 |
Imię Marcin
Nazwisko Orliński
ur. 1980
Ukończył filozofię na Uniwersytecie Warszawskim. Laureat wielu nagród poetyckich, m. in.: im. R. Wojaczka, im. C. K. Norwida, im. W. Pietrzaka, im. M. Kajki, im. L. Bakuły, im. K. Ratonia czy "Miłość niejedno ma imię". Wiersze i teksty eseistyczne publikował w wielu ogólnopolskich czasopismach, takich jak Gazeta Wyborcza, Odra, Twórczość, Tygodnik powszechny, Topos, Studium czy Akant, a także w wydawnictwach zwartych.
Redaguje Zeszyty Poetyckie.
Wyróżnienie w konkursie Nagrody im. Stanisławy Zawiszanki "Dżonka 2007" |
KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
[ zobacz komentarze (4) ]
[ dodaj swój komentarz ]
|
OPINIE

Marcin Orliński pochyla się nad każdym słowem, smakując jego wartość, znaczenie i tkwiące w nim klimaty. Wnikliwość spojrzenia i wrażliwość na słowa powoduje, że nic nie uchodzi uwadze podmiotu, który patrzy, obserwuje, zapisuje, jakby od tego miała zależeć harmonia świata. To, co nazwane staje się ciałem, co zapamiętane, staje się rzeczą, której można dotknąć ("pamięć o śniegu jest śniegiem"). I w ten sposób toczy się świat, w ktorym jest piękno i dobro, więcej nic, jak powiedziałby Norwid.
Marta Fox
|
|
TWÓRCZOŚĆ

***
Piątkowy wieczór. Dyskutujemy z Magą o sztuce i elektrycznych
wstrząsach. Szaleństwo. Litość i trwoga. Niedaleki jęk karetki
rozszerza perspektywę o możliwość wypadku, niespodziewane
nieszczęście. Przeciągamy linę. Oto dwóch różnych Odyseuszy:
jeden przywiązuje się do masztu, drugi oniemiały słucha śpiewu
syren. Między pokładem statku a głębią oceanu jest przestrzeń,
która pomieści wszystko. Być albo nie być. Być albo pozostać
obserwatorem. Potem długo nie mogę zasnąć. Siadam z kartką
papieru i kontempluję sinusoidę sygnału ambulansu. Bezpieczne
tło dalekiego miasta, w którym duchy mają własne problemy
i żyją własnym życiem.
Dom
Rodzice zawsze potrafili powstrzymać świat rzeczy
przed rozpadem. Mama skwapliwie sprzątała kurze
z szaf, a tata naprawiał domowe sprzęty, zmieniał
boazerię. Ja chyba tego nie potrafię. Moje biurko
zarósł mech, a łóżko jest już całkiem spróchniałe.
Pamiętam, że kiedyś wierzyłem w przestronność
owego tunelu, który łączy kamień i światło. Dzisiaj
wiem już, że nie wolno zbyt pochopnie czegokolwiek
nazywać. Boazeria. Mech. Kamień. Podobno słowo
dyskurs pochodzi od łacińskiego discurrere,
co oznacza: biec w różne strony.
Język pozostanie mym domem. Powracam więc
do uśmiechu moich rodziców, jak do ogrodu.
Pan Kleks w kosmosie
Niekończący się ciąg zimnych poranków, szpitalne
światło. Dyktatura złych, głupich wychowawczyń.
Przez głośniki mojego radia sączy się wieczorna wilgoć
lat osiemdziesiątych, czerwony piasek. Oglądam
zdjęcia, widzę swoją przestraszoną twarz, brudny
fartuszek. Pamiętam, jak jakiś bachor ukradł mi zabawkę
i jak przez cały dzień płakałem. Pamiętam tę dziką
tęsknotę za domem. Zimny, przedszkolny murek,
do którego przykleiło się moje martwe ciało.
Heraklit czuwa, chodźmy spać
Po raz ostatni zanurzyć dłoń w kurzu. Poczuć jego
spokojny nurt. Pod kocem jest najbezpieczniej. Można
się skulić do embrionu. Wyobrażać sobie las, stworzenie
świata. Rząd latarni, który przetnie turkusowa jesień.
Po raz ostatni spojrzeć na przystanki autobusowe,
posłuchać ich miarowego oddechu. Zgodzić się na to,
że sen jest ogonem i paszczą tego samego węża.
Tej samej kuli, skulonej w sobie na bibliotecznej
półce. Co można jeszcze zrobić? Powołać do życia
kolejną główkę od szpilki. Kolejną latarnię,
która będzie gasła każdego wieczoru.
***
W drodze do sklepu Maga skarży się na stresujące
warunki w pracy. Biuro jak rzężące płuco. Rusztowania
ze styropianu, nożyczki zamiast dłuta. Podziwiam ją.
Dziś po raz kolejny udało jej się spaść na cztery łapy.
Betonowy obelisk zamieniła w słup wody. Niedawno
dowiedziałem się, że kot Cortazara wabił się Adorno.
A my? Jak nazwiemy Naszego Kota? Buber, Derrida?
Rozpromieniona zatrzymuje się przed jakąś wystawą.
Wyjmuje z torby owocowego cukierka. A ja
zastanawiam się, czy zamiast kota nie byłby lepszy
kameleon. Sfinks o tysiącu spojrzeń. Kwitnący
wielobok, dla którego nikt nie wymyśli imienia.
***
Trzeba szukać świata na jego obrzeżach, wśród
mchu. Tam, gdzie rosną grzyby o nieznanych
nazwach, zapisano śmierć naszych bliskich, Twój
kolorowy kącik z rodzinnego domu, kudłate łby
Tamtych Zwierząt. Wiem o tym doskonale, choć
nie wierzę w kołowroty pamięci absolutnej.
Te wszystkie epoki, geologiczne skorupy (przekrój
na przekór linii horyzontu) gdzieś tam są, majaczą.
Szkoda czasu na przeglądanie książek telefonicznych,
ważenie w dłoni cyrkla, kserowanie listów. Lepiej
zanurzyć twarz w lustrze. Wino i krew to oblicza
tego samego wysiłku, tej samej tężni, której na imię
chwila.
Papier
Listopadowe poranki, jak białe, chropowate przęsła.
Trzymam się kalendarza, bo język cyfr jest językiem
Boga. Nieba bieleją od nadmiaru światła, planeta sunie
po orbicie, huk rozpędzonych łożysk rozsadza mózgi
ostatnich żywych stworzeń. Podobno zmiana to jedyna
kategoria, za pomocą której można zatrzymać czas.
Od nadmiaru światła pustoszeją podwórka, mróz stempluje
dokumenty śmierci. Musimy być czujni. Cisza wsiąka w nas
jak w papier.
***
Wędrowne rośliny układają się do wiecznego snu
w przypadkowych doniczkach. Na mokrych ulicach
widać jeszcze ich ślady, botaniczny popiół. Nasze
portrety zieją pustką. Jaskrawymi barwami tęczy,
która biegnie donikąd, zataczamy krwawe półkola.
Lepimy garnki naszego dzieciństwa. Tak się ulega
tylko wróżbom i wypadkom. Na ekranie migocze
jeszcze druga strona ciszy, coś całkowicie innego.
***
Latem do naszych bosych stóp przyklejał się rozpalony
asfalt. Wchodziliśmy na trawniki, pod syczące hydranty,
i skakaliśmy łapiąc w usta każdy cekin, każdy odłamek
szkła. Babcia czekała jak gdyby nic z obiadem,
a cisza aż drżała od nakłuć po fastrydze. W mroku
moje dłonie pachniały gliną, tak jak dłonie babci.
W kuchni wielkie, tłuste muchy zatrzymywały czas,
a falbanka wypalała w źrenicy wzór na powtórzenie.
Nie było ani prostych reguł, ani drewnianych karabinów.
Była paląca cisza. Był wyrzut sumienia, głęboki jak
ślad krwi skwierczącej na asfalcie: dziesięciolatek,
który wybiera się w podróż na Słońce.
***
Ślad urywa się przy kosodrzewinie, nagle. Tam, gdzie
kiedyś mieszkali partyzanci z plastikowymi karabinami,
teraz po pijanemu łamie się gałęzie. Ale morze szumi
tak samo. Muchy tak samo brzęczą wśród płonących
krzewów. Czy człowiek istnieje naprawdę, skoro zawsze
przez szkło widać tylko jeden z możliwych przekrojów
światła? Jedno jest pewne. Tęsknot starczy na resztę
życia. Teraz lawendowe morza są na wpół zanurzone
w rzece. Dawni koledzy jak jaskółki. Dorośli pośród
spalin - znak, że wakacje trwają wiecznie. Spośród
wszystkich kul na orbitach tylko pamięć nie daje się
zatrzymać, ubrać w mapę. Plastelina lepi samą siebie.
I nie ma nic poza plasteliną.
|
|