestem u Peggy, nie szukaj mnie”. Szukał, ale nie znał żadnej Peggy. Wrócił do swoich interesów, natomiast Alicja została w Wenecji wpatrując się w Czerwoną wieżę Giorgia de Chirico w muzeum Peggy Guggenheim. Gdy podziwiała czerwoną opasłość budowli, włosy Alicji płonęły bardziej niż zwykle. Usiłowała wyobrazić sobie odległość dzielącą tajemniczy, konny pomnik od wieży, próbowała wytłumaczyć nielogiczności perspektywy arkadowych podcieni i przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek śniła coś podobnego. Kiedy wróciła do kraju nawet nie otworzyła listu od męża. A list, na przemian pełen wyrzutów i próśb, kończyły słowa:
“...i nie wiem, co zrobić ze snami z Tobą. Jest połowa sierpnia, myślę o Tobie, myślę bardzo intensywnie. Rok temu, pierwszego września, czekałem na Ciebie w samochodzie. Na drugi dzień spotkaliśmy się w pracy. Na trzeci też. Dziewiątego dnia zadedykowałem ci wiersz. (po wielu latach Alicja dowiedziała się, że był to bezwstydnie przepisany z antologii poezji francuskiej, wiersz René Chara) Jedenastego czekałem tylko na Ciebie. Piętnastego pożyczyłaś mi książkę. Dwudziestego parasol. Dwudziestego piątego niewiele spałem. Szóstego podobnie. Trzydziestego spałem z tobą. Świat się zmieniał. Czternastego października opowiedziałem Ci połowę snu z trzydziestego i całowałem cię. A Ty mnie. Świat się zmienił. Świat zaczął świecić. A później powiedziałaś spierdalaj. Świat znowu się zmienił. Złamał się, ściemniał, popękał i zaczął boleć. Bardzo. I tak już pozostał.”
Alicja wrzuciła list do kosza i wyjęła z niego nieprzepartą chęć obejrzenia obrazu René Magritte’a, bowiem uznała (całkiem zresztą słusznie) malarstwo metafizyczne de Chirico za wielki przyczynek do malarstwa surrealistów. Sięgnęła po album Surrealismus. Zeit und Farbe (jedyny, jaki wówczas posiadała) i kartkując go zmierzała do ulubionego Magritte’a. Minęła szybko obrazy Dalego, ale mimo to jej włosy spłonęły częściowo (pomyślała przez sekundę, że piękno jest konwulsyjne), zagięła róg strony z reprodukcją Toyen, pośliniła palec przy rysunku Bellmera, zjadła kawałek ciastka oglądając Paula Delvaux i westchnęła przy obrazach Maxa Ernsta. Dzisiaj nie było Magritte’a na swoim miejscu. Nie zdziwiło to Alicji, podobnie jak fakt, że pośliniony przed kilkoma minutami palec był ciągle mokry. Postanowiła w związku z tym zaprzyjaźnić się bliżej z Hansem Bellmerem, zostawiając Magritte’a. Jej przyjaźń z Hansem trwała krótko, intensywnie i przybrała nieoczekiwany obrót.
– ...gdy zmarli rodzice – zakończyła Agnieszka, wpatrując się ze smutkiem w moje jestem w Łodzi przejazdem, które było już za drzwiami pokoju.

Od kilku dni siedziałem na ławce w parku miejskim. Patrzyłem na przemian w górę i w dół. Pozornie nic się nie działo. Niebo przelewało się z łoskotem jak zwykle, zmieniało barwę i kształt. Obłoki ustawiały się w zmiennych, bojowych szykach, spadając od czasu do czasu na pobliski trawnik. Dzieci miały niezłą zabawę, a ja z trudem poruszałem głową. Nie nadążałem za ruchem sfer niebieskich, nie nadążałem za skomplikowanymi formami życia, nie nadążałem także za najprostszymi. Unosiłem dłoń na wysokość głowy przez cztery dni, a gałki oczne trzeszczały przy każdym ruchu, mieląc drobiny wszechświata. Chwilę później przełykałem ślinę z szybkością przekraczającą dźwięk, moje ciało wpadało w niebotyczne turbulencje, skóra napinała się wygładzając wszystkie zmarszczki i pory.
– A ty co tutaj robisz? – obok mnie na ławce usiadła Anna. Odwróciła aerodynamiczny wózek wraz z zawartością w stronę mętnego słońca. – Dawno cię nie widziałam.
Jej oczy nie miały już tego blasku i ciekawości, jak wtedy, gdy w małej salce studyjnego kina wpatrywała się w napięciu w wyszarzałe kadry Gabinetu doktora Caligari. Od pierwszego spotkania z ekspresjonizmem Anna pokochała niemieckie kino lat dwudziestych, niemiecki drzeworyt, Die Brücke, Der Sturm i Błękitnego Jeźdźca. W lewej, górnej kieszonce czarnego żakietu nosiła Muncha, którego krzyk odstraszał chłopców próbujących dotykać jej drobnych piersi. Anna miała neurotyczne skłonności. Z emfazą recytowała z pamięci nieznanych prawie nikomu, niemieckich poetów spod znaku ekspresjonizmu, była blada i otwierała przed każdym zakamarki swej duszy, żądając podziwiania ich mroku i głębi. Deklarowała niechęć do dzieci, jako niepotrzebnych i niewinnych ofiar ludzkiego egoizmu (niewinna ofiara jej egoizmu, rzucona w czeluść aerodynamicznego wózka, ziewnęła szeroko i połknęła mętne słońce). Anna stała się przez kilka minut posiadaczką obrazu Kirchnera kiedy podczas pobytu na językowych wakacjach w Niemczech, wiedziona somnambulicznym transem, dotarła w Kolonii na aukcję i przelicytowała wszystkich, zatrzymując młotek na sumie półtora miliona marek. Nie wiadomo, w jaki sposób udało jej się wziąć udział w licytacji; nigdy nie chciała o tym mówić.
– Jak miewają się twoi ekspresjoniści? – zabulgotałem, usiłując wypłynąć na powierzchnię.
– Nijak, już mnie nie interesują. Wystarcza mi Tool – Anna nigdy nie była zbyt rozmowna.
– Co to jest Tool? – bulgotałem dalej.
– Nie wiesz? – zmrużyła oczy. – Słuchaj – coś sobie przypomniała – przypilnujesz przez pięć minut małego?
– Oczywiście – o mało nie utopiłem się. Anna odpłynęła, a ja starałem się dryfować na powierzchni, pilnując aerodynamicznej amfibii Anny. Utrzymywałem się na wodzie przez kilka dni, czując pod marznącymi stopami podstępność, zwodniczość i kuszącą ciemność podwodnego świata. Jednak nie dałem się zwieść jego pozorom i obietnicom.
– Jestem – Anna zajrzała do aerodynamicznej kapsuły, ekspresyjnie cmoknęła powietrze i sprawdziła zawartość pieluch małego, w których znalazła jedynie resztki mętnego słońca.
– To dla ciebie. Muszę lecieć. Pa. – Dostałem od niej kartkę pocztową z reprodukcją obrazu Muncha, którego dawniej nosiła zawsze na sercu.

Przed następnym spotkaniem postanowiłem być bardziej czujny. Wiedziałem już, że będzie to Aldona, Anita lub Adela. Ubrałem się starannie, zawiązałem od nowa krawat, wyczyściłem nawet buty i czekałem. Czekałem kilka bezowocnych dni, krzycząc pod wiaduktem na przejeżdżające pociągi. Rozpaliłem ogromne ognisko pod płaszczem i każdego ranka rozdmuchiwałem połami przygasające szczapy. Ogrzewałem skostniałe myśli.
Spod ziemi wyrosła Anita, odgarnęła nerwowym, jak zwykle, gestem włosy z czoła, uśmiechnęła się leciutko i gruchnęła:
– Mam w dupie Pollocka.
Anita w wieku osiemnastu lat zobaczyła po raz pierwszy obraz Jacksona Pollocka i zemdlała. Jej życiem zawładnęła abstrakcja niegeometryczna. Na widok płócien gorących abstrakcjonistów na przemian mdlała i wymiotowała. Wpadła w stan niezwykłego podniecenia, nerwowości, wręcz psychozy. Nie potrafiła sobie w żaden sposób poradzić ze sztuką abstrakcyjną. Gdy patrzyła na obrazy Kandinskiego, Tobeya czy Kleina, jej serce łomotało szaleńczo, łapała szeroko otwartymi ustami powietrze i zawsze jednakowo przerażała ją myśl, że oto ogląda wytwór ludzkiej, twórczej inwencji pozbawiony jakichkolwiek związków z rzeczywistością, którą znała, do której była przyzwyczajona i sądziła, że jest jedyną. Myśl ta pozbawiała Anitę zmysłów. Dziewczyna trwała w lęku przed sztuką abstrakcyjną kilka lat. Zajmowali się nią i lekarze, i artyści. Terapia nie dawała żadnych efektów, wypędzanie nieprzedstawiającego demona sztuki nie było łatwe. Pewnego dnia Anita znikła. Ślad po niej zaginął. Szukali jej lekarze, artyści i policjanci. Odnalazła się dopiero dzisiaj.
– Co się z tobą działo, Anitko? – spytałem gasząc w popłochu ognisko buzujące pod moim płaszczem.
– Leczyłam się w zamkniętym ogrodzie. Musiałam to zrobić sama. Mam dość sztuki, a jego w szczególności – wyjęła z torebki album Jackson Pollock, his life and work i podała mi. Wziąłem go do ręki, zaciążył kilkuletnim strachem obolałego serca Anity. Schowałem książkę pod płaszcz. Spłonęła szybciej niż zdążyłem pożegnać Anitę.
Nie mogłem dać sobie rady z płomieniem. Podsycony gorącą abstrakcją Pollocka, gwałtownością jego gestów, hektolitrami rozbiegającej się we wszystkich kierunkach farby, każdą kropką i plamą, ich niespokojnymi rozbryzgami tnącymi płótno wzdłuż, wszerz i po wszystkich możliwych przekątnych; strugami wrzeszczącej i przekrzykującej się wzajem farby, wykręcającej się i wijącej wzdłuż linii niekontrolowanego, przeklęcie radosnego żywiołu; płomień mojego prywatnego ogniska wybuchł ze zdwojoną, zwielokrotnioną siłą. Kiedy spłonęło ubranie, wydałem na pastwę ognia bolącą już skórę, kiedy i ona spłonęła, zaczęły palić się moje myśli. Uciekały w popłochu – żagwie, małe błędne ogniki i potężne ogniste kule, odświętne fajerwerki, drzazgi i smolne szczapy. Hucząc przelatywały z jednego krańca mojej głowy na drugi, wypadały z sykiem niknąc gdzieś w dalekiej nocy, wpadały na siebie wybuchając miriadami świateł supernowej; trawione niespożytym ogniem, bolące tysiącami oparzeń, oszalałe energią, czerwonością i hałasem pękających idei, niespełnionych pragnień, obietnic i pytań; pęczniejące bąblami, wesoło rumiane i żałobnie poczerniałe. Nie wiedziałem jak ugasić pożar przeklętego trwania. Och, nie wiedziałem.
Z pomocą przyszła mi Adela. Przypomniałem sobie jej pełne energii, zamaszyste zachwyty nad kultem szybkości i ruchem u futurystów. Marinetti był dla niej demiurgiem przemierzającym sztukę XX wieku ponad dźwiękowym pojazdem, z którego nie nadążał wykrzykiwać kolejnych objawień swojego manifestu. Myśl o zburzonych muzeach podniecała Adelę bardziej niż pieszczoty jej chłopca, a futurystyczna poezja doprowadzała ją niezmiennie do stanów graniczących z ekstazą. Brakowało jej systematyczności w studiach nad futuryzmem, ale w niczym nie przeszkadzało to ani jej, ani tym bardziej futurystom. Zachwycała się życiem w mieście, była jego prawdziwą fanatyczką; miasto przyprawiało ją o deliryczny zawrót głowy. Dzień po dniu przemierzała koślawe ulice i szybkostrzelne arterie, patrzyła na obolałe manekiny i ponad dźwiękowe samochody, dzień po dniu mieszała się z tłumem statystycznych mieszkańców, chłonęła ich bezosobowy szum, łowiła pojedyncze słowa. Dzień po dniu obnosiła swoją wyrozumiałą miłość do miasta, dzień po dniu obiecywała mu ją dozgonnie pośród huku metra, na drżących skrzyżowaniach i na środku łkającej ulicy. Kiedy Adela zobaczyła Dynamizm psa na smyczy Balli, tak długo biegała ze swoim małym jamnikiem, aż wydało się im, że razem mają pięćdziesiąt osiem par nóg i łap, że są już tylko czystym ruchem, pędem, szybkością; że przegonili własne oddechy i własne myśli. Adela żyła w nieustannym biegu, jadła w pośpiechu, uczyła się w ruchu, spała szybciej niż jej rówieśnice, oddychała szybciej i mrugała także szybciej.
Przypominałem sobie powoli wszystkie te pospieszności Adeli i nagle pożar ucichł i w chwilę później zgasł. Zrobiło się cicho i spokojnie. Niemal tak spokojnie, jak wówczas, gdy przyszła do mnie Aldona, by dowiedzieć się, co to jest fowizm. Pokazałem jej kilka pornograficznych rysunków i mała długo jeszcze, oglądając nieprzyzwoitości, myliła je ze szlachetną i czystą, acz płomienną sztuką Matisse’a, Vlamincka i Deraina. Teraz postanowiłem wyprowadzić Aldonę z błędu, obracając wszystko w żart, ale okazało się, że pisze pracę doktorską na temat fowistów, ma trzydzieści trzy lata i żyje w innym mieście. Nie miała mi, rzecz jasna, za złe tego głupiego zdarzenia sprzed wielu lat. Mówiła ciekawie o fowistach; bez żadnej afektacji, pozy i zbędnych gestów. Rzeczowo i, wydawało się, beznamiętnie wymienialiśmy uwagi na temat dzikości koloru i grubości konturu, na temat siły Deraina, dekoracyjności Matisse’a i lekkości Dufy’ego. Aldona nie miała żadnych preferencji, cechował ją pełen dystansu i chłodu stosunek do gorących fowistów, lubiła Rouaulta; lekko się ożywiła, gdy wspomnieliśmy Bonnarda, potem nieoczekiwanie przeszliśmy do surrealistycznej abstrakcji Miró i obiektów Duchampa, jeszcze później do amerykańskiej sztuki powojennej i najnowszej europejskiej. I choć za oknami dochodziło co jakiś czas do kolejnej, artystycznej manifestacji, powoli stawało się cicho i coraz spokojniej.
I tak już zostało. I nastał siódmy dzień tygodnia.
***
Stałem przy drzwiach do zamkniętego pokoju i chłodziłem czoło o framugę. Rozwijałem w głowie obraz, który potykając się, zacierając i koślawiąc, przybierał niepokojącą strukturę. A wyglądał tak:
Na styku dwóch różnych przestrzeni – skłębionej, biało szarej płachty nieba i ciemnej, gęstej, oddychającej leniwie ziemi; na równej linii styku dwóch światów, pojawił się niewielki, świecący punkt. Najpierw poruszał się powoli wzdłuż owej linii, badając jej istnienie i grubość. Świecił lekko pulsującym, zielonym światłem, niczym magiczne oko radia wygrzebanego z pamięci dzieciństwa. Punkt zielonej jasności – tak go nazwałem – przesuwał się w prawo, w lewo, zastygał nieruchomo i znowu rozpoczynał wahadłową wędrówkę. Trwało to jakiś czas... (jego fizyczny wymiar nie ma tu większego znaczenia – mogło trwać to kilka sekund, jak i wiele dni, bowiem w takich sytuacjach czas nabiera właściwości metafizycznych, porusza się w innych rejestrach, synkopuje swój rytm, wypada z niego, zapomina się i traci oddech. Nie pytając o zgodę nadaje rzeczom, zjawiskom innego wymiaru niż ten, do którego dopiero co zdołał nas przyzwyczaić. Rozciąga lub kurczy swoje interwały, żongluje nimi, bawi się; napawa lękiem i smutkiem)..., później punkt jasności zaczął się przybliżać, a intensywność jego świecenia powiększać się i zauważyłem, że jest to regularny sześcian, którego czołowa ściana jarzy się mocnym punktem zielonej jasności. Stale się zbliżał, nie mogłem określić jego rozmiarów; a kiedy wreszcie się zatrzymał, wstrząsnął mną dreszcz i plunąłem zielonym światłem. Wybiegłem naprzód kolorem, smugą, wiązką, rozbłyskiem – bowiem ja również byłem zielonym punktem jasności i także dźwigałem ciężar ogromnego sześcianu, ciągnąłem wielotonową bryłę kamienia, byłem jego forpocztą i sumieniem, jego drogowskazem i mieszkańcem. Gdy wszystkie drobiny zieloności połączyły się, gdy wymieszały się fotony, błyski, impulsy i fale; gdy z ciężkim łoskotem i westchnieniem natarły na siebie dwa kamienne bloki, potężne relikty niejasnego pochodzenia, omszałe pamięcią przechowującą najdalsze wspomnienia, najstarsze dnie i noce, blask najbardziej odległych gwiazd i powracających komet, wzniosłe wschody i zachody słońc, pierwotny lęk i najcięższe chmury wraz z ich zimnym deszczem, gdy wreszcie materia – gęsta, zbita i mocna – pokonując opór, weszła jedna w drugą zespalając oszalałe atomy, nowe cząstki, rozbiegane mikroelementy, wtedy wszystko uspokoiło się i zamarło.
Obraz zatarł się, poszarzał. Przesunąłem głowę w inne miejsce framugi, by znowu poczuć jej chłód. Obraz zaczął z wolna zanikać, ale pojawiło się we mnie dojmujące uczucie smutku. Nie widziałem już nic ciekawego, czułem za to rozlewającą się w moim ciele ciepłą i gęstą falę patetycznej nostalgii; miałem ochotę wypluć ją razem z ciężką śliną zalegającą mi usta. Framuga drzwi przestała chłodzić. Wszedłem do pokoju i nastawiłem budzik na szóstą rano.
Mocna kawa spłynęła jak należy i wyszedłem z domu. Niebo w pobliżu przystanku autobusowego, wygięte niczym cienka blacha, odbijało niemrawe światło pierwszych minut pokazującego się słońca. (Później nieco, gdy słońce przypomni sobie, co właściwie ma do roboty, niebo zacznie się prostować, podniesie się razem z ciężkimi, bulwiastymi obłokami; zacznie się nadymać, równocześnie pęcznieć i wygładzać. Ale to później). Przyjechał autobus i cała zawartość cherlawego i wygiętego błękitu wepchnęła się za mną do pojazdu, zajmując wszystkie wolne miejsca.
Jechałem długo. Dzień wygonił resztki obłoków z autobusu. Znalazły się na swoim miejscu, patrząc nieruchomo, jak próbuję bezskutecznie zbliżyć się do nich. Niebo również zajęło się sobą – wygładziło resztki snu, nabrało odpowiedniego koloru i przybrało właściwą pozycję, rozpięte jak co dzień od horyzontu po horyzont. Jechałem długo. Pasażerowie zmieniali się, kierowca rutynowo kasował bilety, hamował, skręcał, rutynowo zapalał papierosa i zmieniał biegi. Odruchowo poprawiał co jakiś czas jabłko podskakujące na wybojach, turlające się w przeciwną stronę pokonywanych zakrętów, przyczepione grawitacją do skrawka dermy pomiędzy kierownicą a szybą. Obserwowałem jabłko na przemian z sunącym wolniej od autobusu pejzażem, leniwym albo niespokojnym, drzemiącym monotonnie aż po płaski horyzont, falującym płynną linią pagórków i przesuwającym rozmazaną ścianę drzew przydrożnego lasu. Gdy autobus zwalniał na podjazdach, pomiędzy pniami można było dostrzec przemykającego jednorożca, ścinającego ukradkiem drzewo chłopa, czujnego wilka, skupionych grzybiarzy i pełnych zapału harcerzy. Las ciągnął się bardzo długo. Zaczęło zmierzchać i kierowca włączył światła. Autobus zagłębiał się w tunel wyskakujących po obu stronach drogi rytmicznych pionów, w grę cieni i świateł, w ruchomą scenografię monotonnego snu, pchającego świat w daleką przestrzeń pozbawioną dźwięku i czasu. Płynąłem razem z kierowcą wzdłuż coraz szybciej biegnącego szpaleru wieczornych drzew, uporczywie goniąc umykającą plamę światła, aż wreszcie dopadliśmy ją i stało się bardzo ciemno. Gdzieniegdzie tylko rozbłyskiwały maleńkie punkty dalekich konstelacji, pulsowały pojedyncze znaki, jakieś bezgłośne sygnały milczącego nieba. Wydawało się, że tkwimy w miejscu, lecz autobus nabierał prędkości i chyba wznosił się, przecinając coraz bardziej czarną przestrzeń. Świat trzeszczał pod naporem ciszy. Jabłko, przytulone do przedniej szyby, drgnęło nieznacznie, obróciło się wzdłuż niewidocznych równoleżników i zaczęło się unosić. Płynęło powoli, bardzo powoli w górę, a gdy dotknęło dachu autobusu, znieruchomiało. Ucichła cisza. Nie było świateł, nie było kierowcy, nie było już autobusu ani jabłka. Zaczęło ubywać mnie. Maleńkie implozje komórek, błahe z początku detonacje rozpoczęły się od czubka głowy. Powolny proces wsysania w nieznany mi punkt czarnego wszechświata obejmował całe moje ciało, przemieszczał się stopniowo, pochłaniał, zabierał w głąb, trwał na nieustającym wdechu. Poczułem kilka lodowatych wybuchów. Gdy ich zimno dotarło do stóp, nie czułem już nic. Już mnie nie było. I wtedy dopiero zobaczyłem prawdziwą czerń, wszedłem w nią i chyba poczułem jej smak i jej zapach; wiedziałem, że nie ma już głębszej, wiedziałem, że to jest czerń czerni, głębia głębi, nicość nicości – najwspanialszy kolor niespokojnie drżącego świata, niechciany kolor życia, wyklęty kolor “prawdziwych” malarzy, obolały i zmęczony kolor. Ta prawdziwa czerń oplotła mnie czule. Ta prawdziwa czerń zamieszkała we mnie. I wiedziałem już na pewno, że nie umarłem w wieku sześciu lat. Bo chyba nie można umrzeć dwa razy.
Jechałem długo. Powrotna droga, choć wydawała się krótsza, wlokła leniwie lustrzane odbicie tego samego pejzażu. Gdy wysiadałem na przystanku, milczące sygnały ciemniejącego nieba czekały na nocny autobus.
***
Wchodziłem powoli na szóste piętro starej kamienicy. Stanąłem przy drzwiach do spalonego mieszkania i chłodziłem czoło o framugę. Myślałem o wyjazdach i powrotach, o wahadłowym przemierzaniu świata, o wschodach i zachodach, o ruchu ciał niebieskich, o kłamstwach i prawdzie, o cyklu i rytmie, o początku i o końcu.
Spalone mieszkanie żyło. Oddaliłem chybotliwe myśli i usłyszałem dźwięk spalonych słów, płomienne wyznania miłosne i bolące przekleństwa. Słyszałem strach, słyszałem pękające okrzyki nie mogące dać sobie rady z płomieniem, z niekontrolowanym, radosnym żywiołem. Słyszałem płonące ubrania, wydaną na pastwę ognia bolącą już skórę, słyszałem palące się, uciekające w popłochu myśli skomlące tysiącami oparzeń; oszalałe energią, czerwonością i hałasem, pęczniejące bąblami i żałobnie poczerniałe. Słyszałem trzask sprzętów i chichot ognia.
Wszedłem powoli na szóste piętro starej kamienicy. Chciałem odwiedzić Agnieszkę o twarzy nieco bardziej asymetrycznej niż twarze innych Agnieszek. Nacisnąłem dzwonek, jego dźwięk pobiegł w głąb mieszkania zardzewiałym terkotem. Zaszczekał gdzieś pies. Nikt nie otwierał. Agnieszki nie było w domu. Agnieszka poniosła swoją asymetryczną twarz pomiędzy ludzi; pokazała ją przechodniom na ulicy, ekspedientkom w sklepie albo mężczyźnie. Twarz Agnieszki naznaczona była miłością. Przekrzywioną miłością do kubistycznej sztuki. Podobała się mężczyznom, którzy potrafili docenić urodę asymetrii, którzy potrafili dostrzec piękno w drobnych przesunięciach jego elementów, i dla których kategorie piękna rozpoczynały się tam, gdzie dla innych się już wyczerpywały, lub – co gorsza – w ogóle ich nie było. Takich mężczyzn Agnieszka spotykała niewielu i, być może dlatego, czuła się czasami jak kłębek watoliny schowany głęboko w niemodnym płaszczu. Gdy zmarli jej rodzice (w odstępie jednego tygodnia, nie chorując na nic poza chroniczną nostalgią) Agnieszka została sama w dużym mieszkaniu. Wprawdzie towarzyszył jej odległy zapach niekształtnych jabłek, niewyraźny cień Góry św. Wiktorii, badawcze spojrzenie awiniońskich panien i oddychająca ciężko nostalgia rodziców, ale Agnieszka czuła się samotna. Kiedy zdjęła ze ścian wszystkie reprodukcje kubistycznego malarstwa, ich jasne ślady na dawno nie zmienianej tapecie kłuły oczy wyrzutem zdradzonej miłości. Agnieszka próbowała zastąpić je fotografiami rodziców, lecz te były zbyt małe i wpadły głęboko w prostokąty zdradzonych uczuć. Agnieszce wydało się, że wpadła razem z nimi i nigdy już nie uda jej się wrócić. Tkwiła prawie nieruchomo we własnej samotności, czując czasami dojmującą nostalgię rodziców i patrząc na lustrzane odbicie swojej przekrzywionej twarzy. Bardzo lubiła znieruchomieć w półmroku pokoju i wypatrując odległych, cezannowskich pejzaży, śnić na jawie zawsze ten sam sen: na styku dwóch różnych przestrzeni – skłębionej, biało szarej płachty nieba i ciemnej, gęstej, oddychającej leniwie ziemi, na równej linii zetknięcia dwóch światów – pojawia się niewielki, świecący punkt. Najpierw porusza się powoli wzdłuż owej linii, badając jej istnienie i grubość. Świeci lekko pulsującym, zielonym światłem, niczym magiczne oko radia wygrzebanego z pamięci dzieciństwa. Punkt zielonej jasności – tak nazwała go Agnieszka – przesuwa się w prawo, w lewo, zastyga nieruchomo i znowu rozpoczyna wahadłową wędrówkę. Trwa to jakiś czas, później punkt jasności zaczyna się przybliżać, a intensywność jego świecenia powiększa się i Agnieszka zauważa, że jest to regularny sześcian, którego czołowa ściana jarzy się mocnym punktem zieloności. Stale się zbliża, nie można określić jego rozmiarów; a kiedy wreszcie się zatrzymuje, Agnieszką wstrząsa dreszcz i płacze zielonym światłem, wybiega naprzód kolorem, smugą, wiązką, rozbłyskiem – bowiem ona również jest zielonym punktem jasności i także dźwiga ciężar ogromnego sześcianu, ciągnie wielotonową bryłę kamienia, jest jego forpocztą i sumieniem, jego drogowskazem i mieszkańcem. A gdy wszystkie drobiny zieloności łączą się, gdy mieszają się fotony, błyski, impulsy i fale; gdy z ciężkim łoskotem i westchnieniem nacierają na siebie dwa kamienne bloki, potężne relikty niejasnego pochodzenia, gdy gęsta, zbita i mocna materia, pokonując opór, wchodzi jedna w drugą – wtedy wszystko uspokaja się i zamiera.
Dzisiaj Agnieszka wyszła z domu w dobrym nastroju. Zamykając mieszkanie poczuła zapach zupy cebulowej, a pies sąsiadów rozszczekał się jak zwykle. Spłynęła sześć pięter w dół, rozdeptując niedostrzegalny pył odległych kwazarów. Na trzecim piętrze ktoś odpoczywał, opierając głowę o framugę drzwi do spalonego mieszkania. Agnieszka umówiła się z mężczyzną spotkanym kilka dni temu w księgarni. Wydał jej się przystojny, miły i inteligentny (w gruncie rzeczy nie był ani przystojny ani miły, a inteligencją przewyższał jedynie swoich kolegów z baru piwnego Malwa). Agnieszka pomogła nieznajomemu odnaleźć dział z przewodnikami i mapami. (J. zatrudnił się jako goniec w firmie próbującej lekceważyć zdobycze współczesnej komunikacji i musiał zaopatrzyć się w plan miasta). Zagadnął do niej dość obcesowo i mrukliwie, usiłował uśmiechnąć się krzywo (ten uśmiech wydał się Agnieszce interesująco powabny) i w końcu, już z planem miasta w ręku, zaproponował jej wspólne wypicie kawy. Ta propozycja wydała jej się tak nieoczekiwana, że Agnieszka rozkwitła najpierw rumieńcem zaskoczenia, potem zbladła udaną obojętnością, a w końcu jej twarz wypełnił kolor tajemnego przyzwolenia (od wielu lat pielęgnowała w sobie zgodę na taki moment życia, w którym wszystko, co dotyczy uczuć, zostanie wystawione na szybką, jednorazową i mocną próbę.) Agnieszka spojrzała więc skwapliwie na interesujący (bardzo pospolity) profil J.; oczami wyobraźni dostrzegła siebie siedzącą z nim przy kawiarnianym stoliku, aromat mocnej kawy przytłumił zapach jabłek, ujrzała powolny gest aprobaty chorych na nostalgię rodziców, pełne zrozumienia spojrzenie Cezanne’a, Picassa, Braque’a, a nawet Grisa, i umówiła się na czwartek. I oto płynęła ulicą, mijała obojętnych ludzi; przeszła cztery skrzyżowania, zatrzymała się na chwilę przy witrynie dużego sklepu z kosmetykami i po chwili, bez wahania, weszła do kawiarni Ratuszowej. J. siedział przy stoliku w głębi i palił taniego papierosa. Uśmiechnął się najpiękniejszą ze swoich krzywizn (matematyczny wykres tego uśmiechu byłby niepokojącym przykładem oszalałej sinusoidy), zgasił nerwowo papierosa i zapytał Agnieszkę, co sądzi o Apollinairze. Agnieszka wpadła najpierw w popłoch zaskoczenia, potem udała spokój, wreszcie przywołała uśmiech tajemnego przyzwolenia i satysfakcji.
– No cóż, to poeta w pewnym sensie... zamordowany.
– To może zamówimy jakieś alkohole? – krzywizna uśmiechu J. osiągnęła niebezpiecznie skrajne punkty, nabierając przy tym konfidencjonalno-chytrego wyrazu i przyprawiła Agnieszkę o nieznany jej dotychczas dreszcz. (Agnieszka przypomniała sobie czasy fascynacji kubizmem i, co było w pewnym sensie naturalną koleją rzeczy, Appolinaire’m. Czytała jego teksty krytyczne poświęcone malarstwu, fascynowały ją jego fascynacje; z rozmarzeniem zazdrościła Metzingerowi malowania portretu poety, z upodobaniem powtarzała w myślach cytowaną przez Apollinaire’a anegdotę o wizycie w pracowni Grisa bogatej miłośniczki nowoczesnej sztuki z Rosji, która po wyjściu miała powiedzieć, że to nieciekawe malarstwo, bo zbyt dobrze widać, co na nim jest; wreszcie Agnieszka sięgnęła po poezje Apollinaire’a, by na koniec zbudować pomost między kubizmem i de Chirico, którego obrazów nigdy nie zgłębiła, bowiem wydawało jej się, że po kubistycznej lekcji realizmu nie potrafi już zgłębić metafizyki. Ta zresztą pozostała dla niej zamknięta w jednym obrazie. Z twórczością Giorgio de Chirico zetknęła się szukając wszystkiego, co dotyczyło jej ukochanego poety. Natrafiła na jego portret malowany przez Włocha i odtąd ten obraz stał się dla niej kwintesencją tajemnicy, a jego profetyczna siła wciskała głowę Agnieszki w poduszkę pozostawiając na niej wilgotne ślady wielu bezsennych nocy. Z drżeniem ciała wyobrażała sobie skupioną twarz malarza kreślącego celowniczą tarczę na lewym profilu jej ukochanego, zamordowanego poety; widziała karabin w ten profil mierzący, wpadający w niego pocisk; widziała krew, ranę, trepanację czaszki i śmierć poezji.)
– No to zdrowie pięknych pań – J. podniósł, do coraz bardziej wykrzywionych ust, kieliszek z ciemną, zakrzepłą krwią.
– Nie, zdrowie poezji! – Agnieszka patetycznym gestem wypiła czerwone wino, spłonęła wstydem jego koloru, uciekła w głąb siebie, zderzyła się z lekko zdziwionym Picassem, z trudem wyminęła zastygłych w geście przyzwolenia rodziców, przewróciła sztalugi Grisa, rozlała terpentynę Metzingerowi i, gdy na końcu jej szaleńczego biegu stanęła niewyraźna sylwetka Apollinaire’a, Agnieszka zawróciła.
– Bardzo pana przepraszam, ale tu jest trochę duszno.
J., z pełnym zrozumienia grymasem ust, zapłacił rachunek i zaofiarował się odprowadzić Agnieszkę do domu. Kiedy zaproponowała mu wypicie herbaty w mieszkaniu (za przyzwoleniem zmęczonych nostalgią rodziców), J. zawahał się na chwilę, a potem, na trzecim piętrze zapytał Agnieszkę o spalone mieszkanie. Niewiele mogła mu powiedzieć, J. zatrzymał się na moment, oparł głowę o framugę drzwi, ale nic nie usłyszał. Gdy znaleźli się w ciemnym przedpokoju ciemnego mieszkania Agnieszki, odwrócił ją szybko do siebie i połączyli krzywizny, asymetrie i nierówności swoich twarzy, a później ciał. (Rodzice dziewczyny zniknęli, zabierając ze sobą na zawsze gest przyzwolenia, lecz zostawiając nieśmiertelną nostalgię).
Odwiedziłem Agnieszkę podczas kolejnego pobytu w Łodzi. Kiedy zadzwoniłem do mieszkania na szóstym piętrze, rozległ się płacz małego dziecka i po chwili drzwi otworzyły się, pokazując mi asymetryczną twarz Agnieszki, za nią smutnego Cezanne’a i grających w karty kolegów jej męża.
***
Jechałem długo. Powrotna droga, choć wydawała się krótsza, wlokła leniwie lustrzane odbicie tego samego pejzażu. Gdy wysiadałem na przystanku, milczące sygnały ciemniejącego nieba czekały na nocny autobus. Byłem zmęczony, niespodziewanie drogę rozświetliły mi płonące włosy Alicji, która miała w sobie coś z jaszczurki i jesiotra, jakąś nieuchwytną śliskość i wilgotność. Ujrzałem jej niespieszny uśmiech, niestałość jej obietnic, mokrą Wenecję, smutek i rozpaczliwe oczekiwanie jej męża. Ujrzałem płonącego Magritte’a, usłyszałem płomienne deklaracje Bretona i płomieniste poezje Aragona, Eluarda i Chara. (Alicja bardzo polubiła René Chara. Zgłębiała jego subtelne opowieści o wildze i jeżyku, o nieznanej jej Sordze i o Hypnosie; zachłysnęła się nieoczekiwanymi zderzeniami, gęstością sprowokowanych obrazów, ich potoczystością, nieznanym jej rytmem i intensywnością. Odkryła słowne przestrzenie Chara. I plagiat męża, co wywołało jedynie lekki, niespieszny uśmiech zdziwienia na jej jasnej twarzy. Siedząc, najczęściej wieczorem, z niewielką książeczką wielkiej poezji, Alicja poddawała się nieznanym jej dotychczas emocjom. Doświadczała delikatnego przepływu energii przez ciało, lekkiego mrowienia w plecach i czuła gorąc płonących włosów. I wtedy, bardzo często, stawał jej przed oczami niezmiennie ten sam obraz: na styku dwóch różnych przestrzeni – skłębionej, biało szarej płachty nieba i ciemnej, gęstej, oddychającej leniwie ziemi; na równej linii styku dwóch światów, pojawia się niewielki, świecący punkt. Najpierw porusza się powoli wzdłuż owej linii, badając jej istnienie i grubość. Świeci lekko pulsującym, zielonym światłem. Punkt zielonej jasności – tak nazywa go Alicja – przesuwa się w prawo, w lewo, zastyga nieruchomo i znowu rozpoczyna wahadłową wędrówkę. Trwa to jakiś czas, później punkt jasności zaczyna przybliżać się, a intensywność jego świecenia powiększa się i Alicja zauważa, że jest to regularny sześcian, którego czołowa ściana jarzy się mocnym punktem zielonej jasności. Zbliża się, a kiedy wreszcie staje, Alicją wstrząsa dreszcz i wybiega naprzód kolorem, smuga, wiązką, rozbłyskiem – bowiem i ona jest zielonym punktem jasności, i także dźwiga ciężar ogromnego sześcianu, ciągnie wielotonową bryłę kamienia, jest jego zwiastunem i sumieniem, jego drogowskazem i mieszkańcem. Gdy wszystkie drobiny zieloności łączą się, gdy dokładnie mieszają się fotony, błyski, impulsy i fale; gdy z ciężkim łoskotem i westchnieniem nacierają na siebie dwa kamienne bloki, potężne relikty niejasnego pochodzenia; gdy wreszcie materia – gęsta, zbita i mocna – pokonując opór, wchodzi jedna w drugą zespalając się, wtedy wszystko uspokaja się i zamiera).
Pewnego poranka, kiedy przyjaźń Alicji z Hansem Bellmerem osiągała wyżyny zażyłości, wyobraziła sobie, że pozuje mu do rysunku siedząc nago i swobodnie w fotelu. Poczuła fizyczną obecność jego falującej kreski, poczuła jak pewność linii obrysowuje jej ciało, jak wchodzi w głąb, jak eksponuje jej fizyczność, jak ją drąży, penetruje i oplata. Zobaczyła siebie zamienioną w układ zależności bieli i czerni, zobaczyła siebie pełną linii, obłości i strzelistości, zobaczyła na swoich nogach pończochy w poziome paski, w tle szarą pustkę i ceglany mur; przymknęła oczy i poczuła mokry, pośliniony palec... Najbliższym pociągiem Alicja pojechała do Katowic. Postanowiła zobaczyć rodzinne miasto Bellmera. Wysiadła na nieznanym jej dworcu nieznanego miasta. Jedno z wyjść prowadziło na nieduży, zatłoczony samochodami plac. Przeszła go niezdecydowanie, weszła na jakiś skwer i po prawej stronie ujrzała wysoki, ceglany mur. Usiadła na ławce nie bardzo wiedząc dokąd iść. Jasne niebo wpadało za horyzont ustępując miejsca niebu ciemniejącemu gwałtownie. Narożne wieżyczki ceglanej budowli najpierw dumnie rysowały swój kształt, później wtopiły się w niebo, by za chwilę rozbłysnąć nikłym światłem. Zrobiło się cicho. Na pobliskim trawniku bezgłośnie zaszczekał pies, dwóch mijających Alicję młokosów bezgłośnie zaklęło, właściciel psa bezgłośnie zagwizdał i świat wokół bezgłośnie zamarł. I wtedy Alicja zobaczyła prawdziwą czerń, poczuła jej smak i jej zapach, zorientowała się, że nie ma już głębszej; wiedziała, że to czerń czerni, głębia głębi, nicość nicości – najwspanialszy kolor niespokojnie drżącego świata, niechciany kolor życia, wyklęty kolor prawdziwych malarzy, obolały i zmęczony kolor. Ta czerń oplotła ją czule i Alicja poczuła czyjąś śmierć. Tkwiła nieruchomo, aż narożne wieżyczki więzienia, przed którym siedziała, powróciły bladym światłem, pies zaszczekał, małolat zaklął soczyście, usłyszała gwizdnięcie i szum samochodów. Siedziała jeszcze chwilę na ławce; rozbłysły wieczorne latarnie. Skwer wokół więzienia nabrał innego wymiaru; wydał się Alicji długim korytarzem rozświetlonym szpalerem neonowych świateł, pełną iluminacji aleją wypełnioną tłumem swobodnie spacerujących bellmerowskich lalek. Przechadzały się leniwie, jedne zmęczone swoim kalectwem, inne dumnie go obnoszące, patrzące obojętnym wzrokiem i obojętnie pokazujące swoją kaleką nagość. Kuśtykały nerwowo, wlokąc protezy swojego nieprawdziwego życia; próbowały dostojnie manifestować niezależność i samodzielność. Niektóre udawały ludzi, wtedy ich wymuszona poprawność stawała się chorobliwą ludzi karykaturą. Alicja przeszła szybko plac na ukos i znalazła się na biegnącej lekko w górę ulicy przeciętej środkiem tramwajową linią. Było już późno. Stała bezradnie na ulicy Kościuszki – najpierw chciała iść do góry, wsiadła jednak w najbliższy tramwaj jadący w przeciwną stronę i wkrótce znalazła się na Rynku. Wysiadła z opustoszałego pojazdu. Wtedy część świateł w mieście zgasła, część zmieniła intensywność blasku, część domów i ulic zmieniła swój wygląd i Alicja, po przejściu kilkudziesięciu metrów, stanęła przed bramą numer 6 kamienicy przy ulicy Rathausstrasse. Otworzyła drzwi i weszła powoli na trzecie piętro. Na drzwiach mieszkania po lewej świeciła mosiądzem okazała wizytówka: Ing. Johann Bellmer. Nacisnęła dzwonek. Długo trwała cisza. Potem szuranie zaspanych nóg, płacz obudzonego dziecka i kobiecy głos pytający:
– Wer da?
Alicja nie odpowiedziała. Nie znała niemieckiego, nie znała tego świata i przestraszyła się. Zbiegła szybko na dół, gubiąc po drodze obcas. Postanowiła, że wróci tu w dzień. Nie wróciła jednak. Biegnąc do tramwaju wpadła pod koła jadącej pustymi ulicami ciężarówki. Zrobiło jej się zimno i trochę zabolało. Zobaczyła prawdziwą czerń, poczuła jej smak, jej zapach i zorientowała się, że nie ma już głębszej. Ta czerń oplotła ją czule i włosy Alicji przestały płonąć.
Byłem zmęczony. Pozostawiłem za sobą przystanek autobusowy i niosąc delikatnie pamięć o płomiennych włosach Alicji, szedłem chodnikiem ociemniałego miasta starając się ominąć rozległe kałuże odbijające czarne dziury nieba. W ciemnych witrynach sklepów rozłożyły się wygodnie manekiny, podkładając sobie pod nigdy nie zasypiające głowy nieczułe dłonie. Niektóre witryny świeciły blaskiem przymkniętych, kocich oczu lub nerwowo drżącymi snopami złodziejskich latarek; niektóre odbijały niewyraźnie moją postać, niektóre sylwetki kobiet nocy. Szedłem do domu długo. Miasto śniło swój niespokojny sen. Niechętne pasażerom taksówki przemykały bez świateł po pustych ulicach. Otwarte bramy kusiły czernią, zapachem nocy i stukotem wysokich obcasów. Bramy zamknięte skrywały sny, szepty i przekleństwa, skrywały nieregularne oddechy niespokojnych sumień śniących o spokojnych snach; skrywały także tylko im dany kolor – czerni zmieszanej z połamanym, głębokim błękitem nocy. Miasto spało lękliwie, drżąco i czujnie.
Zatrzymałem się na chwilę przed jedną z bram. Jej mrok był chłodny, a kolor wnętrza fosforyzował lekko, zmieniał się i kusił. Przypomniałem sobie, że Anna bardzo lubiła nocne, “ekspresowo-ekspresyjne”, tak je nazywała, wyprawy na miasto. Lubiła wydłużone cienie, smakowała czerń, znajdowała w niej tysiące niuansów, zawiłości i bogactwo jej odcieni. Lubiła mroczne wędrówki, nocne odgłosy i niespokojne sny. Wychodząc z domu zawsze sprawdzała obecność Krzyku Muncha w kieszonce na piersi. Dodawał jej otuchy w najcięższych chwilach, nigdy się z nim nie rozstawała; traktowała go jak amulet, talizman i najdroższy skarb. Właściwie nie lubiła innych obrazów Muncha, wolała bardziej ekstatycznie kolorowych ekspresjonistów, jak choćby Noldego czy Kirchnera. Ale chętnie krzyczała wpatrując się w szeroko otwarte usta twarzy z obrazu Muncha. Kiedyś, jako naiwna siedemnastolatka, zafascynowana rysunkami, pisarstwem i postacią Alreda Kubina, napisała jego życiorys i wysłała do kobiecego pisma sądząc, że każda kobieta powinna znać twórczość przynajmniej jednego artysty z kręgu ekspresjonizmu.
Odpowiedź redakcji kobiecego pisma brzmiała: “uważamy tekst za interesujący, lecz ze względu na charakter naszego tygodnika i oczekiwania naszych czytelniczek, radzimy zwrócić się do pisma specjalizującego się w sztuce”. Naiwność Anny wpadła w furię. Nie chciała zwracać się do specjalistów. Chciała powszechnej znajomości ekstatycznej, prawdziwej, mrocznej i krzyczącej sztuki ekspresjonizmu. Chciała, by kobiety gotując obiad czytały Po tamtej stronie, by z mężami rozmawiały o wojennym doświadczeniu artystów połowy lat 20., a z koleżankami o poezji Trakla. Naiwność i złość Anny wykupiły z okolicznych kiosków wszystkie egzemplarze kobiecego tygodnika, pozbawiając wiele gospodyń domowych dobrych rad na temat zdrowego żywienia, młode dziewczyny pozostawiając bezbronnymi w walce z trądzikiem i problemami pierwszej miłości, a dojrzałe kobiety sam na sam z jesienną modą i z brakiem orgazmu. Naiwność kazała Annie zamalować wszystkie strony we wszystkich wykupionych egzemplarzach. Mozolnie wpisywała białą farbą swój tekst na czarnych stronach. Czas, zniechęcenie i brak pieniędzy przerwały po dwóch tygodniach wysyłanie tak przeredagowanego pisma na jego rodzimy adres. Redakcja całkowicie zignorowała protest Anny przeciw nieobecności sztuki ekspresjonistów w kobiecych pismach. W chwilach ciężkich, takich jak ta po otrzymaniu negatywnej odpowiedzi, Anna zaszywała się w kącie swojego pokoju i wpatrując się krzyczące usta na ulubionym obrazie, przywoływała inny, zawsze niezmiennie ten sam obraz: na styku dwóch różnych przestrzeni – skłębionej, szarej płachty nieba i ciemnej, oddychającej leniwie ziemi; na równej linii styku dwóch światów, pojawia się niewielki, świecący punkt. Najpierw porusza się powoli wzdłuż owej linii, potem przesuwa się w lewo, w prawo, zastyga nieruchomo i znowu rozpoczyna wahadłową wędrówkę. Trwa to jakiś czas, później punkt zielonej jasności – tak nazywa go Anna – zaczyna przybliżać się, a intensywność jego świecenia powiększać i Anna zauważa, że jest to regularny sześcian, którego czołowa ściana jarzy się mocnym punktem światła. Stale się zbliża, a kiedy wreszcie zatrzymuje się, Anną wstrząsa dreszcz i wybiega naprzód kolorem, wiązką, rozbłyskiem – bowiem i ona jest zielonym punktem jasności, i także dźwiga ciężar ogromnego sześcianu, ciągnie wielotonową bryłę kamienia, jest jego zwiastunem, jego drogowskazem i mieszkańcem. Gdy wszystkie drobiny zieloności łączą się, gdy z ciężkim łoskotem i westchnieniem nacierają na siebie dwa kamienne bloki, gdy wreszcie materia – gęsta, zbita i mocna – pokonując opór wchodzi jedna w drugą, wtedy wszystko uspokaja się i zamiera.
Anna wróciła z Niemiec bez obrazu Kirchnera, którego licytacja przeszła do historii domu aukcyjnego Rat-Kunst w Kolonii, ale za to z przekonaniem, że sztuka wymaga poświęceń i jest wspaniała. Przez kilka następnych lat usiłowała, całkowicie bezskutecznie, założyć Towarzystwo Miłośników Sztuki Ekspresyjnej. Organizowała nieudane odczyty, wydawała kserograficzny biuletyn, szukała kontaktów, próbowała zorganizować duże i małe wystawy. Wpatrywała się w krzyczącego Muncha i coraz mniej rozumiała. Aż wreszcie, pewnego zimowego poranka, obudziła się z mocnym przekonaniem, że sztuka wymaga zbyt wielu poświęceń i nie jest tego warta. Wyjechała ponownie do Niemiec, starannie omijając Kolonię; pracowała w nocnych lokalach (jeden z nich nazywał się Der Sturm), trochę podróżowała, a gdy po roku wróciła do kraju, stwierdziła, że jest w ciąży. Urodziła syna; wtedy spotkałem ją w parku po raz ostatni. Anno, do dzisiaj nie wiem, co to jest Tool.
***
Wszedłem do pełnej nocnego zapachu bramy. Skąpe światło gołej żarówki wiszącej wysoko pod sufitem z trudem wydobywało liszaje odpadającego tynku, resztki spłowiałej farby i tonące w mroku schody prowadzące ostrym łukiem na klatkę schodową. Na wprost czerniał prostokąt wyjścia na podwórko. Stanąłem niezdecydowany. Poczułem nowy zapach –lekką woń ni to jaśminu, ni to bzu. Zapach tanich perfum. Na półpiętrze ktoś stał. Słyszałem nieco przyspieszony, tłumiony oddech, a w chwilę później ujrzałem jabłko. Turlało się bardzo powoli po poręczy schodów. Zamiast nabierać prędkości, zwalniało swój bieg. Zatrzymało się tuż za ślimacznicą kończącą poręcz. Zawisło na chwilę w powietrzu i, po chwili wahania, wróciło na poręcz; nabierając prędkości znikło w mroku pierwszego piętra. Rozległ się chichot i poczułem mocniejszy zapach ni to jaśminu, ni to bzu. Ruszyłem w górę schodów, w gęstniejącą ciemność i w otaczający mnie coraz intensywniej zapach tanich perfum. Wchodziłem powoli na kolejne piętra starej kamienicy prowadzony, utrzymującym stały dystans, chichotem; w oparach dusznego zapachu, szukając po omacku kolejnego stopnia. Wreszcie zauważyłem cienką kreskę światła w szparze pod drzwiami. Znalazłem dzwonek. W tej samej chwili, gdzieś blisko mnie, rozbawiony kobiecy głos poinformował:
– Już jest.
Drzwi otworzyły się, ale nadal było ciemno. Nawet jeszcze ciemniej. Stałem bezradnie, czując jak czerń tej nocy oplata mnie coraz bardziej czule...
– Jest w dużej sali! – kobiecy głos rozległ się głośnym dyszkantem, odbił zwielokrotnionym echem od ścian, sufitu i podłogi. Ruszyłem po omacku przed siebie.
– Idzie! – kobieta wydarła się wniebogłosy. Zatrzymałem się.
– Stoi! – niemiły dyszkant przeciął czarne powietrze. Podniosłem rękę na wysokość głowy. Głos chwilę zawahał się, po czym wrzasnął:
– Drapie się!
Nadal nic nie widziałem, a na dodatek straciłem chyba węch, ponieważ nie czułem już zapachu tanich perfum. Opleciony czernią zacząłem zastanawiać się co zrobić.
– Myśli! – wiedziałem przynajmniej, że nie straciłem jeszcze słuchu. Postanowiłem odezwać się:
– Gdzie ja jestem?
– Mówi! – dyszkant aż zachłysnął się z wrażenia.
– Przyprowadź go wreszcie, idiotko – niski głos należał do mężczyzny. Błysnęło światło słabej żarówki, rozległ się suchy kaszel i ujrzałem potężnych rozmiarów, wysokie łoże, w nim niewielką, zasuszoną postać starca, a obok niego garbatą kobietę.
– Ta noc chyba się nie skończy – mężczyzna odłożył na bok gazetę i przyjrzał mi się z niechęcią. – Powinieneś spać. Być może przyśniłoby ci się coś ciekawego. A tak tylko łazisz bez sensu... Łazisz i łazisz. Co słychać u Anity? – popatrzył na mnie wyraźnie oczekując odpowiedzi.
– No cóż... dawno jej nie widziałem. Wiem, że miała kłopoty z abstrakcją niegeometryczną, ale...
– Co ty mi tu pieprzysz? Pytam jak praca, mąż, dzieci?
– Nie wiem, właściwie nie znam jej dobrze – bąknąłem, mając w pamięci jedynie hektolitry farby wylanej przez Pollocka, zniknięcie Anity i płomień moich myśli.
– Jak to nie znasz!? – niepozorny mężczyzna huknął donośnym głosem, aż garbata kobieta skuliła się ze strachu, a głupkowaty uśmiech znikł z jej twarzy. – My wiemy wszystko. Sądzisz, że zamydlisz nam oczy sztuką? Jesteś śmieszny. Idź już, K.
– Nie jestem K. – odparłem.
– Wszyscy jesteście K.– starzec odwrócił się do mnie plecami i ostentacyjnie zachrapał. Światło zgasło.
Anita – bez wątpienia najbardziej bolesna, ze znanych mi, ofiara sztuki dwudziestego wieku. Biedna, zagubiona Anita ze wspaniałym, obolałym sercem. Anita pełna szczerej wiary, zdziwienia i łez. Usiłowałem przypomnieć sobie jak ją poznałem. Wygrzebałem z pamięci późne popołudnie listopadowego dnia, wernisażowy gwar, czerwone wino i omiatające ściany galerii nerwowe spojrzenie krótko ostrzyżonej dziewczyny. (To była wystawa Jerzego Nowosielskiego, a Anita była już wtedy na etapie zaawansowanej ucieczki w połamany świat nerwowego załamania spowodowanego abstrakcją niegeometryczną i starannie omijała kilka nieprzedstawiających płócien). Kręciła się po wystawie spijając wino i uśmiechając się od czasu do czasu do własnych myśli. Później opowiedziała mi, że udało jej się przywołać myśl o najwspanialszym, jej zdaniem, płótnie Nowosielskiego – o Villi dei Misterii i że kiedyś jej chłopak, student historii sztuki, napisał dla niej specjalnie o tym obrazie tekst. Przysłała mi go pocztą elektroniczną. Przy najbliższej okazji powiedziałem Anicie, że tekst jest niezły, ale nieco powierzchowny, chwilami naiwny i zbyt autorytarny w sądach, choć usprawiedliwiony młodym wiekiem autora. Nie odpowiedziała nic, przecięła mnie jedynie na pół swoim nerwowym spojrzeniem i, po długiej chwili namysłu, opowiedziała o pojawiającym się często przed jej oczami, w całkiem nieoczekiwanych momentach, obrazie: na styku dwóch różnych przestrzeni – szarej płachty nieba i ciemnej płaszczyzny ziemi, na równej linii styku tych dwóch światów, pojawia się niewielki, świecący punkt. Najpierw porusza się powoli wzdłuż owej linii, potem przesuwa się w lewo, w prawo, zastyga nieruchomo i znowu rozpoczyna wahadłową wędrówkę. Trwa to jakiś czas, później punkt zielonej jasności – tak nazywa go Anita – zaczyna przybliżać się, a intensywność jego świecenia powiększać i Anita zauważa, że jest to regularny sześcian, którego czołowa ściana jarzy się mocnym punktem światła. Stale się zbliża, wreszcie zatrzymuje się. Anitą wstrząsa dreszcz i wybiega naprzód kolorem, wiązką, rozbłyskiem – bowiem i ona jest zielonym punktem jasności, także dźwiga ciężar ogromnego sześcianu i ciągnie wielotonową bryłę kamienia. Gdy wszystkie drobiny zieloności łączą się, gdy z ciężkim łoskotem nacierają na siebie dwa kamienne bloki i gdy materia – gęsta, zbita i mocna – pokonując opór wchodzi jedna w drugą, wtedy wszystko uspokaja się i zamiera.
Kilka tygodni później dowiedziałem się, że Anita od wielu dni nie wychodzi z domu, ma bardzo silne stany lękowe, torsje, światłowstręt a powodem tych dolegliwości, nasilających się od roku, jest malarstwo abstrakcyjne. Dowiedziałem się o spazmatycznej reakcji Anity na rozlaną farbę na wielkich i małych płótnach Pollocka, o histerycznym płaczu na widok niewinnych form na obrazach Miró, o lękliwych ucieczkach przed nieokreślonymi kształtami wykreowanymi przez Kandisky’ego; przed powierzchniami i płaszczyznami koloru, przed jego siłą i istnieniem; przed zmiennością i płynnością, przed wzajemnym przenikaniem się, przed relacjami, uzupełnieniami, kontrastami; przed taszyzmem, informelem, przed liryzmem, ekspresją, surrealizmem i malarstwem akcji, przed materią, plamą i znakiem. Przed przerażającym subiektywizmem sztuki. Biedna, przestraszona sztuką dziewczyna. Wreszcie schroniła się w pełnym przyjaźni ogrodzie. Medytacja w nim pozwoliła Anicie na spokojny ogląd świata. Pozwoliła na zaakceptowanie i abstrakcji i przedmiotu, na ich współobecność, na ogląd rzeczywistości w każdym, najbardziej nawet niewyobrażalnym aspekcie. Jedynym malarzem, którego nigdy już nie chciała oglądać, pozostał Jackson Pollock.
Światło zgasło. Nic nie widziałem, nie słyszałem i niewiele czułem. Rozbolała mnie głowa i zabrakło mi dyszkantu przewodniczki. Stałem bezradnie, czując jak czerń tej nocy oplata mnie coraz bardziej czule. Poddałem się jej całkowicie, przyjąłem jej warunki, bo przecież noc sprzyja wędrówkom, rozmyślaniom, lękom i miłości. Noc i ciemność skrywają występek i potęgują cienie; noc sprzyja podróżom, obiecuje i zaprasza. A więc ruszyłem przed siebie. W całkowitej ciszy i w całkowitej ciemności. Potykałem się o schody i progi, szedłem w górę i w dół. W dół i w górę. Czułem na twarzy delikatne muśnięcia skrzydlatych, nocnych wędrowców, czułem lepkość otaczającej mnie czerni. Wydawało mi się, że zszedłem do Hadesu i niżej, do Tartaru; że zwiedzam Mictlan, że jestem w Nawie, w Arallu albo jeszcze głębiej. Umarłem po raz trzeci, a w każdym razie tak mi się wydawało. (Tu nastąpiła seria całkowicie niemożliwych do opisania zdarzeń. Nie tylko dlatego, że związane są ze śmiercią, której opis byłby żałosną próbą, w najlepszym przypadku, rozpaczliwej egzaltacji; ale również dlatego, iż wszechobecna czerń zawładnęła wszystkimi moimi zmysłami. Stanęła na przeszkodzie oczom – to na samym początku – później zaatakowała uszy, węch i czucie. Ale przecież wiedziałem, że jest. Bo ona żyje ze mną i zasypia ze mną jak siostra; jest i być musi. I na tym polegało to, czego naprawdę się bałem. Nie na jakimś pospolitym kłuciu w klatce piersiowej, nie na pierwszym lepszym lęku, nie na zawrocie głowy i chwilowym odpływie, lecz na poczuciu koloru. Na poczuciu czerni).
..............................................................................................
Wkrótce jednak zobaczyłem cienką kreskę światła w szparze drzwi i usłyszałem znany mi głos:
– Już jest!
Wymacałem klamkę, lecz drzwi nie chciały się otworzyć.
– Mocniej! – krzyknął dyszkant.
Uporałem się z zamkiem i wszedłem do dużego, jasno oświetlonego pomieszczenia. Na środku ujrzałem potężnych rozmiarów łóżko, w nim niewielką, zasuszoną postać starca, a obok niego garbatą kobietę. Z sufitu spadało słońce. Przecinało pokój po przekątnych, rozświetlało drobiny kurzu, ptasi puch i opadający powoli czas. Kładło leniwe refleksy na sprzętach i przedmiotach, barwiło je intensywnym kolorem południa.
– No, jesteś wreszcie. Czekam i czekam, a ty jak zwykle gdzieś się włóczysz, nie masz czasu dla ojca. I matka zamartwia się. Nie widziałeś gdzieś, Jakubie, małego eliocarnusa?
– Nie jestem Jakubem.
– Szukam go już od tygodnia. Pewnie siedzi pod łóżkiem albo, co gorsza, poniosło go w świat, choć taki mały. Tak jak ciebie Jakubie. Wiesz, od pewnego czasu wydaje mi się, że one drwią sobie ze mnie, a nawet knują coś pod łóżkiem. Niewdzięczne. Poświęciłem im tyle czasu i starań. Ale idź już, bo spłoszysz mi je wszystkie. Nie masz pojęcia jak one paskudzą. No idź, idź. I pozdrów Adelę! – krzyknął za mną, a jego cienki głos jeszcze chwilę odbijał się echem o poczerniałe gwałtownie ściany.
Adela. Zmysłowa i szalona. Najbardziej zwariowana, podniecona i frenetyczna kobieta jaką znałem. Jej fascynacja futuryzmem zaczęła się całkiem niewinnie, od przejścia skrzyżowania na czerwonym świetle. Niewiele brakowało, by przejechał ją samochód. Adela cofnęła się przestraszona i pomyślała, że świat pędzi naprzód a sztuka stoi w miejscu. I z tą, jak jej się wtedy wydawało, odkrywczą myślą, pobiegła (uważając na kolejnych skrzyżowaniach) do biblioteki. Wypożyczyła wszystko to, co znalazła na temat futuryzmu, bowiem przypomniała sobie, że to niejakiemu Filippo Tommaso Marinettiemu samochód wyścigowy wydał się piękniejszy od Nike z Samotraki. Z manifestu futuryzmu dowiedziała się również, że trzeba zburzyć muzea i biblioteki, wojna jest dla świata jedynym zabiegiem higienicznym, profesorowie to śmierdząca gangrena i że liczy się tylko postęp, prędkość i elektryczność. Wszystko to bardzo spodobało się Adeli (nie zwróciła uwagi na drobny fakt, iż wprowadzenie w życie postulatu zniszczenia gmachów użyteczności publicznej mogło stanowić pewne utrudnienie w zdobywaniu wiedzy, nie tylko na temat futurystów). Od jakiegoś już czasu zauważyła, że najlepiej czuje się wśród gorącej atmosfery miasta, podnieca ją szybkość, nudzą profesorowie, drażni brak światła i że lubi żyć prędko. Bardzo prędko. Przemierzała więc miasto w poszukiwaniu mocnych wrażeń, prowokowała je, kusiła los nieodpowiedzialnością, niemiłe zdarzenia pokrywała śmiechem i zapominała o nich po płytkim śnie. Jedynym miejscem, które na krótko zatrzymywało przyspieszony puls Adeli, była niewielka nisza pod jednym z wiaduktów, gdzie zdarzało jej się (choć rzadko) odpoczywać, i którą pokazała mi pewnego upalnego popołudnia, pełnego zapachu spalin, rozgrzanego powietrza i huku pociągów. Kiedy siadywała w tym miejscu, wyciszał ją na krótko następujący obraz: na styku dwóch różnych przestrzeni – szarej płachty nieba i ciemnej płaszczyzny ziemi, na linii styku tych dwóch światów, pojawia się niewielki, świecący punkt. Początkowo porusza się powoli wzdłuż owej linii, potem przesuwa się w lewo, w prawo, zastyga nieruchomo i znowu rozpoczyna wahadłową wędrówkę. Trwa to jakiś czas, później punkt zielonej jasności – tak nazywa go Adela – zaczyna przybliżać się, intensywność jego świecenia powiększa się i Anita zauważa, że jest to regularny sześcian, którego czołowa ściana jarzy się mocnym punktem światła i który wreszcie zatrzymuje się. Adelą wstrząsa dreszcz i wybiega naprzód kolorem i rozbłyskiem – bowiem i ona jest zielonym punktem jasności, także dźwiga ciężar ogromnego sześcianu i ciągnie wielotonową bryłę kamienia. Gdy drobiny zieloności łączą się, gdy z ciężkim łoskotem nacierają na siebie dwa kamienne bloki i pokonując opór wchodzą jeden w drugi, wtedy wszystko uspokaja się i zamiera.
Adela pędziła przez życie ścigając się ze swoimi fascynacjami futuryzmem. Gdy czytała o tryumfalnym pochodzie Severiniego, Carry, Boccioniego i Balli przez galerie Europy, gdy wyobrażała sobie emfatyczne odczyty i wykłady Marinettiego sławiące tłum wstrząsany pracą, nawołujące do polifonicznej rewolucji, gdy niemal słyszała skowyt maszyn i galop szerokopierśnych lokomotyw, gdy słuchała muzyki hałasu Russolo, oczy Adeli nabierały blasku, policzki płonęły, a usta, zwilżane językiem, rozchylały się łapiąc coraz szybciej powietrze. Bardzo długo miała za złe Marinettiemu, że ten początkowo wyłączył z ruchu kobiety, lecz gdy natrafiła na Manifest kobiet futurystycznych i Manifest przyjemności autorstwa Valentine de Saint-Point, pokochała oboje jednakowo mocno i bezkompromisowo. Lecz miłość ta nie trwała długo. Żyjącą szybciej niż inni Adelę wypaliła bezpowrotnie choroba. Dziewczyna znikała a wraz z nią bezgraniczne uczucia do futuryzmu i do miasta. Odwiedziłem ją kilka razy w szpitalu. Postępujący paraliż gasił Adelę powoli, lecz nieodwołalnie. Najpierw zabrał jej możliwość ruchu, gasząc równocześnie blask oczu, później powędrował w górę ciała bieląc policzki, wysuszając powoli usta i zwalniając niemal całkowicie oddech.
Zostałem sam na sam z czernią. Uporczywość jej powrotów tej nocy była zadziwiająca; pojawiające się co jakiś czas cienkie, świecące kreski szpar w drzwiach, choć oczekiwane, zaczęły mnie irytować, bo zapowiadały wizyty w sypialniach tych samych starców udających znajomość ze mną, udających koligacje rodzinne i nazbyt dosłownie narzucających się ze swymi literackimi cytatami. Ale tym razem czerń zaczęła wyraźnie szarzeć, a ja zacząłem rozróżniać odrapane ściany klatki schodowej, zarys schodów, dostrzegłem nawet leżące nieruchomo w kącie jabłko, a na parapecie okna kilka zasuszonych much. Zszedłem trzy piętra w dół. Na dworze dniało. Niebo, wygięte niczym cienka blacha, odbijało niemrawe światło pierwszych minut pokazującego się słońca. Później nieco, gdy słońce przypomni sobie, co właściwie ma do roboty, niebo zacznie się prostować, podniesie się razem z bulwiastymi obłokami; zacznie pęcznieć i wygładzać. Ale to później, kiedy niebo zajmie się sobą, tzn. wygładzi resztki snu, nabierze odpowiedniego koloru i przybierze właściwą pozycję, rozpięte jak co dzień od horyzontu po horyzont.
***
Wszedłem do mieszkania i położyłem się zmęczony obok śpiącej jeszcze Aldony. Tak, tej, która dwadzieścia lat temu myliła fowizm z pornografią, która napisała doktorat o dzikim kolorze i mocnym konturze, mieszkała do niedawna w odległym mieście; tej, która spokojnie przysłuchiwała się odgłosom artystycznych manifestacji, która lubiła Bonnarda i pod której powiekami rozwijał się w tej chwili następujący obraz: na styku dwóch różnych przestrzeni – skłębionej, biało szarej płachty nieba i ciemnej, gęstej, oddychającej leniwie ziemi; na równej linii styku dwóch światów, pojawia się niewielki, świecący punkt. Najpierw porusza się powoli wzdłuż owej linii, badając jej istnienie i grubość. Świeci lekko pulsującym, zielonym światłem, niczym magiczne oko radia wygrzebanego z pamięci dzieciństwa. Punkt zielonej jasności przesuwa się w prawo, w lewo, zastyga nieruchomo i znowu rozpoczyna wahadłową wędrówkę. Trwa to jakiś czas... (jego fizyczny wymiar nie ma tu większego znaczenia – może trwać kilka sekund, jak i wiele dni, bowiem w takich sytuacjach czas nabiera właściwości metafizycznych, porusza się w innych rejestrach, synkopuje swój rytm, wypada z niego, zapomina się i traci oddech. Nie pytając o zgodę nadaje rzeczom, zjawiskom innego wymiaru niż ten, do którego dopiero co zdołał nas przyzwyczaić. Rozciąga lub kurczy swoje interwały, żongluje nimi, bawi się; napawa lękiem i smutkiem)..., później punkt jasności zaczyna przybliżać się, a intensywność jego świecenia powiększa się i Aldona widzi, że jest to regularny sześcian, którego czołowa ściana jarzy się mocnym punktem zielonej jasności. Stale się zbliża, nie można określić jego rozmiarów; a kiedy wreszcie zatrzymuje się, Aldoną wstrząsa dreszcz i pluje zielonym światłem. Wybiega naprzód kolorem, smugą, wiązką, rozbłyskiem – bowiem ona również jest zielonym punktem jasności i także dźwiga ciężar ogromnego sześcianu, ciągnie wielotonową bryłę kamienia, jest jego forpocztą i sumieniem, jego drogowskazem i mieszkańcem. Gdy wszystkie drobiny zieloności łączą się ze sobą, gdy mieszają się fotony, błyski, impulsy i fale; gdy z ciężkim łoskotem i westchnieniem nacierają na siebie dwa kamienne bloki, potężne relikty niejasnego pochodzenia, omszałe pamięcią przechowującą najdalsze wspomnienia, najstarsze dnie i noce, blask najbardziej odległych gwiazd i powracających komet, wzniosłe wschody i zachody słońc, pierwotny lęk i najcięższe chmury wraz z ich zimnym deszczem, gdy wreszcie materia – gęsta, zbita i mocna – pokonując opór, wchodzi jedna w drugą zespalając oszalałe atomy, nowe cząstki, rozbiegane mikroelementy, wtedy wszystko uspokaja się i zamiera.
Pod moimi powiekami także zaczął rozwijać się obraz goniąc pospiesznie ten, który śniła Aldona i gdy udało nam się je połączyć, wtedy wszystko uspokoiło się i zamarło. I tak już zostało.




[ wstecz | strona główna ]

Jeśli chcesz otrzymywać informacje o nowościach, zapisz się na listę:    Imię: E-mail: