 |
Imię Joanna
Nazwisko Kubik
ur. 1960
Mówi o sobie: "urodziłam się dzisiaj". |
KOMENTARZE CZYTELNIKÓW
[ zobacz komentarze (8) ]
[ dodaj swój komentarz ]
|
OPINIE

Co może wyniknąć z przypadkowego spotkania mężczyzny, kobiety i papugi? Pełnokrwista proza, wartka akcja, znakomite pióro! Debiut, który zostaje w pamięci.
PARNAS.PL
|
|
TWÓRCZOŚĆ

PAPUGA - I
Początek drogi.
Po drodze nie mam zwyczaju zabierać kogokolwiek. Dla zasady. W końcu wszelkie drogi utwardzone- w tym szosy właśnie- położono z myślą o zmotoryzowanych. Ale, co tam, w końcu żyjemy w wolnym kraju, więc jeżeli ktoś ma życzenie wlec się pieszo poboczem- droga wolna! Tyle, że ja takiego amatora przechadzek omijam szerokim łukiem- niezależnie od tego, czy nosi ciężki tobół, minispódniczkę, czy siódmy krzyżyk na karku. No, chyba, że ma papugę na ramieniu…Ona akurat miała…
- To bardzo uprzejmie z pańskiej strony. Dziękujemy!
Dziękują mi- to znaczy ona i chyba ta papuga, a ja w ostatniej chwili cofam nogę, by nie wcisnąć gazu do dechy, zostawiając na środku szosy ją- i tę papugę. Cofam nogę i jestem wściekły – na upał, oślepiające słońce i własną ospałość.
Niektórzy ludzie mają to w twarzy, inni w ruchach, sposobie trzymania głowy- ona, natomiast, należała do tego gatunku, który już w promieniu kilometra uruchamia wszystkie dzwonki alarmowe. – Kłopoty, po trzykroć kłopoty!- tłustym drukiem powiewające jak sztandar na wietrze.
Klnę więc w duchu mój instynkt samozachowawczy, który ostatnio tak mocno zawodzi i rzucam przez zaciśnięte zęby:
- Tylko tego ptaka proszę mi od razu do klatki!
Zamiera z nogą na stopniu, wpatrując się we mnie ze zdumieniem.
- Jakiej klatki?
- Normalnej, takiej do trzymania ptaków.
Miejsce zdumienia zajmuje wyrzut pełen najwyższej grozy, jakbym proponował jej przynajmniej rosół na papuzich nóżkach.
- A pan…pan chciałby tak w tej …klatce? Zresztą, i tak niczego podobnego nie posiadamy.
Uznawszy widać sprawę za załatwioną, przerzuca plecak przez oparcie i mości się na fotelu obok. Papuga, nie obdarzywszy mnie nawet przelotnym spojrzeniem, ląduje na zagłówku, a ja ruszam- tak jakoś automatycznie i całkiem wbrew sobie. Samobójca!
-Proszę pani, ja nie żartuję. Ornitologiem nie jestem, ale wystarcza mi wiedza, że toto fruwa i zostawia po sobie ślady na wieczną pamiątkę. Nie życzę sobie mieć uświnionej tapicerki!
- Ach, o to chodzi…- Lekceważąco macha ręką- Może być pan spokojny, nasze potrzeby intymne załatwiamy w ustronnym miejscu.
…Nasze potrzeby intymne…- Proszę, jakie elegantki! Mam tylko nadzieję, że nie będzie to ustronny zakątek mojej furgonetki…
Przykre uczucie pulsowania pod czaszką narasta, więc zaciskam ręce na kierownicy, całą uwagę koncentrując na prowadzeniu, Tyle, że akurat nie ma specjalnych powodów do koncentracji: droga prosta, nawierzchnia, o, dziwo, równa, a samochodów jak na lekarstwo. Nic, tylko słońce i rozgrzane powietrze- tak gęste, że jego lepką obecność czuję na całym ciele. Wciska się pod ubranie, zatyka gardło, osiada na powiekach…Potrząsam głową i przykre uczucie mija po chwili, ale pulsujący niepokój pod czaszką zostaje. – Ten bezruch jest jakiś dziwny. W końcu to szczyt sezonu urlopowego, początek żniw, a na drodze taka pustka?...
Za to ruch zaczyna się w samochodzie. Ptaszysko najwyraźniej już jakiś czas temu zaczęło obchód, bo właśnie pojawia się w moim polu widzenia- na desce rozdzielczej. Cóż, muszę przyznać, że to wyjątkowo piękny okaz: wielki, z imponującym czubem na głowie i chyba całkowicie biały- na ile mogę to ocenić przez ciemne szkła okularów. Kroczy dumnie, a lekkie utykanie kompensuje sobie miną starego weterana, którego kontuzje bojowe są przyczynkiem do zasłużonej chwały i podziwu. Zapatrzony w przestrzeń ponad sobą, zdaje się zupełnie ignorować otoczenie, ze mną włącznie- a może przede wszystkim ze mną. Raz tylko podchwytuję jego spojrzenie…no, jeśli nie obelżywe, to w każdym razie pełne ironii.
-Och, Punky, nie przeszkadzaj panu. Zachowuj się!
Zupełnie jakby zrozumiał, bo zmierzywszy mnie po raz drugi wyniosłym wzrokiem, rozpoczyna dostojny odwrót.
- Jak pani powiedziała?
- No, przecież to Punky, oczywiście!- Śmiejąc się, gładzi nastroszony czub, a dostojny arystokrata w jednej chwili przemienia się w milusią przytulankę z rozkosznie przymkniętymi oczyma.
Ta oczywistość jakoś niespecjalnie mnie przekonuje. Odległe, nieokreślone, ale jestem pewien- całkiem przeciwne skojarzenie snuje mi się po głowie…Jakaś ogromna płachta błękitu, szum, śpiewy… Eh, przywidzenia!
- Pani dokąd?
- Nad morze.
No, jasne, niby, dokąd można się wybierać o tej porze roku.
- Gdzieś konkretnie, czy, ot, tak- na włóczęgę?- Pytam nie z ciekawości, broń Boże, ale by zagłuszyć tę niepokojącą ciszę, która wypełnia mój umysł, samochód i cały rozgrzany świat dookoła.
- Konkretnie to do Afryki.
A, to już lekka przesada! Przywykłem, co prawda, że z racji mojego wyglądu ludzie zachowują się osobliwie- dziwiąc się boleśnie, współczując, ignorując, jednak nikt dotychczas nie potraktował mnie jak półgłówka! Sam więc nie wiem, dlaczego podejmuję tę idiotyczną zabawę.
- Cóż, wobec tego przy najbliższym przystanku PKS-u czeka was przesiadka. Obawiam się, że pomyliła pani nie tylko morza, ale i kierunki świata.
- Och, nie musi się pan zaraz gniewać- Parska śmiechem, najwyraźniej rozbawiona- Swego czasu studiowałam geografię i doskonale wiem, gdzie leży Afryka! Rozważaliśmy najpierw drogę powietrzną, i jestem pewna, że Punky dałby sobie doskonale radę, ale ja- niestety! Pan sobie nawet nie wyobraża, ile taki przelot kosztuje!- Wymownie milknie, ciężko wzdychając, ale już po chwili podejmuje raźniej, głosem pełnym determinacji:
- Przecież Punky musi wrócić do swego naturalnego środowiska- do ojczyzny przodków. Jestem pewna, że tam dopiero będzie naprawdę szczęśliwy. Uznaliśmy, więc, że podróż morska będzie lepsza, a kto wie- może nawet bardziej ekscytująca…
Jasna cholera! Nie tylko mitomanka, ale i ekologista jakaś! Pewnie nawiedzona kapłanka tej nowej religii- New Age, wegetarianizm, Hare Kriszna, feng shui i sto innych diabłów w jednym sosie.
- Statkiem, powiada pani…Cóż, obawiam się, że mam złą wiadomość, bo rejs, o jakim pani myśli, grubo przekracza koszty przelotu- i to w obie strony. Tak, z całą pewnością!- oznajmiam triumfalnie i nic mnie nie obchodzi, że satysfakcja aż nadto pobrzmiewa w moim głosie. Milczy, najwyraźniej stropiona, a że ,jak domyślam się, patrzeć musi z wrogością- więc zachowuję kamienną twarz w oczekiwaniu na dalsze atrakcje.
-To…to może się zaokrętujemy…
No, proszę- jakie to proste! A mnie nawet powieka nie drgnęła. Za to Punky, dotychczas jakby nieświadom wagi toczonej rozmowy, ożywia się nagle, podnosi głowę i czujnie wpatruje się w swoją panią. W jednej chwili robi mi się tak wesoło i lekko na duszy, że omal nie parskam głośnym śmiechem. I przez moment jestem nawet wdzięczny losowi za ten otępiający upał, własną nierozwagę, a nawet to koszmarne ptaszysko znów człapiące po desce rozdzielczej. Pogwizdując, włączam radio w poszukiwaniu jakiejś odpowiednio lekkiej muzyczki, stosownej do nastroju i chwili…
Z głośnika bucha upiorny wrzask, więc czym prędzej usiłuję zmienić stację i w tej sekundzie zamieram z ręką zawieszoną w próżni…
To, że nie wylądowaliśmy w rowie, albo na przydrożnym drzewie zawdzięczam chyba Opatrzności. Ułomna, bo ułomna, ale widać czasami miewa przebłyski.
-…God save the queen…- Johny Rotten dalej wywrzaskuje swoje błogosławieństwa, moja pasażerka szarpie pasy, papuga gramoli się z podłogi, a ja wciąż tkwię skamieniały, ze sparaliżowanym mózgiem i strunami głosowymi.
- Czy… czy pani też to widziała?...- wykrztuszam
Ogromne, ciemne oczy patrzą na mnie ze zdziwieniem i wyraźnym przestrachem.
-Ta…ta papuga…Przecież ona przytupywała!
- No, to co? Panu się to nigdy nie zdarza?
- Ale ona przytupywała do rytmu!
- Ojej, pan rzeczywiście nie ma pojęcia o ptakach! Przecież one wszystkie są muzykalne.
A potem…potem..
No, właśnie- mam potworne trudności z określeniem, co było potem. Na pewno wiem, że moja głowa eksplodowała jak balon przepełniony powietrzem. Trach!- i po krzyku. Pamiętam też uczucie nieziemskiej ulgi i zdziwienia, że to powietrze wcale się nie rozchodzi, tylko otacza mnie zewsząd. Mydlana bańka, w której jestem i nie jestem zarazem, bo widzę przecież siebie i tę moją nieszczęsną głowę, która jest na swoim miejscu.. W ogóle wszystko mam chyba na swoim miejscu i wykonuję mnóstwo gwałtownych ruchów, a one, o dziwo, nie sprawiają mi najmniejszej trudności, bo przecież unoszę się nad ziemią i prawa fizyki w ogóle mnie nie dotyczą. Chyba też coś mówię, czy nawet krzyczę, bo moje usta poruszają się szybko, ale bezgłośnie. To bardzo dziwne uczucie być rybą…. Widzę też drzewo i nie rozumiem, skąd się wzięło- przecież my, ryby w ogóle drzew nie widujemy i nie mamy z nimi nic wspólnego. Wiem jednak, że koniecznie muszę tam dotrzeć, bo to drzewo istnieje specjalnie dla mnie- od wieków tu czeka. Już dostrzegam w szczegółach gładki, gruby pień, słyszę jego skrzypienie i wyczuwam wiatr, który tak mocno nim kołysze. Niepokoi mnie ten wiatr- lękam się, że zwiastuje burzę. Podnoszę, więc wzrok ku niebu, ale nade mną tylko czysty, roziskrzony błękit. I nie wiem już, który należy do mnie: ten nad, czy- pode mną, bo swobodnie wzbijam się ku słońcu, w które patrzę po raz pierwszy bez bólu i mrużenia powiek. Upaja mnie ten pęd, upaja słono- gorzki smak osiadający na ustach. Chłonę, więc go pełną piersią, a potem z całej mocy wydycham- jak wariat dmę w żagle, igram na masztach, liny plączę. I stary bryg ożywa w jednej sekundzie. Pruje fale jak czarna błyskawica- lekki, śmigły, zwrotny…Swallow…
A potem rozbłysk tysiąca słońc wypala mi źrenice i nic już nie widzę, tylko słyszę wrzask ludzki i przenikliwe wycie strażackich syren. Ogień, ogień na pokładzie!
Krzyk zamiera mi w gardle…
Otwieram oczy i czym prędzej je zamykam, starając się wyprzeć ze świadomości widok, jaki mam przed sobą- przeskok jest zbyt szokujący. Jednak rzeczywistość w postaci trzasków, łomotów i nawoływań atakuje nieubłagalnie. Powoli więc uchylam jedną powiekę, potem drugą, i nie bez zdziwienia konstatuję, że słońce chyli się ku zachodowi, a ja leżę pod drzewem w miejscu, które jest prawdopodobnie leśnym parkingiem. Z ulgą stwierdzam, że mój stan posiadania nie uległ zmianie- w każdym razie samochód mam jeszcze. Mam też towarzystwo, niestety! Punky paraduje z miną zdobywcy po sąsiednim drzewie, a jego pani…Zaraz, zaraz-, jaki Punky?! Toż to czystej krwi Roger! Głowę dam, że świetnie prezentuje się na najwyższym maszcie z czarną flagą w tle. A ten czub i cała reszta, to najzwyklejsze szalbierstwo. Przepaskę też pewnie zdjął z oka dla kamuflażu i jeszcze bezczelnie udaje, że widzi, hochsztapler jeden! Wart, zresztą, swojej pani. A, właśnie- gdzie też ona?... Daleko szukać nie muszę, bo za plecami rozlega się słodki głosik:
- O, już pan nie śpi?
Odruchowo sięgam po okulary, które gdzieś się akurat zapodziały, więc w promieniach zachodzącego słońca widzę tylko sunącą w moim kierunku jakąś bryłę bezkształtną i pstrokatą. Boże, co ona właściwie ma na sobie?- Chiton jakiś, czy opończę w barwach, które przyprawiłyby o zawrót głowy niejedną papugę. Pewnie zdarła to ze swojej. Natomiast skąd pożyczyła fryzurę- to już zupełna zagadka. Jedynie tapir przychodzi mi do głowy.
- Spał pan tak smacznie, że nie śmiałam budzić, więc pozwoliłam sobie trochę się zakrzątnąć. Wiem, wiem, to pańska butla i pańska kuchenka, przepraszam! Pomyślałam jednak, że po przebudzeniu może być pan głodny.
I w tej chwili coś atakuje mój kolejny zmysł. Czyżby?...Nie, to niemożliwe! Wiercę się niespokojnie, bo przecież nie wypada tak obcesowo zaglądać jej w garnki. Patrzę, więc z ukosa, jak gmera w rondelku, pobrzękuje naczyniami i irytująco powoli wylewa zawartość na talerz. A jednak węch mnie nie zawiódł- barszcz na grzybach!
- Upichciłam byle co, ale to i tak lepsze od tych pańskich gorących kubków.
- Prawdziwe borowiki? Skąd je pani wytrzasnęła?!
- Przecież pełno ich tu wszędzie.- mówi to tak, jakby każdy przydrożny parking obsiewano poletkiem prawdziwków. O resztę, więc na wszelki wypadek nie pytam, w obawie przed kolejną rewelacją w rodzaju kartoflanych borowin, albo śmietanowych strumyków.
- Smakuje panu?
Kiwam głową nazbyt chyba gorliwie, bo ochoczo podejmuje temat.
- Pewnie, na tych zupkach w proszku daleko pan nie zajedzie. Tak, tak, wiem, co mówię, bo racjonalne żywienie to moje hobby. Nawet pan sobie nie wyobraża, co to za emocjonujące zagadnienie. Weźmy tłuszcze na przykład- z jednej strony wysoce szkodliwe, ale z drugiej- wręcz niezbędne, bo warzywa są bez nich praktycznie nieprzyswajalne! Albo takie węglowodany- toż to istna bomba cholesterolowa.! Za wszelką cenę musimy unikać słodyczy i przetworów zbożowych. Nawet trochę zaczęłam się martwić o Punky’ego, bo on warzywa i owoce morza nawet chętnie jada, ale głównie z pizzy wegetariańskiej, a ziarenka to najlepiej z bułki od Big Maca. W dodatku uwielbia sezamki. Przecież jak tak dalej pójdzie, to w niedługim czasie nabawi się galopującej arteriosklerozy! Chyba powinnam gruntownie zmienić mu dietę. – Co, jak pan sądzi?
Prawdę mówiąc galopująca arterioskleroza Punky’ego niespecjalnie mnie porusza, w każdym razie mniej, niż perspektywa dokładki. Zaciskam więc zęby i milczę na wszelki wypadek, póki ta ostatnia nieodwołalnie znajdzie się na moim talerzu….
#
- Nareszcie rozumiem- skakał pan w ogień, by uratować te majtki!
Zapadła właśnie jedna z tych niesamowitych letnich nocy, gdy po upalnym dniu taką rozkosz sprawia pierwszy głęboki wdech powietrza przesyconego wonią ziemi, lasu i czegoś jeszcze. Nie wiem, co to jest, ale lubię ten zapach, lubię chłodny dotyk wiatru na twarzy i te gwiazdy w zasięg u ręki… Jednak wchodzę szybko do samochodu i szczelnie zamykam drzwi. Wolę już wyziewy mojej furgonetki, niż takie towarzystwo. Idiotka!
Choć, właściwie to moja wina- dałem się sprowokować jak jakiś dureń. Zwierzeń mi się zachciało, jakby taka gęś z wypatroszonym mózgiem mogła cokolwiek pojąć!
…Nie dla majtek przecież… Tam płonęło całe moje życie! – Dwadzieścia parę lat ciężkiej harówy, nieprzespanych nocy i głodnych dni liczących grubo ponad osiemnaście godzin.
…Już na studiach nie było lekko- wyścig po oceny, punkty, stypendia dające szansę etatu na uczelni. Potem- zajęcia w Instytucie, a po godzinach praca na własny rachunek. Miesiące, lata badań i eksperymentów, kiedy inni żyli, kochali się, rodzili dzieci. Mnie ten czas minął jak jeden, monstrualnie rozdęty dzień. Ale opłaciło się- w każdym razie tak do niedawna uważałem.
Kiedy nareszcie z powodzeniem ukończyłem ostatnią fazę procesu technologicznego, poczułem się jak demiurg, niemal równy Najwyższemu w boskim dziele stworzenia.! Świat leżał u moich stóp. Niby kilka prostych związków chemicznych, a jakie możliwości i perspektywy! Zwykła przędza bawełniana wzbogacona moim preparatem, poddana odpowiedniej obróbce, zyskiwała wprost niewiarygodne właściwości- Sprężystość lycry, miękkość i połysk jedwabiu, bez utraty naturalnych zalet włókna bawełnianego. To robiło wrażenie nawet na największych autorytetach z branży. Nie sprzedałem jednak patentu ani Politechnice, ani pozostałym amatorom mojego wynalazku- praca na własny rachunek wyglądała dużo bardziej obiecująco.Zaczęliśmy skromnie- w niewielkim baraku, z paroma używanymi maszynami. No, tak- zaczęliśmy…
Nie wiem nawet kiedy, ale tak jakoś przy okazji zdążyłem też odkryć istnienie kobiet oraz fakt, że bywają potrzebne, a nawet niezastąpione. Poznałem bliżej kilka. Była nawet taka jedna… Dobra, przed sobą nie muszę udawać- liczyła się! Tak bardzo, jak liczyć się może dziesięć lat wspólnego życia, kłopotów, przez które brnie się razem, nadziei, radości. 3650 wspólnych dni i nocy…
No, tych nocy aż tyle nie było, zważywszy na jej ciągłe dyżury i mój biznes, który zaczął nabierać imponującego rozmachu. Przybywało urządzeń, powierzchni, ludzi do pracy, bo dzianina, którą produkowałem, zyskała w szybkim czasie należne uznanie. Pojawili się nowi, poważni kontrahenci i naprawdę duże rynki stanęły otworem. Zbyt miałem zapewniony na wiele lat. Nawet bank specjalnie nie grymasił i dzięki temu mogłem wyposażyć świeżo wybudowaną halę w nowoczesną linię technologiczną. I to wszystko- w jednym momencie, z powodu czyjegoś głupiego zaniedbania- poszło z dymem!
…Ogień z początku nie wydawał się duży, a ja musiałem przecież tam wejść, by ratować, co się da. Cokolwiek. Nie mogłem dopuścić, by całe moje życie…
Pamiętam tylko eksplozję i podmuch piekielnego żaru…
Dobra, to już przeszłość. Trzeba nareszcie zacząć martwić się o jutro. Cóż, chyba damy sobie radę… W każdym razie ona na pewno. Ostatecznie, poza doktorem Judymem, nie było chyba przypadku, by lekarz cierpiał ubóstwo- a już na pewno nie kardiochirurg! Ledwie przekroczyła czterdziestkę, a już jest w swojej specjalności uznanym ekspertem, w dodatku wolna, bez zobowiązań- same atuty na starcie do nowego życia! Ja nie mam nic do zaoferowania…
Ale poradzę sobie. Oparzenia nieźle się zagoiły, a że wygląda to nieszczególnie, trudno… Ostatecznie startuję w branży handlowej, a nie w konkursie Mister Uniwersum.
Przyznano mi nawet odszkodowanie i czasowo jakąś rentę- ochłapy, ale dobre i to na początek. Stać mnie na wynajęcie pokoju, jedzenie, a nawet benzynę. Tak, bo po stronie aktywów mogę jeszcze zapisać tę furgonetkę, która spisuje się całkiem przyzwoicie, jak na swój przebieg- i oczywiście mój towar! Pięć tysięcy par majtek prosto ze szwalni, które jakimś cudem zostały przeoczone przez stado wierzycieli. Zgoda, może to niewiele, ale najważniejsze, bym miał od czego zacząć. A jak już znajdę punkt zaczepienia, to nie popuszczę- odkuję się z nawiązką!
…Uff…ależ duchota. Muszę jednak otworzyć drzwi. Może te dwa dziwolągi- tam na zewnątrz- nareszcie usnęły…Hm…noc pod gwiazdami- niezły pomysł… Jutro kupię sobie taki sam puchowy śpiwór i nareszcie będę mógł leżąc patrzeć w niebo.- Bez konieczności zadzierania głowy i tego koszmarnego pieczenia naciągniętej skóry.
I etap
Gdy człowiek z rana przekąsi godziwą porcję jajecznicy, traci nieco na krytycyzmie i skłonności do fochów. Nie, żebym zaraz nabrał szampańskiego humoru- bez przesady, jednak w drogę do Włocławka ruszałem w niezłym nastroju. Towarzystwo też zdawało się jakby mniej uciążliwe…
- Skoro nie chce pan zwrotu pieniędzy za benzynę..- zaczyna zaraz po ulokowaniu się w samochodzie.
- A nie chcę?
- Tak w każdym razie zrozumiałam po tej wczorajszej awanturze, kiedy wykrzykiwał pan, że swoje pieniądze mogę Punky’emu wsadzić pod ogon. Ale, jeśli coś się zmieniło, to oczywiście…- Zaczyna się wiercić grzebiąc w zakamarkach swojej opończy, a mnie jest cholernie głupio. Nie z powodu pieniędzy, czy tej rzekomej awantury, ale dlatego, że absolutnie niczego nie mogę sobie przypomnieć. Kompletna czarna dziura!
- Obejdzie się…- burczę pod nosem i już w następnej chwili przeklinam własną lekkomyślność, bo nieopatrznie uruchamiam całą lawinę „ochów” i „achów”, gwałtownych podziękowań i dowodów wdzięczności. Jest absolutnie wykluczone, aby mogła przejść do porządku dziennego nad moją wielkodusznością i koniecznie, ale to koniecznie musi coś dla mnie zrobić. W kolejnej minucie poznaję szeroki wachlarz możliwości i ofert -od gotowania i prania, poprzez dziergania pulowera- aż po głośną lekturę ulubionej pozycji z klasyki. Na koniec kategorycznie obstaje przy gruntownych porządkach i dekoracji samochodu, który:” pan wybaczy, ale bardziej przypomina karawan, niż miejsce zamieszkania- choćby nawet tymczasowe!”. Ogarnąwszy raz jeszcze zatroskanym wzrokiem mój stan posiadania, kończy propozycją kilku martwych natur, bądź pejzaży -wedle upodobań, z portretem Punky’ego na dokładkę. Niech to cholera!
-Więc pani również maluje?- Czym prędzej zmieniam drażliwy temat.
- O, ma się rozumieć! Przecież pobierałam nauki u najlepszych mistrzów. Jasne, że do Rembrandta jeszcze mi daleko, zresztą nie gustuję w tego rodzaju estetyce, ale proszę mi wierzyć- potrafię już całkiem sporo.
– Droga pani…Jak, do licha, właściwie pani na imię?
W furgonetce naraz zapada milczenie. Kątem oka dostrzegam, że moja pasażerka markotnie pochyla głowę, coś tam mamrocze, a po chwili dobiega mnie prawie niesłyszalne „Ala”. Zachodzę w głowę, co może być wstydliwego w tym imieniu. Rozumiem, gdyby Gryzelda, Melpomena jakaś, ale tak…
- Wstydliwego?- Skądże! Tylko, widzi pan, ilekroć pada moje imię, wszyscy pytają o Asa. Pomijając już, że to okropnie nudne, nie rozumiem, w czym mój Punky jest gorszy od tego jakiegoś Asa?
Gorliwie zapewniam, że gorszy nie jest w żadnym razie, powiedziałbym- nawet lepszy, ba, ma pod sobą wszystkie Asy tego świata! A swoją drogą, cóż za dziwne pokolenie nieznające elementarza Falskiego? Jasne, epoka Myszki Miki i Psa Pluto… Nie, żebym miał coś przeciw- broń Boże! Niepokoi mnie tylko sama możliwość posiadania psa przez mysz. Czy ich to nie zastanawia? No, ale przecież nie o tym chciałem…
- Otóż, pani…pani Alu, ciekawi mnie, czy istnieje coś, czego pani nie wie, nie zna, bądź nie studiowała?
- Ach, więc spostrzegł pan.. Proszę mi wierzyć- szczerze nad tym boleję. Świat jest przecież taki fascynujący i szczodry- tyle ma do zaoferowania, a ja wciąż nie mogę nadążyć i tylu rzeczy ciągle nie wiem! Weźmy na przykład silniki spalinowe, albo takie dziury…
- Czy te czarne- kosmiczne?
- E, skąd! Te akurat mam w małym palcu. O takie w ziemi chodzi. Niedawno mijaliśmy z Punkym przedziwne miejsce: wspaniałe bujne lasy, malownicze rozlewiska, zwierząt zatrzęsienie, słowem- przyroda w swej naturalnej postaci, nieskalana ludzką ręką. I proszę sobie wyobrazić- nagle krajobraz jak po wybuchu nuklearnym- ziemia rozorana do trzustki, a w środku jakieś mechaniczne potwory jątrzą jeszcze bardziej…
Nad faktem, że mam przed sobą pierwszego bodaj człowieka, który zgłębił tajemnice kosmicznych osobliwości, przechodzę szybko do porządku dziennego. Dziwi mnie, natomiast, całkowite dyletanctwo w naszych- ziemskich sprawach.
- Cóż, wydaje mi się, że zawędrowała pani w okolice Bełchatowa. Ale, swoją drogą, to coś niezbyt pilnie uczęszczało się na wykłady z geografii gospodarczej. Przecież chyba każde dziecko wie, że mamy tam odkrywkową kopalnię węgla brunatnego- jedną z największych w Europie. Ale to jeszcze nic, trzeba zobaczyć Zagłębie Górnośląskie, albo pola naftowe w Kazachstanie- to dopiero potęga!
Chemia związków węgla jest akurat czymś, na czym znam się doskonale, więc rozwijam wspaniałą wizję pokładów karbońskich, procesów geologicznych i ludzkiej przemyślności, która potężne a ślepe siły natury spożytkować umiała. Wspominam Łukaszewicza, sławię geniusz Kukelego, który pierścień benzenowy światu objawił. Upaja mnie Zatoka Perska i Meksykańska, gazociąg Jamalski, a nawet Petrochemia Płocka, którą jestem gotów w każdej chwili pokazać tylko trochę zbaczając z kursu. Plotę tak pewnie dobry kwadrans pęczniejąc z człowieczej dumy, jakby te wszystkie węglowo- roponośne pokłady, albo przynajmniej platformy wiertnicze, były moim osobistym dziełem. Ona milczy przez czas dłuższy, po czym z westchnieniem kiwa głową.
- Ma pan rację- geografię rzeczywiście zarzuciłam na etapie kopalin i ich eksploatacji. Pan rozumie- to takie bolesne…
#
Włocławek, leżący dokładnie na trasie północ- południe, jest tak niefortunnie usytuowany, że nie sposób go ominąć w drodze na Wybrzeże bez nadkładania drogi. Pamiętam go mgliście jeszcze z czasów studenckich i wspomnienie to nasuwa mi obraz szarej, niewiarygodnie długiej, zaskorupiałej gąsienicy. Kwintesencja melancholii.
Mijam typowe przedmieście, w tle miga mi jakieś blokowisko, większa oaza zieleni, kilka starych budynków o interesującej architekturze- i zaczynam przypuszczać, że to całkiem przyjemne miejsce. No, ale jego atrakcji wcale nie jestem ciekaw, bo nie cele turystyczne mnie tu, do licha, przywiodły! Zgodnie z uprzejmymi wskazówkami jakiegoś przechodnia, po piętnastu minutach kluczenia, trafiam wreszcie do punktu docelowego.
Targowisko wypisz- wymaluj jak w każdym innym mieście- ten sam ścisk i gwar, takie same twarze, a i towar też łudząco podobny. Uiszczam opłatę, rozkładam mój przenośny stragan między czajnikami z Hong Kongu a obuwiem równie egzotycznego pochodzenia- i czekam, bo niby, co mam robić?
Ala gorliwie towarzyszy mi przez następnych pięć minut, lecz widzę, że jej czekanie z cierpliwością niewiele ma wspólnego. Przytupuje w miejscu, kręci głową na wszystkie strony, a oczy jej błyszczą z podniecenia, jakby znalazła się na głównym bagdadzkim suku w czasach prześwietnego kalifatu. Najwyraźniej to hałaśliwe, przygnębiające zbiorowisko ją fascynuje! Z wzajemnością, zresztą. Ludzie mijając nas, rzucają stanowczo zbyt długie spojrzenia, co ciekawsi przystają nawet śmiejąc się otwarcie, a ja domyślam się, że przedmiotem ich zainteresowania bynajmniej nie jest towar wyeksponowany na ladzie. Moja towarzyszka pod względem wizualnym przebija wszelką konkurencję- spowita w papuzie barwy, z Punky’m na ramieniu, wygląda na osobliwą hybrydę o dwóch głowach poruszających się rytmicznie, acz niezależnie. Pyszne widowisko, nie ma co! Oddycham więc z ulgą, gdy po jakimś czasie znika mi z pola widzenia pod byle pretekstem. Pojawia się kilkakrotnie jeszcze w ciągu godziny, wylewnie przepraszając i za każdym razem wyłuskuje z licznych zakamarków swej szaty jakąś zdobycz. Raz mam wrażenie, że jest to książka, później chyba lichtarz, jakaś kolorowa szmatka, grzechoczące pudełko i licho wie, co jeszcze. W końcu znika na dobre.
…Koło południa czuję już mocne znużenie - słońce znów pali jak jasna cholera, nogi bolą, pić się chce, a mój towar wciąż nie budzi należytego uznania. Po następnej godzinie jestem już wściekły, ale tkwię dalej w miejscu, jak ten pajac- z tą tylko różnicą, że teraz mam dodatkowo mdłości po spożyciu mętnej cieczy o nazwie:” piwo prosto z beczki”. Po mojej towarzyszce ślad wszelki zginął. Cóż, pewnie znalazła atrakcyjniejszego przewoźnika… Prawdę mówiąc, wcale jej się nie dziwię, bo przecież kompan ze mnie żaden. Z lekkim niesmakiem wspominam własną gruboskórność, te zgryźliwe połajanki, przemądrzałe wykłady- i zaczynam nawet odczuwać coś w rodzaju wyrzutów sumienia…
- Koniecznie, ale to koniecznie musi pan to zobaczyć!- Zjawia się niepostrzeżenie, z lekką zadyszką i energicznie ciągnie mnie za rękaw.
Miejsce na targowisku mam opłacone do końca dnia, a że ruch o tej porze prawie żaden, więc właściwie nie ma przeszkód, bym udał się dokądkolwiek, tym bardziej, że to”coś” do zobaczenia musi być niezwykłe, skoro jej oczy- duże z natury, są teraz wielkości spodków. Opieram się właściwie dla zasady.
- Pani oszalała?! Przecież ja tu pracuję!
- A dużo pan już wypracował?
Wzruszenie ramion jest chyba wystarczająco wymowne, bo kiwa głową z politowaniem.
- No jasne, od razu przecież mówiłam, że handlowiec z pana żaden!
- Pewnie jako wybitna adeptka marketingu, zaraz mnie pani oświeci!- Z furią wpycham towar do samochodu i trzaskam drzwiami, ale pozwalam się prowadzić bezwolnie, bo i tak jest mi wszystko jedno.
- Może nie adeptka, ale pewne doświadczenie zdobyłam przy okazji farby do włosów.
Patrzę na lśniące, kasztanowe bogactwo na jej głowie i głośno wyrażam sceptycyzm:
- Farba do włosów? Ciekawe, po co ona pani?
- Absolutnie po nic, ale gorąco zapragnęłam ją mieć! I na tym właśnie wszystko polega, rozumie pan?
I tak gwarząc sobie przemierzamy miasto: ona- podekscytowana, szczebiocząca bez wytchnienia, i ja- w milczeniu, ze wzrokiem wbitym w chodnik, daremnie poszukujący wspólnego mianownika dla majtek i farby do włosów.
- O, widzi pan?!- Silny uścisk na ramieniu i nagła cisza budzą mnie z letargu.
Widzę fragment Wisły toczącej się ospale w południowym słońcu, kilka ławek na nadrzecznym bulwarze, po lewej, zaś- kompleks zieleni nasuwający pragnienie natychmiastowego wypoczynku. W sumie, nic szczególnego, choć nie przeczę- widok miły dla oka.
- No, tam, tam przecież!
Nie muszę nawet patrzeć we wskazanym kierunku, bo jedyna w swoim rodzaju kakofonia dźwięków rozwiewa wszelkie wątpliwości.
- Przecież to wesołe miasteczko!- Wyraz jej twarzy budzi moje najwyższe zdumienie- Nie była pani nigdy w lunaparku?
Oczywiście, że była, każdy przecież musiał być- tyle tu olśniewających rzeczy!
A konkretnie- olśniewające jest wszystko: diabelski młyn, karuzela łańcuchowa, którą koniecznie trzeba dwa razy zaliczyć, kolejka górska i nawet koniki wirujące w takt zgrzytliwych dźwięków katarynki. Ujeżdżania tych ostatnich odmawiam kategorycznie, bo robienie z siebie idioty też powinno mieć jakieś rozsądne granice. Z lekkim zawrotem głowy opadam na ławkę i w zdumieniu oglądam cały ten wariacki świat- oszałamiający barwami, ogłuszający dźwiękiem, nabrzmiały śmiechem, jak pęk kolorowych baloników zerwanych z uwięzi. Chwilę śledzę ich chaotyczny, pijany lot gnany podmuchem wietrzyku, który przybłąkać się musiał z odległej przeszłości, ciągnąc za sobą zapach pieczonej kiełbasy z musztardą i kanarkowo- żółtej lemoniady o smaku landrynek. Upojna woń dawno zapomnianego dzieciństwa…
Patrzę na szczęśliwą twarz dziewczyny siedzącej obok, na jej iskrzące radością oczy- i po raz pierwszy od bardzo długiego czasu śmieję się - głośno i swobodnie. To coś, jak miliony radosnych bąbelków uchodzących z sykiem z gwałtownie otwartej butelki. Potem łapczywie pochłaniam cukrową watę ze śmiertelną dawką cholesterolu i salmonelli i już jestem gotów do zdobycia monstrualnej żaby- głównego trofeum na strzelnicy. Jednak te łowieckie zapędy moja towarzyszka tłumi szybko, mijając strzelnicę z marsem na twarzy. Za to przy pasiastym namiocie obstaje z uporem, odmawiając mi prawa do wyboru i wszelkiej dyskusji.
- Nie chcę. Doskonale wiem, jak wyglądam i nie trzeba mi do tego gabinetu luster!
- Oj, żeby się pan nie zdziwił…
- Ciekawe, czy kulawemu zaproponuje pani jadę na wrotkach? Subtelna, jak młot kowalski, psia krew!
- Niechże pan w końcu przestanie robić z siebie taką omdlewającą mimozę!- Tupie nogą i z nadspodziewaną siłą ciągnie mnie za sobą.
Dobry nastrój diabli wzięli!
- Bilety, bilety proszę!- Puszczam rękę Ali, by wyjąć pieniądze. Ktoś podsuwa mi różowy kartonik, ktoś inny chyba za niego płaci. Rozglądam się za moją towarzyszką, ale ta ginie zupełnie w ciżbie ludzkiej kłębiącej się przed wejściem. Jakby całe miasto naraz zapragnęło przejrzeć się w lustrze. Idiotyzm! Popychany ze wszystkich stron, rad nie rad przesuwam się w jedynym możliwym kierunku i już za chwilę staję przed falującą kotarą.
- Wchodzimy pojedynczo. Proszę nie blokować wejścia!
Biorę głęboki oddech, zamykam oczy jak nurek przed ostatnim skokiem w odmęt- i robię krok do przodu…
Przygotowany na orgię metalicznego blasku, ze zdziwieniem wynurzam się w otchłani czerni i absolutnej ciszy. Po chwili dezorientacji stwierdzam jednak, że ani czerń, ani cisza nie są tak absolutne. Zaczynam dostrzegać gdzieś przed sobą, w nieskończonym oddaleniu, mętny pełgający płomyk, który wydaje się być również źródłem podejrzanych dźwięków. Im bliżej światła, tym wyraźniej moje ucho rejestruje jakiś szelest, szepty, krótki- obrzydliwie brzmiący chichot, i na koniec skrzekliwe:
- Następny, proszę!
W tym momencie mocno szczypię się w rękę, bo sytuacja staje się zbyt absurdalna, by mogła być rzeczywistością. Śnię niewątpliwie- śnię o wesołym miasteczku, w którym przestało być wesoło, o gabinecie luster, w którym nie ma ani jednego lustra, z całą pewnością śnię też o tej głowie na stole i całej reszcie…
Szczypanie robi się już bardzo dotkliwe, a mój sen wzbogaca się o dalsze szczegóły. W migocącym płomieniu świecy obok głowy na czarnym blacie dostrzegam jeszcze połyskujący sztylet i jakąś- na oko bardzo starą księgę. Automatycznie czekam na sakramentalne: ”to be or not to be”, lecz zamiast tego dochodzi mnie trywialne:
- Trzy karty proszę!- Głos niewątpliwie pochodzi od głowy, która nie tylko otwiera usta i wyłupiaste oczy, ale na dodatek przemieszcza się.
Rzeczywiście, są i karty- nawet cała talia tasowana z szybkością i wprawą wytrawnego szulera. Jak zahipnotyzowany śledzę nie tyle barwną, migotliwą wstęgę podrzuconą właśnie do góry, co ręce dokonujące tej sztuczki.- Smukłe, piękne dłonie z ostrymi paznokciami w kolorze purpury absolutnie nie mogą należeć do gadającej głowy!
- Głuchy jest, czy jak? Trzy karty niech weźmie!
Biorę więc na odczepnego pierwsze z brzegu i mruczę:
- Co, może milion wygram? Albo sławę zdobędę, z piękną królewną na dokładkę?- Mimo czynionych wysiłków mój głos nie brzmi chyba z należytym sarkazmem.
- Przyszłość nie jest żadną tajemnicą, skoro już jutro będzie nam dana. My przepowiadamy przeszłość, a to sztuka dużo trudniejsza.- słowa wypowiedziane niskim, melodyjnym głosem również nie mogą pochodzić od głowy, bo ta, pochylona nad kartami, niezmiennie skrzeczy pociągając nosem:
- I co my tu mamy…Ach, Wół i Gracz- typowe, typowe…Ho, ho, ale jest też coś specjalnego…- sam Apostoł! Moje uszanowanie, pan dobrodziej ma prawo do usługi ekstra! Proszę ze mną.- Mrugając znacząco bezrzęsym okiem, wyskakuje poza stolik i w tym momencie uzupełnia się o karłowaty korpus i równie mizerne kończyny.
A, więc to karzeł! – Najzwyklejszy karzeł z głową wystającą ledwie ponad blat stołu. Co prawda, jego nikczemny wzrost w żaden sposób nie wyjaśnia obecności pięknych kobiecych dłoni i aksamitnego głosu, ale w tej chwili jakoś mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie- wszystko staje się oczywiste- więc oddycham z ulgą i śmiało podążam za migotliwym płomieniem. Co za błogie uczucie, gdy nasze demony oswajają się, zyskując wygląd ogrodowych skrzatów…
- Pan szanowny pozwoli…- komiczny, głęboki ukłon – i mój przewodnik znika na dobre. Czuję na twarzy powiew stęchłego powietrza o piwnicznej woni i zaraz potem bolesny kuksaniec z tyłu. Tocząc się w dół, krzyczę przeraźliwie…
#
Krzyczę nie ze strachu, czy bólu wywołanego upadkiem, ale z powodu niespodziewanej inwazji światła. Jakaś kobieta odskakuje gwałtownie, zagarniając dziecko obronnym ruchem, kilka osób odwraca zaciekawione twarze, ktoś chichocząc robi wymowne gesty…Podnoszę się z ziemi ocierając oczy łzawiące od miliona słonecznych igiełek i z powrotem zajmuję swoje miejsce na ławce.
Więc to tylko sen!- Choć spływa na mnie błoga fala ulgi, gdzieś na dnie serca kołacze się lekki niepokój.- Jak to? Tak w środku dnia? Po raz kolejny?...- Znajome pulsowanie pod czaszką powraca. Rozglądam się za moją towarzyszką w jakiejś nieracjonalnej nadziei, że akurat ona przywróci mi poczucie rzeczywistości, rozpraszając idiotyczne lęki i omamy. Ona?- Akurat!
Nie muszę nawet specjalnie szukać, bo skupiony nieopodal tłumek i dochodzące stamtąd odgłosy wyraźnie wskazują cel. Mam dziwne przeczucie, że to jeszcze nie koniec atrakcji w dniu dzisiejszym.
- Niech pan w tej chwili przestanie!- Jak medium w hipnotycznym transie podążam za znajomym głosem, przeciskając się przez gęstniejący tłum.
- Wstyd, taki duży, dorosły mężczyzna, a znęca się nad dzieckiem!- Pomruk dezaprobaty przebiega przez widownię, która najwyraźniej solidaryzuje się z oburzonym głosem.
W końcu przedostaję się do pierwszych rzędów i pośrodku sceny dostrzegam moją Alę z gniewnym wyrazem twarzy, a u jej boku jakąś kulącą się postać. Rzeczone dziecko- bo o nim chyba mowa- ma na oko czternaście lat i mimo czynionych wysiłków o dobre pół głowy przerasta swoją obrończynię.
- Dziecko? To jest wandal, nie dziecko!- Duży mężczyzna dla odmiany okazuje się co najwyżej średniego wzrostu, w wieku również zbliżonym do średniej. Biała podkoszulka, standardowe dżinsy- zdecydowanie przeciętny typ- choć uwzględniwszy kij bejsbolowy w ręce- raczej niesympatyczny.
- Pani zobaczy, co mi zrobił z samochodem, pieprzony grafficiarz jeden!- Za to wygląd jego twarzy odbiega trochę od normy, zwiastując stan bliski apopleksji.- To jest kryminał, dzwonię po policję!
Ciekaw nawet jestem tych spustoszeń dokonanych przez młodocianego przestępcę, więc przysuwam się bliżej, gdy nagle- jak w kiepskiej sztuce wyrasta spod ziemi pożądany stróż prawa. Na widok władzy zdyscyplinowany tłum rozchodzi się samorzutnie, zostawiając mnie w towarzystwie kilku zaledwie najwytrwalszych kibiców i głównych osób dramatu.
Posiadacz kija i samochodu rozpoczyna potoczystą opowieść, Ala stoi blada i wyniosła jak Maria Antonina w obliczu szafotu, a chłopak zdaje się niknąć zupełnie w obfitych fałdach jej odzieży. Do pełnego szczęścia brak tylko Punky’ego.
Policjant od pierwszego rzutu oka ocenia sytuację.
- Ten chłopak jest z panią?- upewnia się, wyjmując bloczek mandatowy.
- Oczywiście, to…to mój siostrzeniec!- Gorliwie kiwa głową, podnosi z wyrzutem ogromne, smutne oczy i rozpoczyna przemowę:
- Ach, panowie, bardzo proszę o wybaczenie! Piotruś, to znaczy mój siostrzeniec, jest niesłychanie utalentowanym dzieckiem. Ma wielki dar plastyczny, którego nie potrafi jeszcze właściwie ukierunkować. Głuptas z niego okropny, ale, proszę mi wierzyć, nie miał złej woli. To dobre dziecko, półsierota…
Łże jak najęta!- Tę oczywistą prawdę wolę pozostawić dla siebie, choć żal mi naiwnego policjanta, którego żelazna wola najwyraźniej gnie się.
- Cóż, w tych okolicznościach…No, w każdym razie muszę ukarać panią upomnieniem za brak nadzoru…
-Co takiego?! Ja składam formalne doniesienie o przestępstwie!
I tu następuje lekki zamęt. Poszkodowany, będący w swoich prawach, domaga się mandatu, zadośćuczynienia, a najlepiej kolegium- bądź też wszystkiego naraz. Jakiś przygodny radykał żąda publicznej kaźni, świadoma politycznie staruszka potępia stalinowskie praktyki, a sprawca całej awantury usiłuje dyskretnie zniknąć z pola widzenia. W to wszystko wpada papuga, zajmuje strategiczne miejsce na głowie swej pani i strosząc pióra wrogo łypie na każdego potencjalnego agresora.
Oszołomiony policjant wybiera chyba opcję doraźnej egzekucji, bo gmerając desperacko przy kaburze, domaga się równocześnie natychmiastowego okazania dokumentów. Ciszę, która nagle zapadła, przerywa cieniutki głosik:
- Kochanie, masz może dowód albo prawo jazdy, bo ja swoje zostawiłam w samochodzie?...- Pytanie najwyraźniej skierowane jest do mnie, więc z oporami wkraczam na scenę, trochę ogłuszony biegiem wydarzeń, tym „kochanie” oraz faktem, że absolutnie nie pamiętam niczego, co choć w ogólnym zarysie przypominałoby jej torebkę.
- Proszę pana, a ile taki mandat będzie wynosił?- dopytuje się płaczliwie.
- Cóż,… zniszczenie mienia, w dodatku obsceniczne napisy…Trzysta złotych!- Bloczek mandatowy znów pojawia się w ręku policjanta.
- Jak to obsceniczne?!- Właścicielka papugi i domniemanej torebki jeszcze szerzej otwiera oczy- Chłopiec zobaczył kilka egzotycznych zwierząt, pomyślał, że to jakaś nieduża filia ogrodu zoologicznego i chciał ozdobić, ubarwić to miejsce. Sam pan przecież widzi- tam osiołek, dwa jakieś bardzo oryginalne psy i nawet papuga. Nie rozumiem…
Dopiero w tej chwili mam możność dokładnego obejrzenia przedmiotu sporu. Cmokam z podziwu, bo jest na co popatrzeć – najnowsze audi A4 grafitowy metalic, a na całej długości jego lśniącej karoserii ogromny, ociekający krwistą czerwienią napis: ZOOFILIA.
Nie wiem, czy z podziwu, ale pozostali milkną również i tylko jeden głos kontynuuje niezmordowanie:
- Oczywiście, że zapłacimy, nawet przez myśl by nam nie przeszło łamać prawo!- W jej dłoni pojawia się plik banknotów- Ale wówczas zabraknie nam na pokrycie strat temu panu. Jesteśmy ludźmi niezamożnymi…- kończy, powiewając efektownym wachlarzem pięćdziesięciozłotówek.
Poszkodowany, dokonawszy prawidłowej kalkulacji, podejmuje błyskawiczną decyzję- Dobra, niech będzie moja strata. Ile tam pani ma?
- Więc, wycofuje pan skargę?- upewnia się policjant i z widoczną ulgą opuszcza miejsce zdarzenia.
Pieniądze zmieniają właściciela i każdy, mniej lub bardziej zadowolony, odchodzi w swoją stronę. Moja pokrywa się, niestety, z kierunkiem tamtych dwojga, więc nie bez oporów podążam za nimi, przy okazji obserwując ciekawą metamorfozę. Zaraz po opuszczeniu lunaparku dotychczasowe dziecko odzyskuje swoje naturalne rozmiary- około 175 cm, i zarzuciwszy kaptur na głowę, wyciąga deskę dotychczas zakamuflowaną w tajemniczy sposób.
- No, to trzym się ciotka, siemanko wujas- ja spadam. Szmalu nie mam, to wam nie oddam, sorry, ale ludzie z was w porządku, więc jakby co, to walcie do mnie jak w dym – do Maćka znaczy, na Sadową.
Wyraziwszy w ten sposób swoją wdzięczność, wskakuje na deskę i oddala się błyskawicznie, lawirując między przechodniami z zadziwiającą zręcznością.
Ogarnia mnie irytacja. Co prawda, to nie moja sprawa i forsa też nie moja- ale gorzki smak w ustach zostaje. Patrzę na Alę ze współczuciem. Cóż, będzie musiała przełknąć tę pigułkę- niezła nauczka, zresztą.
- I co, masz zamiar tak to zostawić?- Głos jest cichy, spokojny, bez śladu goryczy, ale działanie wywiera piorunujące. Chłopak hamuje gwałtownie i odwraca twarz wykrzywioną grymasem złości:
- A co ja mogę?!
- Popróbować nie zawadzi…
- Myśli pani, że nie próbowałem?...
#
Siedzę w parku na ławce, przeżuwam resztki jakiegoś pokarmu nabytego w ulicznej budzie i leniwie śledzę ruch jedynego obłoku, jaki zaplątał się na niebie. Obok toczy się rozmowa, której treść wyławiam fragmentarycznie, ale sensu ani trochę…
- Dwa razy już próbowałem…
- I co, parkan nie do sforsowania?
- E tam, parkan to pryszcz. Widziała pani te ludojady? Jeden to rotweiller, a drugi chyba mastiff. W minutę wpieprzyły mi całego najka, a nowiutki był, oryginalny, nie jakaś tam chińska podróba! To, jak pani myśli, ile im czasu potrzeba na dwie nogi? Pod warunkiem, że zajmą się nogami, a nie gardłem od razu…
- Psy to żaden problem, znam się na tym- możesz być spokojny. Bardziej martwi mnie ten płot. My przejdziemy, ale on…
- My też nie musimy. Tam z tyłu jest stara furtka- kawałek druta na nią wystarczy, albo i sama się otworzy, jak dobrze z glana przypier…
Tych dwoje najwyraźniej rozumie się wpół słowa, natomiast ja mam irytujące poczucie przynależności do jakiejś odległej, kosmicznej cywilizacji. Trudno powiedzieć, co zwycięża- ciekawość czy frustracja- w każdym razie postanawiam zasygnalizować swoją obecność.
- Ty, kolego, przymknij na chwilę swoją niewyparzoną jadaczkę, natomiast pani raczy nie objaśnić, o co, do diabła, chodzi?!
- No, chyba nie kwestionuje pan, że musimy mu jakoś pomóc?
- Komu?- na razie nie kwestionuję, bo też i nie rozumiem niczego.
Zdumione spojrzenie, jakim mnie obdarza, musi być rzeczywiście zarezerwowane na okoliczność bliskich spotkań trzeciego stopnia.
- Ojej, pan naprawdę żyje w jakimś nierealnym świecie! Przecież o tego osiołka chodzi!
Osiołka? Fakt, mignął mi tam jakiś osioł, czy też kucyk z wózkiem otoczony chmarą dzieciaków- normalna rzecz w takich miejscach. Nie pojmuję, o co cały ten raban, więc głośno wyrażam swój pogląd.
Zwyczajna rzecz?!- Chłopak podrywa się jak wyrzucony z katapulty i staje naprzeciw mnie z zaciśniętymi pięściami- najwyraźniej gotów do walki- Zwierzę haruje od świtu do nocy jak wół w kieracie, a ten skurwysyn ładuje mu jeszcze do wózka pół tuzina gówniarzy! Wiem, co mówię, bo od dwóch miesięcy na to patrzę. Widział pan jego sierść?...- No, jasne, bo on nie ma sierści! Skóra miejscami obtarta do żywego mięsa, a uprząż to już mu chyba na stałe w ciało wrosła… Dla pana to zwyczajna rzecz?!- Sympatyczna skądinąd, dziecięca jeszcze twarz nabiera teraz koloru purpury i emanuje taką wściekłością, że cofam się odruchowo na skraj ławki. Jednak ten gniew dziecka jakoś porusza. Mamroczę więc coś o ludzkiej bezmyślności, przeoczeniu, właściwych organizacjach powołanych do interwencji w takich razach… To jednak pogarsza tylko sprawę, wywołując kolejny atak furii:
- Organizacje? Gówno, nie organizacje! Byłem, wszędzie byłem i pisałem nawet do gazet. I wie pan, co ?- Ukarali go upomnieniem! Podtarł się pewnie tym ich papierkiem i dalej swoje robi. A te barany głupie ładują swoje bachory do wózka i jeszcze się cieszą, że atrakcja taka. Zwierzę na ich oczach umiera, a ci pstrykają zdjęcia na pamiątkę- show must go on…Tylko zanim umrze musi jeszcze sporo kasy natrzepać na nowego merca dla tego gnoja!- milknie równie gwałtownie jak zaczął i odwraca się trochę chyba zawstydzony niekontrolowanym wylewem emocji i łez.
- Rozumie pan teraz, że musimy koniecznie coś zrobić- dochodzi mnie cichy głos siedzącej obok Ali.
Mgliste dotychczas podejrzenie przeradza się w absolutną pewność. Wiem, co im się tłucze po tych szalonych głowach i protestuję z całą stanowczością, jak każdy rozsądny człowiek w obliczu absurdu. Rozumiem, że dzieciak pod wpływem emocji mógł stracić rozum, o ile go w ogóle posiadał, ale ona- dorosła kobieta?!... Pomijając już fakt, że taka niedorzeczność absolutnie udać się nie może, pozostaje jeszcze kwestia konsekwencji i jakiejś odpowiedzialności. Ich wagę podkreślam szczególnie.
- Czy pani ma w ogóle świadomość własnych poczynań? Przecież to nic innego, jak namowa do przestępstwa- w dodatku nieletniego! Tak, tak, wiem, co mówię- kradzież cudzego mienia, nawet w dobrych intencjach, zawsze pozostaje przestępstwem.
- Proszę spojrzeć na tego wróbla.- Czy on jest czyjąś własnością? A pan i ja?... Do kogo my należymy?
A tu już panienka przeholowała. Co, jak co, ale moralizatorstwo w wykonaniu nieopierzonej gęsi zakrawa na kpinę. Cóż, będzie musiała znaleźć nowy obiekt dla swoich dydaktycznych zapędów.
- A róbcie sobie, co chcecie, tylko mnie proszę w to nie mieszać!- rzucam na odchodnym- Psia krew, tysiące ludzi umiera na świecie z głodu i chorób, a ta szaty rozdziera z powodu jakiegoś osła. Żenujące!
- I co pan zrobił dla tych tysięcy chorych i głodnych? - Jej twarz pochmurnieje, a w głosie po raz pierwszy dają się słyszeć nieoczekiwanie twarde tony.-…To może, chociaż dla jednego?...Też nic? – Więc proszę nie traktować ich jak wygodnego alibi. To jest obrzydliwe…
Cóż, pewnie ma rację. Tyle, że mnie akurat nie obchodzą żadne racje tego świata z wyjątkiem mojej własnej. A ja pragnę tylko spokoju. – Jakiegoś względnego ładu, w którym będę mógł sobie wszystko przemyśleć, albo nie myśląc wcale- zrobić to, co chcę lub zrobić muszę. I nawet tego mi się odmawia! Nie mam domu, rodziny, pracy, odebrano mi życie i nawet mój własny wygląd. A teraz jeszcze to…- Więc pytam, ile jeszcze? Czy ta lista nigdy się nie skończy?! Chociaż… wiele wskazuje na to, że repertuar tragiczny pomału ulega wyczerpaniu i nadchodzi sezon farsy. – Od kilkunastu godzin czuję się jak statysta w jakimś objazdowym teatrzyku groteski wciągnięty na scenę przypadkowo i wbrew własnej woli.
- Dziewczyna bez umiaru kłapiąca dziobem, niema papuga, chłopak o wyglądzie blokersa i sercu gołębicy, a teraz jeszcze osioł! Niech mnie diabli, jeśli nie Porfirion…
A może zaczynam tracić zmysły?- Bóle głowy, skłonność do zasypiania w najmniej oczekiwanych momentach, jakieś idiotyczne omamy… Na dobrą sprawę sam już nie wiem, co bardziej irracjonalne- te idiotyczne sny, czy absurdalna rzeczywistość, w której tkwię po same uszy…
#
Lęk budzi nie tyle sama ciemność, co jej bezmiar- przestrzeń, która zdaje się nie mieć kierunku, kształtu i w ogóle żadnych parametrów, choć jej skończoności jestem niemal pewien. Pamiętam przecież początek, co tu ukrywać- dość bolesny i niespodziewany. Pamiętam też świat zewnętrzny- taki namacalny, pełen wrażeń… Wytężam wzrok, ale poza mętnym kręgiem światła rzucanym przez chybotliwy płomień świecy, nie dostrzegam niczego. Bez wątpienia znajduję się w jakimś osobliwym wnętrzu, ale kuszącą myśl o czterowymiarowej nadkuli odrzucam z powodu czasu. – On też zdaje się nie istnieć. Po kilku minutach błądzenia kompletnie straciłem wyczucie. Minutach?...- Mój zegarek wskazuje wciąż tę samą godzinę i nawet wskazówka sekundowa tkwi uparcie w jednym miejscu. Nie potrafię określić ile czasu minęło- minuty, godziny…Dni?- Bzdura! Głowę dam przecież, że ogarek świeczki wręczony mi przed wejściem miał dokładnie ten sam rozmiar, co obecnie. Może więc tylko sekundy?- Jeśli tak, to skąd to wrażenie, uciążliwej wędrówki, skąd ból w nogach i uczucie beznadziejnego zmęczenia…Mimo wszystko wiem, że trzeba iść dalej- przecież gdzieś, do licha, musi być koniec!
- Co to? Czyżby…Tak- światło! Bogu niech będą dzięki!
Biegnę niesiony falą euforii i nie wiem, co bardziej dodaje mi sił- nadzieja, czy strach, że ten nikły odblask - jedyny jasny punkt we wszechświecie, okaże się ułudą, która znikając na zawsze pogrąży mnie w ciemności. Och, to nie musi być od razu wyjście- może tylko okno, jakiś świetlik albo jedno z tych szumnie reklamowanych luster- wszystko jedno, co- najważniejsze, że jakiś punkt odniesienia!
W parę chwil blask na tyle się przybliża, że zaczynam wyławiać z mroku jakieś kontury- i staję zdumiony nieoczekiwaną sytuacją. A więc mam towarzystwo!
Człowiek idący z naprzeciwka dzierży w dłoni identyczny ogarek świeczki i podobnie jak ja zatrzymuje się gwałtownie wobec niespodziewanego zjawiska. Mierzy mnie dłuższą chwilę spod zmrużonych powiek i w końcu sapie z widoczną ulgą
- No, nareszcie!- Podchodzi raźno i energicznie ściskając moją dłoń, kontynuuje tubalnym głosem- Co za przyjemność spotkać wreszcie rozsądnego człowieka! Bo przecież nie mylę się, prawda? Jest pan rozsądnym człowiekiem?- w nagłym przypływie wątpliwości wyrywa rękę i odstąpiwszy parę kroków, ponownie szacuje moją osobę.- Tak, tak, z całą pewnością…Proszę wybaczyć tę obcesowość, ale w tych warunkach, doprawdy, nietrudno się pomylić. Pan nie wyobraża sobie, co za dziwaczne indywidua snują się tutaj- istne zbiorowisko szaleńców! I w ogóle całe to miejsce wygląda mocno podejrzanie. Zaraz po powrocie będę musiał zawiadomić stosowne władze. To jest po prostu skandal, żeby w państwie prawa wyczyniano takie rzeczy wobec uczciwych, ba- znamienitych obywateli!
Gorliwie kiwam głową, a fala ulgi i entuzjazmu tak mnie unosi, że omal nie rzucam mu się na szyję w poczuciu obywatelskiej, człowieczej wspólnoty.
Ecce homo!- Prawdziwy, materialny, nieszczęśliwy i równie jak ja zagubiony. Patrzę na masywną, niegdyś chyba imponującą sylwetkę napiętnowaną wyraźnym upływem czasu, na wiszący luźno garnitur, będący już smutnym cieniem dawnej świetności- i ogarnia mnie dziwna mieszanina współczucia i tkliwości. Szerokie ramiona zgięte pod jakimś niewidzialnym brzemieniem, pochylony kark z wyraźnym trudem dźwigający potężną głowę o mocno przerzedzonych, szpakowatych włosach. Twarz też niemłoda, jakby wyrysowana grubą kreską, za pomocą samych pionowych linii- z zastygłym wyrazem smutku i znużenia. Cóż, może nie jest to wymarzony towarzysz, ale zawsze… Zresztą, co tam pozory! Jego głos- energiczny, przepełniony mocą- przeczy smutnej powierzchowności.
- Pan, przepraszam, z jakiej branży?... – Ach, chemicznej! To, można powiedzieć- kolega po fachu. Bo, ja, proszę pana, jestem..- urywa nagle, podejrzliwie lustrując czarną przestrzeń wokół- …jestem incognito…Dałem wolne kierowcy, a sam…Cóż, można powiedzieć- chwilowa słabość…Zaczynam nawet obawiać się o reperkusje, bo gdyby ktoś z ministerstwa się dowiedział, albo, nie daj Boże, z prasy…Pan rozumie- na moim stanowisku- to katastrofa! W zaufaniu mogę wyznać, że zarządzam…- Nie do końca jestem pewien, o jaki departament chodzi, bo ostatnie słowa szepce prawie niesłyszalnie, wprost do mego ucha.
- Tak, rozumiem pańskie zdziwienie. Pewnie sądzi pan, że wiek i kwalifikacje niewspółmierne do stanowiska? Szczęśliwie takie teraz czasy nastały, że na młodych się stawia. Natomiast, co do kwalifikacji- niech pan sam oceni…- Tu recytuje całą listę tytułów, piastowanych urzędów, stanowisk, by zakończyć refleksyjnie:- Tak, ani się człowiek obejrzał, a już trzydziesty piąty roczek na karku. Mam jednak tę satysfakcję, że wszystko osiągnąłem wyłącznie dzięki sobie. Żadna tam protekcja czy układy, ale ciężka harówa od świtu do nocy. Praca, jeszcze raz praca i wytrwałość- oto recepta na sukces!
Przez cały czas trwania tej dość monotonnej przemowy kiwam mechanicznie głową, cmokam z podziwu, rad może nie tyle z głoszonych treści, co z samego dźwięku mowy ludzkiej. Sens ostatnich słów dociera więc do mnie z lekkim opóźnieniem.
- Ile?- pytam, w przeświadczeniu, że słuch mnie zawodzi- Ile ma pan lat?!
Przerażająca myśl osadza mnie w miejscu.- Niemożliwe! To przecież nie może być prawda, bo gdyby…Gdyby… to by znaczyło…
#
Uwięziony między światem koszmarów sennych a jawą, ostatnim wysiłkiem próbuję wyrównać oddech i przywrócić normalny rytm oszalałemu sercu. Po chwili paniki i bezładnej szamotaniny z ulgą wyczuwam nieznaczny, powolny ku rzeczywistości, której znajome kształty odkrywam na nowo- i w zachwycie.
- Chropowata faktura tapicerki, woń benzyny, wyziewy rozgrzanej blachy, których kwaśno- metaliczny smak osiada w gardle, a nade wszystko- jasność! Strumienie światła w niezrozumiałej obfitości zalewają wnętrze samochodu, za nic mając przyciemniane szyby i precyzyjną technologię spawania nadwozia. Z irytującą regularnością wciskają się w nieistniejące szczeliny po to tylko, by triumfalnie oznajmić, że oto nowy dzień nastał. I rzecz dziwna- po raz pierwszy ten widok nie budzi we mnie wstrętu, ani nawet reakcji obronnej. Z jakimś leniwym rozrzewnieniem kontempluję złoty pył zawieszony w smudze światła, ospałą wędrówkę muchy po brzegu oparcia- jej kosmate nóżki zielonkawo połyskujący odwłok…- Co za upajające wrażenie taka wyrazistość postrzegania! Czuję, widzę, słyszę. Hurra, niech żyją zmysły!
…Zaraz, a co ja właściwie słyszę?...
Przez moment śledzę w skupieniu dobiegające z zewnątrz odgłosy, daremnie usiłując przyporządkować je realnym kształtom. – Śmiechy, bieganina, jakiś łoskot?...
Przez głowę przemyka mi myśl- niejasna, dziwaczna- na tyle jednak elektryzująca, by poderwać mnie w kierunku okna. Czyżby?...
- Boże jedyny, więc to jednak prawda! Ciekawe, jakim cudem dałem się wplątać w coś takiego?!...
Odległość z bazaru do lunaparku, pokonana uprzednio w sposób niezauważalny, w drodze powrotnej zdawała się nie mieć końca. W ostentacyjnym milczeniu udało mi się przebrnąć park, połowę mostu oraz wszystkie szczegóły nocnej wyprawy- od sforsowania parkanu- po szczęśliwe uprowadzenie (pardon- uwolnienie!). Z determinacją przetrzymałem nawet perspektywę triumfalnego pochodu z Włocławka pod Toruń trasą A1 z osłem na sznurku. Pękłem dopiero przy szczegółach garderoby.
- Ale stroje maskujące musisz wziąć na siebie, bo ja niczym takim nie dysponuję…- tu wymowny gest na niezawodną dotychczas opończę.- Postaram się za to rozejrzeć za tymi, no… takie czarne, jak antyterroryści noszą..
- Acha, kominiarki! Ale z tym może być latem kłopot.- zafrasowany chłopak chwilowo zaniechał ewolucji, a jego deska znów magicznym sposobem wylądowała pod pachą- Zaraz, przecież mam kumpla- militarystę, koleś jest w porzo, nie odmówi.!
- Jasne, a napotkanych przechodniów uświadomi pani z właściwą sobie elokwencją, że studiujecie kominiarstwo- z zoofilią na dokładkę!- wysyczałem wściekle—A okazji będzie sporo, zważywszy na odległość- circa 50 km. Przyjemnego spaceru życzę! Acha, tak przy okazji- czy pani w ogóle wie, co znaczy zoofilia?!- Ostatnią kwestię musiałem już chyba wykrzyczeć, bo jakaś kobieta idąca z naprzeciwka znieruchomiała, po czym gwałtownie zmieniła kierunek marszu, ciągnąc za sobą dziecko. A i moja fizjonomia musiała w tym momencie prezentować się wyjątkowo szpetnie, bo po raz pierwszy dostrzegłem na twarzy dziewczyny lękliwe zakłopotanie.
- No… grekę znam o tyle o ile…- bąknęła niepewnie, starannie przy tym omijając mnie wzrokiem. Taktyczna ucieczka na boki- sposób właściwy dobrym ludziom- tak, by broń Boże, nie urazić zbyt natarczywym spojrzeniem, czy niestosownym grymasem! I dopiero w ostatniej chwili zdołałem pochwycić przelotny błysk, coś, jakby iskierkę humoru…- Kpi sobie ze mnie?...
- Jednak, co do tej wędrówki, ma pan rację- dziwnie to może wyglądać. Nie jestem pewna, czy ktoś da wiarę, że się przybłąkał…Pies, kot- to oczywiste, od biedy dziecko jakieś zagubione…
„Ewentualnie kretynka z papugą”- słowa uwięzły mi w krtani na widok Punky’ego, który tkwiąc od rana w filozoficznym nastroju, zaczął nagle wykazywać niezrozumiałe ożywienie. Otworzył oczy i rozwarł dziób z wyraźnym zamiarem wyskrzeczenia jakiegoś grubego przekleństwa. Po krótkim namyśle widać zarzucił ten pomysł i poprzestawszy jedynie na gniewnym spojrzeniu, wykonał niespieszny półobrót i zmarł ponownie- z kuprem wypiętym dokładnie na wysokości mojej twarzy. Cholera, a już myślałem, że mnie, bestia, niczym nie zadziwi!
- Cóż, jakoś będziemy musieli sobie poradzić- Dziewczyna, nieświadoma wyczynów swojego pupila, snuła dalej rozważania- Skoro nie mamy samochodu…
- I tak by nie wszedł!- uciąłem kategorycznie.
- Ależ myli się pan, przecież to całkiem nieduże zwierzę.
- Pani nie rozumie!
- Rozumiem doskonale, wystarczy tylko trochę uprzątnąć i miejsca będzie ho, ho…Głowę daję, że się zmieści!
- A ja idę o zakład, że nie wejdzie! Chyba, że go pani zawinie w dywan i wniesie na rękach. Przecież to osioł, zaprze się i tyle!
- Przybijam zakład!- Nie zdążyłem nawet zareagować na mocne klepnięcie z tyłu, gdy dziewczyna z rozpromienioną twarzą już wisiała mi na szyi.
- Ach, jaki pan cudowny! Czułam, wiedziałam, że się pan zgodzi i nawet mówiłam Maćkowi…
Moje nieśmiałe słowa protestu utonęły w powodzi entuzjazmu, gorących podziękowań i uścisków. Psia krew, zupełnie nie o to mi chodziło!
- A tamtym problemem niech się pan w ogóle nie trapi- coś się zmajstruje…
Pozostałą część popołudnia spędziłem na majstrowaniu „czegoś”. Dwie zbite dechy i parę poprzeczek dały efekt może i pożądany, ale chyba niewspółmierny do wybuchu entuzjazmu, z jakim zostały przyjęte. Na dobre już skumane towarzystwo po powrocie z „wyprawy logistycznej” (cokolwiek miało to oznaczać), okrzyknęło mnie cudotwórcą, a drewnianą konstrukcję: ”genialnym trapem godnym jakiegoś transatlantyku przynajmniej”.
Nastrój ekscytacji nie udzielił mi się w najmniejszym stopniu. Prawdę mówiąc, gdy teraz na to patrzę, zdumiewa mnie własny olimpijski spokój, który umożliwił mi normalne funkcjonowanie i wykonanie tylu rutynowych czynności. W drodze po zakupy zatankowałem do pełna, następnie zjadłem kolację bez reszty pochłonięty dziennym bilansem (potworny deficyt!), przebrałem się, wypiłem usłużnie podsuniętą kawę. I na dobrą sprawę jedyną moją troskę stanowiła kwestia parkowania- wbrew wszelkim regułom i zasadom kodeksu drogowego. Pozostałymi sprawami w ogóle sobie głowy nie zaprzątałem, wychodząc ze słusznego założenia, że tak niedorzeczny projekt udać się absolutnie nie może. Co tam, najwyżej zaliczę nocny spacer po parku! I pewnie mandat…
Przyszłość pokazała, w jak grubym byłem błędzie, bo mój samochód- widmo na skraju parku okazał się kwestią zgoła trzeciorzędną. Podobnie, zresztą, jak furtka na tyłach wesołego miasteczka, która ustąpiła natychmiast pod mocniejszym naciskiem. Problem wynikł dopiero w środku. Właściwie dwa problemy…
…Pojawiły się nagle i znikąd- ogromne, złowróżbne cienie o kształtach nierealnych i dziwnie zmiennych w pełgającej poświacie okolicznej latarni. – Dwa monstra całkowicie bezgłośne i przez to jeszcze bardziej przerażające. Cóż, przed sobą nie muszę udawać- zwyczajnie zdrefiłem, a jedyne, co powstrzymało mnie przed ucieczką, to obecność dwojga dzieciaków, podobnie jak ja przerażonych w tej chwili- i zupełnie bezbronnych.
Psy ruszyły… Spotniałą rękę zacisnąłem na przyniesionym kiju, świadom jego żałosnej bezużyteczności, czując przy tym, jak w miejsce paniki wypełnia mnie jakieś dziecinne zdumienie, że człowiek taki mały, a tyle potu może wyprodukować…
Scena, której następnie byłem świadkiem jest chyba największą niedorzecznością, jaką przyszło mi w życiu oglądać. I gdyby nie obecny widok z okna, przysiągłbym, że to się w ogóle nie zdarzyło- bo zdarzyć się nie mogło.
- Dwie piekielne bestie rodem z najczarniejszych horrorów, a wśród nich maleńka postać- kruszyna w sam raz na jedno kłapnięcie. Zdążyłem jeszcze zarejestrować jakiś nieznaczny gest, szept chyba…i za moment stałem w obliczu absolutnej metamorfozy. Całkowite nieomal ciemności wykluczały, co prawda, ocenę szczegółów, ale wnosząc z przyjaznych pomruków i popiskiwań- miałem przed sobą dwa najbardziej przyjazne stworzenia na świecie. …
Reszta poszła nadspodziewanie gładko. Przy czym „nadspodziewanie” odnosi się oczywiście do mojej obecnej pozycji, nie zaś stanu, w jakim znajdował się mój umysł jeszcze parę godzin temu. Dość powiedzieć, że konieczność szarpania się z pętami, a następnie prowadzenia zwierzęcia przez spory odcinek parku, była rodzajem przykrej niespodzianki. Zdaje się, że oczekiwałem samoistnego opadnięcia więzów i lewitacji osła w apoteozie- albo czegoś w tym rodzaju.
Sporządzony wieczorem trap spełnił swoje zadanie, choć za drugim dopiero podejściem i przy wydatnej pomocy Ali. Ta, po wzruszającej scenie rozstania z nowymi pupilami, przybyła w samą porę, aby przelać swe zdolności perswazyjne na kolejnego czworonoga.
Opamiętanie przyszło dopiero na szosie kilkanaście kilometrów za miastem- w realnym świecie latarni, znaków drogowych i przemykających samochodów. Po raz kolejny spadła na mnie niespokojne myśl, że nic nie jest takie, jakim być powinno.
- Cóż to za wesołe miasteczko, które śpi kamiennym snem w środku letniej, upalnej nocy- w dodatku przy świetle dwóch tylko rachitycznych żarówek?- Albo te psy, czy osioł…Niech mnie diabli, jeśli to jest normalne zachowanie!
Później dopiero zostałem uświadomiony o wyższości sezonowej wyprzedaży w hipermarkecie nad atrakcjami lunaparku. Poznałem również praktyczny sposób redukowania poboru energii elektrycznej przy udziale procy, zaś na gruncie nauk przyrodniczych zyskałem bezcenną wiedzę, że sztukę udomowienia i tresury zwierząt ludzkość opanowała już w czasach prehistorycznych. Byłem prawie usatysfakcjonowany.
Z nocnej jazdy pamiętam niewiele. No, może poza ostatnim jej odcinkiem- po straszliwych bezdrożach i wertepach, przy jęku resorów i zerowej prawie widoczności. Potem, zdaje się, były jeszcze chóralne śpiewy, jakiś szalony taniec wokół ogniska…
#
Dobra, czas stawić czoła…rzeczywistości?... Zastygam z ręką na klamce, bo w polu widzenia rejestruję coś, co z rzeczywistością ma niewiele wspólnego. Przynajmniej z tą, do której przywykłem. Zaciskam powieki, liczę do trzech i ponownie otwieram oczy, ale obiekt zniknąć nie chce. Trzy obiekty…- niedbale porzucone na podłodze mienią się barwną plątaniną arabeskowych wzorów. Nawet, jeśli wzrok mnie zwodzi, to przecież nie zmysł dotyku! – Gładkie, sprężyste, powleczone warstwą plastiku karty, a na ich odwrocie wizerunki, które mignęły mi przez moment w blasku świecy- tam… wtedy…
- Widziała pani coś podobnego?! – Wypadam z samochodu wymachując tym, co nie ma prawa istnieć poza moim sennym urojeniem.
Oderwana od jakichś kulinarnych czynności, zastyga z łyżką zawieszoną nad bulgoczącym garnkiem.
- Widziałam- Słowa artykułuje wyraźnie i powoli, patrząc przy tym z podejrzaną łagodnością. Jak na niedorozwiniętego.- T o s ą k a r t y.
- Wiem, do cholery! Ale chciałbym też wiedzieć, skąd się wzięły u mnie na podłodze?!
- Cóż, pewnie tam zostały rzucone, co przy pańskim zamiłowaniu do porządku nie jest znowu taką niespodzianką.- Powraca do przerwanych czynności, kiwając głową z politowaniem
- Fajne, nie?- Chłopak przez ramię zerka na karty- Też mam takie, tylko z innymi obrazkami.
- Skąd?
- Stąd, co wszyscy. W gabinecie luster przecież dają.
Gabinet luster…- więc naprawdę tam byłem? Wydawało mi się jednak…W nagłym przypływie podejrzliwości rozglądam się dokoła, węsząc grubą mistyfikację. Nie, tu wszystko wygląda normalnie… O ile w granicach normy się mieści papuga na świerku, czarownica nad kotłem spienionej cieczy i chłopak pasący osła.
Właściwie ten ostatni pasie się sam. Tak po prostu- spokojnie i metodycznie skubie sobie trawkę, jakby nic się nie zdarzyło! Pewnie byłoby przesadą oczekiwać z tej strony jakichś aktów wdzięczności, ale tak krańcowy przejaw stoicyzmu trochę jednak irytuje. Pokaż, no, się bracie!
Ha, z bliska rzeczywiście wygląda nietęgo.- Skołtuniona grzywa, wyleniała sierść, kilka paskudnie zaognionych otarć, a na karku i wzdłuż boków brunatne, na stałe już chyba wyżłobione w ciele pręgi. Piętno jarzma.
Nie uchyla się, nie ucieka, ale zamiera pod dotykiem ludzkiej ręki. I tylko dreszcz jak impuls elektryczny przebiega po wychudzonym ciele.
..”Czyńcie sobie tę Ziemię poddaną”…- Czynimy, cholera!
- Sądzisz, że go przyjmą?- Po raz pierwszy myśl o losie zwierzęcia napełnia mnie niepokojem- Wiesz, ludzie na wsi są dość pragmatyczni pod tym względem. Zwierzę, które nie pracuje i nie przynosi pożytku, jest ciężarem. A on dodatkowo wymaga leczenia…
- O, moi dziadkowie są w porządku. Pan wie, że u nich nawet pająki są dokarmiane?! Jak Boga kocham! Babcia co rano wynosi zdechłe muchy jednemu krzyżakowi, co sobie w sieni pajęczynę uwił. A jak trzeba będzie, to sam na niego zapracuję!
- I leczeniem zaraz się zajmiemy!- Ala triumfalnie zestawia z ognia parujący garnek- Jeszcze tylko parę ingrediencji…- mamrocze, grzebiąc w swoim przepastnym worku.
- Pewnie ogon jaszczurki, oczy kruka i skrzydło nietoperza…
- Pan to chyba obraca się w kręgach zbliżonych do średniowiecza! Istnieją bardziej cywilizowane sposoby- i równie naturalne. A, tak, bo natura potrafi naprawić wszystko, co człowiek zepsuł- nawet te pańskie dziury w ziemi- tylko nie trzeba jej przeszkadzać. Skrzydło nietoperza, też coś! Żeby sporządzić taki balsam wystarczy przecież…
- Balsam? Dzięki Bogu, bo już się przestraszyłem, że śniadanie pani pichci!
Spod czarnej mierzwy włosów łypie na mnie jednym okiem, nie zaprzestając równoczesnej penetracji worka i nadzoru parującej cieczy. Zezowata jędza!
- O, mam nareszcie!- Triumfalnie wyciąga garść czegoś, co natychmiast wędruje do kotła- Tak, jak mówiłam- wystarczą zioła, garść proszku…
- Oszalała pani?! Sypać sól na otwarte rany to tortura!
- Pan się kompletnie nie zna na ziołolecznictwie, więc proszę chociaż nie przeszkadzać. To jest jantar. Tak, tak- sproszkowany jantar albo bursztyn, jak kto woli. – Cudowny kamień o leczniczych właściwościach. Przywraca witalne siły, leczy choroby stawów i gardła, dezynfekuje, a jeśli dodać sproszkowany w odpowiednich proporcjach…- Gadając nieprzerwanie, wydobywa z czeluści worka co rusz to nowe skarby, których przeznaczenia nie próbuję nawet się domyślać. Na koniec w jej dłoni pojawiają się trzy połyskujące bryłki o pokaźnych rozmiarach.
- Prawda, że są piękne? Klejnoty morza…- wzdycha, unosząc bursztyn na wysokość oczu.- Ten kamień najbardziej lubię. Wydaje się matowy, prawie czarny, ale wystarczy promień słońca i już rozbłyska tysiącami barw. Proszę spojrzeć, ile tajemnego światła i życia skrywa się tam – w środku…
- Ale okazy!- Chłopak z zainteresowaniem sięga po jeden z kawałków.- Pewnie made in China. Oni tam wszystko umieją podrobić.
- Skądże!- Ala wzdryga się, wyraźnie obruszona- Sama je znalazłam na plaży. Leżały sobie takie niepozorne wśród innych kamieni…
- Co się pani na te kamienie uwzięła? Przecież nawet dyletant z organicznym wstrętem do kopalin musi wiedzieć, że to jest żywica.
- Acha! W szkole nam mówili, że przyszła wielka woda i zalała jakieś tam drzewa.
- Nie jakieś, tylko sosny- a właściwie szczególną ich odmianę z okresu trzeciorzędu!
Boże, do jakich szkół oni chodzili?!
- Mnie tam, proszę pana, wszystko jedno- najważniejsze, że to fajne jest, no nie? I tyle ciekawych rzeczy ma w środku. O, u mnie jakiś płatek…- Uważnie ogląda pod światło trzymaną bryłkę- Nie, to wygląda jak skrzydło… Kurczę, leciała sobie taka mucha, leciała, aż tu nagle- bach! Ciekawe, czy ludzi też tak zamuliło dokumentnie, czy zdążyli spie… to znaczy – ewakuować się…
No, ręce po prostu opadają!
- Szczątki życia zaklęte w kamieniu…Więc to nie klejnoty morza, ale raczej łzy umierającego lasu…- Dochodzi mnie szept Ali, która w zamyśleniu obraca trzymany w dłoniach bursztyn- Nieśmiertelność przez śmierć.- Oh, to takie wzniosłe i smutne zarazem, nie sądzi pan?
Istny melodramat! Może już lepiej pójdę z osłem sobie pogadać…
PAPUGA - II etap
…- Pan nie lubi starych kamieni?
Może i lubię, ale jej nic do tego. I na miły Bóg, mogłaby choć na moment przestać mówić. Od pół godziny nie milknie nawet dla zaczerpnięcia powietrza. Oddychać nie musi, czy co?!
Wjazd do centrum nigdy nie był komfortowy, ale teraz- przy tych rozkopach, objazdach i zakazach- zahacza już o horror. Uff…- nareszcie znajomy most i ten jedyny w świcie widok…
Ilekroć wracam w przeszłość, próbując pochwycić jakąś szczęśliwą myśl, ten obraz automatycznie nasuwa mi się przed oczy: rozległy bulwar wzdłuż szarego pasma rzeki, a nad nim ceglane mury- tak majestatyczne i wspaniałe, że oddech w piersi zamierał! Rzeka bywała kapryśna: czasem błękitna, usiana wysepkami piasku, innym razem- rozlana szeroko, burzliwa i mętna. Tylko mury nie zawodziły nigdy- trwałe i niezmiennie ekscytujące…
Wciąż mam w uszach tamten stukot kół pociągu po żelaznym moście do wtóru z oszalałym biciem serca- rozpoznawalny syndrom wakacyjnego odurzenia. Strefa graniczna.- Tu kończył się świat zjawisk codziennych- ludzi, przedmiotów tak nudnych i przewidywalnych, a otwierała przestrzeń nieznanego…Ech, niegdysiejsze śniegi…
- Wszystkie kamienie są stare.
- I więcej w nich życia, niż w panu. Mumia Tutenchamona!
- Jeśli ma pani życzenie pielgrzymować na klęczkach po całym Toruniu, całując każdy napotkany kamień, ja nie mam zastrzeżeń. Proszę tylko powiedzieć, gdzie mam stanąć.
- Popielgrzymuję sobie później. Teraz czas zająć się interesami, bo widzę, że pan kompletnie sobie nie radzi.
Mimo całej niezaradności, jakoś udaje mi się znaleźć bazar, a nawet sensowne miejsce na jego obrzeżach w sąsiedztwie budki z napojami. Oby rzeczywiście okazały się chłodzące, bo upał narasta z każdą minutą!
- Proszę pokazać te swoje cuda. No, no…rzeczywiści wyjątkowe. Delikatne, miękkie- zupełnie jak jedwab, a przy tym takie elastyczne!- miętosi tkaninę, przykłada do twarzy, cmoka z upodobaniem i mówi chyba zbyt głośno- bo parę głów odwraca się w naszym kierunku, ktoś przystaje…- Czy to aby na pewno bawełna?...- Tak, tak, z całą pewnością. Coś fantastycznego! Gdyby tak jeszcze jakiś akcent pobudzający, pan rozumie...
Nie rozumiem, tym bardziej, że przy wtórze tych swoich cmokań i zachwytów rozpoczyna jakiś tajemniczy obrządek. Na blacie pojawia się pudełko z nieokreśloną zawartością, jakieś kartoniki, pędzlopodobne przyrządy, których przeznaczenia odgadnąć nie mogę. Moja towarzyszka rozsiada się, Punky tudzież i …Dobry Boże, zaczynam rozumieć, o jaki akcent chodzi!
Urzeczony obserwuję, jak w ciągu zaledwie kilku minut wyłania się spod pędzelka wizerunek smukłego flaminga, który następnie zyskuje towarzystwo licznych przedstawicieli ornitologicznej rodziny. W ten sposób przed upływem godziny na moim straganie dokonuje się hurtowy wylęg ptactwa- wielce zróżnicowany pod względem gatunkowym i charakterologicznym. Jest zasępiony kondor, wróbel- chuligan, egzaltowana kwoka, czapla- nimfomanka…
- Po ile takie majtki?
- Komplet 27 złotych, obrazek w promocji- gratis.
Stoję oczarowany, niezdolny nawet do głośnego protestu wobec tak absurdalnej, z księżyca wziętej kwoty. Te obrazki są po prostu śliczne! Nie, nie- nic z tej infantylnej Disnejowskiej estetyki, już raczej przywodzą na myśl dalekowschodnie malunki na jedwabiu- miniaturowe arcydziełka, których cała uroda zaklęta jest w prostocie. Ta sama oszczędność w barwie, subtelna, elegancka kreska…
Dla wszelkich talentów artystycznych zawsze miałem coś w rodzaju nabożnego podziwu. Nie, żebym zaraz każdy przybytek sztuki zwiedzał na kolanach, albo modlił się do Mony Lizy, jednak staję wobec nich zadziwiony i w poczuciu bezradności. – Jak każdy chyba profan w obliczu tego, co niepojęte, wręcz mistyczne. Niby to tylko bryła kamienia, trzy podstawowe barwy i raptem osiem dźwięków- tworzywo mniej niż skromne, a jak nieskończenie wielka liczba możliwości! …I niespełna 120 pierwiastków w Układzie Okresowym- przychodzi mi do głowy zaskakująca myśl. Ważę ją ostrożnie, podejrzliwie oglądam z każdej strony, ale nie jestem jeszcze gotów ocenić jej nieoczekiwanych implikacji. Nie tu i nie teraz- wobec tego zamętu, gwaru i tłumu narastającego wokół stoiska.
Nasz towar zyskuje wszelkie cechy chrupiących bułeczek- różnorodny, sporządzany od ręki wedle uznania i smaku- i cieszy się równym powodzeniem. Szczególny entuzjazm wywołują dwa egzemplarze: struś z niewiarygodnie długą szyją i żuraw zapuszczający żurawia…no, wiadomo gdzie. Jednak Punky przebija wszystkich- Punky zwycięski, Punky frasobliwy, Punky w locie koszącym… Brak tylko Punky’ego w apoteozie, choć do potomności już niewątpliwie przechodzi- krokiem statecznym, godnym wagi podniosłej chwili.
Co do mnie- stoję sobie z boku, zadowalając się rolą inkasenta- może skromną, ale satysfakcjonującą. Z upodobaniem kontempluję rządek zniecierpliwionych, ale karnie czekających na swą kolej klientów oraz grupę szczęśliwców, którzy oddalają się, triumfalnie powiewając świeżą zdobyczą. Farba, wszak, wyschnąć musi! Ciekawe, swoją drogą, jakaż to moc nadprzyrodzona zmusza ludzi do wystawania w skwarze i zaduchu po towar o wartości przynajmniej dwukrotnie zawyżonej? Zdumiewające!
Dopiero żar bijący prosto w plecy uświadamia mi, że słońce znacznie zmieniło położenie i południe dawno już musiało minąć. Dobry Boże, tyle godzin wytężonej pracy! Sztuka sztuką, ale ciało też ma swoje potrzeby i biedaczka gotowa mi tu jeszcze paść z wycieńczenia.
W drodze po aprowizację stwierdzam ze zdziwieniem, że cała ta obłędnie stłoczona ciżba jest jakby mniej dokuczliwa. W ogóle odkrywam w sobie głębokie pokłady życzliwości dla całej populacji ludzkiej, a nawet poszczególnych jej egzemplarzy.- Na przykład ta przezabawna istota, tratująca właśnie moje nogi, wcisnęła się tu bez kolejki… A, co tam- niech się udławi tym ostatnim pączkiem, który mi sprzątnęła sprzed nosa… Ekspedientka za to jest miła, kompetentna i nawet nie myli się wydając resztę. Jednak, przy obcowaniu z pieczywem, mogłaby coś zrobić z tymi czarnymi tipsami długości dwóch cali…
Fala entuzjazmu opada jednak szybko, a z każdym powrotnym krokiem- coraz gwałtowniej. Już z oddali dobiega mnie donośny, dziwnie jakoś modulowany szczebiot:
- No, po prostu, boskie! Szkoda tylko, że nie macie męskich stringów, ale i tak wezmę z pół tuzina dla moich chłopaków. Tylko, kochana, dzięcioł- koniecznie dzięcioł musi być!
Właścicielem głosu jest postać usadowiona na mojej ladzie w pozie co najmniej nonszalanckiej, w dodatku z papierosem w niebezpiecznej bliskości mojego, bądź co bądź, cennego towaru.! – Złote szpilki na długich, choć nazbyt umięśnionych nogach, dalej- zielona, zwiewna szatka, mnóstwo pobrzękujących ozdób, zaś całość zwieńczona końskim ogonem i grzywką. Ach, i makijażem- oczywiście! Krótko mówiąc: krzycząca pospolitość z raczej mglistym wyobrażeniem o kobiecym szyku. Na tyle jednak efektowna, że moja Ala jawi się przy niej jak wiktoriańska matrona.
W ten sposób nasz stragan znów staje się obiektem zainteresowania- tym razem mniej pożądanego. – Chichoty, szturchańce i komentarze, których wolałbym nie słyszeć…
- W tej chwili mamy przerwę i nie przyjmujemy żadnych zamówień. Proszę spróbować pod wieczór, a najlepiej jutro.- wkraczam zdecydowanie, byle przerwać ten żenujący spektakl.
- Ależ, kochany, o nic się nie martw- wszystko już mamy uzgodnione- Obrzuca mnie długim spojrzeniem, wydymając przy tym wargi w sposób, który ma zdaje się uchodzić za kokieteryjny- Obskoczę tylko warzywa i za parę minut jestem. To na razie, pa!
Porusza się szybko i sprawnie- nad podziw sprawnie, jak na tę wysokość obcasów i tym swoim idiotycznym chodem znów przyciąga powszechną uwagę… A, co mnie to obchodzi! Czym prędzej odwracam się do własnych, niecierpiących zwłoki spraw, ale tu napotykam zamyślone, nieobecne spojrzenie Ali.
- Ach, gdybym choć w połowie miała takie nogi, to chyba bym chodziła całkiem bez sukienki…
Nie wiem, co bardziej frustruje- ta kompletna aberracja, czy perspektywa widoku Ali bez…Ha, przynajmniej w jednej kwestii zyskuję jasność- to, w co ona się przyobleka, nosi miano sukienki!
- Od podobnych wzorców uchowaj Boże!
- Pan, to chyba mizogin jakiś…
- Jeśli już- to mizantrop, bo z tego, co wiem, od paradowania w damskich ciuchach, nikt jeszcze nie stał się kobietą! I proszę nie udawać, bo nawet ślepy by się zorientował, z kim ma do czynienia.
- A z kim?
- Czort wie, co za jeden! – Transwestyta jakiś, czy homoseksualista… Jeśli o mnie chodzi, ten człowiek może sobie być wszystkim- tylko nie kobietą.
- Ładnie, że choć człowieczeństwa jej pan nie odmówił.
- Jemu!
- Jej! Każdy może zostać tym, kim zechce!
- Jasne, a Punky- orłem szybującym w przestworzach!- cholera, nie tak miało być. Chciałem przecież podziękować, odwdzięczyć się jakoś…Jednak ta dziewczyna ma szczególny dar do wyprowadzania mnie z równowagi! Trzęsącymi się rękami zgarniam wszystko z lady i podsuwam jej pod nos przyniesione wiktuały- Na, jedzenie i picie..- warczę wściekły zupełnie bez powodu.
- Punky? Och, jestem pewna, że gdyby tylko zechciał…Ale on doskonale czuje się we własnej skórze.- w zamyśleniu gładzi nastroszony czub ptaka, który zwyczajowo pojawił się we właściwym miejscu i czasie.- … Przecież bywa tak, że człowiek dusi się w swojej przyciasnej powłoce, wyrasta poza nią. Proszę pomyśleć- dusza kobiety uwięziona w męskim ciele… Tak, to straszne i fascynujące… Synteza człowieka…
- Ha, ha, nawet przy pani skłonności do nadużyć, to już Everest niedorzeczności!
Już otwiera usta, najwyraźniej gotowa do dłuższej prelekcji, więc kończę pojednawczo:
- Swoje światłe uwagi proszę zachować dla innego audytorium, bo mnie generalnie nie interesuje, z kim się pani zadaje i jakim mianem określa osobniki tego typu.
- Osobnik ma na imię Ewa, jest tancerką w jednym z tutejszych klubów i zaprasza nas do siebie. Ruch tam podobno taki, że ma pan zapewniony zbyt na cały swój towar.
- Czy pani wyobraża sobie, co to może być za miejsce i jakiego rodzaju klientela?!
- O, wyobraźnię to ja mam bardzo bogatą! Do tego stopnia, że już widzę te pliki banknotów wypychające pańskie kieszenie, czuję rozkosz kąpieli w prawdziwej wannie z ciepłą wodą i zapach świeżutkiej pościeli. Przydałoby się, co?
Fakt, przydałoby się…
- Czy pani na pewno wie, co robi?...
Dom jak dom, choć trudno nazwać go obiektem mieszkalnym. Wygląda raczej na jakąś pozostałość przemysłową- magazyn albo budynek pofabryczny. -Ceglane, piętrowe paskudztwo stworzone w jakimś upiornie praktycznym zamyśle. Słowem- urbanistyczna katastrofa w samym sercu pięknego miasta.
Jednak nie tyle budynek, co osoba przed nim stojąca, budzi moje najgorsze przeczucia. – Płci chyba męskiej, wnosząc z obnażonego torsu, odziana w szorty, ogromny czarny kapelusz i – jeśli wzrok mnie nie myli- koloratkę. Uwija się ta osoba w jakiejś malarskiej robocie, dodając białe akcenty do i tak już osobliwej kolorystyki frontowej ściany. Boże, czego tam nie ma! Księżyc w nowiu o twarzy Drakuli po sąsiedzku z wężem boa na gwiaździstym niebie, jakaś łączka o rozszalałych barwach, monstrualna truskawka, a nad tym wszystkim- ogromny, złotem pyszniący się napis:’’POD PSEM SCHRODINGERA”. – Ten poraża mnie ostatecznie.
Za całą odpowiedź na moje rozterki musi mi wystarczyć trzask zamykanych drzwi i okrzyk entuzjazmu dobiegający już z ulicy. Trudno, przyjdzie i temu stawić czoła! Jednak, gdy w chwilę później dołączam do grupy stojącej nieopodal, z najwyższym trudem przychodzi mi rozwikłanie zagadkowego sensu toczonej rozmowy.
- Znowu?...- krzywi się Ewa (tak jego/ ją muszę nazywać z braku lepszego pomysłu)
Człowiek w kapeluszu prycha lekceważąco:
- E, dzisiaj tylko drobiazg- Gwiazda Dawidowa zaledwie. Piękna śnieżynka z niej będzie.- wychodzi z półcienia i szczerząc zęby potrząsa puszką sprayu- Duszpasterz środowisk, sługa uniżony, a w chwilach wolnych od posług- malarz zgoła nie artysta…
Dopiero teraz mam sposobność przyjrzeć mu się dokładniej: patykowaty rudzielec lat może dwudziestu pięciu, o dość bezczelnej, choć nie przeczę- sympatycznej fizjonomii. Na moje oko z kapłaństwem łączy go co najwyżej owa koloratka i kapelusz zdarty z jakiegoś chasydy.
- Fantastyczne! To wszystko pańska robota?- twarz Ali wykazuje stan bliski upojenia.
- W żadnym razie, droga siostro! Nie śmiałbym nawet przypisywać sobie całości dzieła. Oddajmy bliźnim sprawiedliwość- to wynik zbiorowej, twórczej rywalizacji.. O, tu, na przykład, pod tym motylkiem- sodomici wołali wielkim głosem, a ja tylko uskrzydliłem nieco ponure towarzystwo. Szatański pomiot, dla odmiany, obsadziłem kwieciem. A tutaj…o, z tego jestem szczególnie dumny, bo przyznać musicie, że „Żydzi i pedały do gazu”- to duże wyzwanie. Udał mi się ten wąż boa, co?...
- Czy ja też mogę?- Ala bez ceregieli sięga po puszkę i z wprawą godną zawodowego grafficiarza twórczo rozwija motyw. Kilka prostych kresek, jakieś łuki, esyfloresy- i w ciągu minuty wyłania się znajomy obraz. Jeszcze parę pociągnięć czarnym, dla odmiany, sprayem i portret gotowy. Czyj?- Wiadomo! Widownia bije brawo, artystka się kłania, Punky zaś przemierza chodnik nadęty jak paw…
Gdyby jeszcze parę dni temu ktoś powiedział mi, że sam, dobrowolnie wkroczę w tak osobliwe progi, popukałbym się w czoło. Jednak wkraczam nieprzymuszany przez nikogo i- jak sądzę- niedostrzeżony nawet. Wkraczam i, przyznać muszę, jestem zaskoczony. Pomieszczenie w żadnym detalu nie nawiązuje do fabryczno- jarmarcznej stylistyki murów- to rodzaj sieni wyłożonej płytami z kamienia o kształtach nieregularnych, z wyraźną siatką spękań i załamań. Chłodne, ascetyczne wnętrze, którego surowość łagodzi interesująca gra refleksów świetlnych na grubej fakturze kamienia. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że błękitne światło, dzięki któremu mogę dostrzec te wszystkie detale, ma swoje naturalne źródło. Nade mną rozpościera się szklane półkoliste sklepienie! Cóż, jestem pod wrażeniem.
Jednym uchem łowię obszerną, acz chaotyczną opowieść o zarwanych stropach, groźbie rozbiórki i zaprzyjaźnionym architekcie, który pewnej nocy miał wizję. Następnie wyłania się cały ciąg przypadków i szczęśliwych splotów okoliczności, dzięki którym powstało owo patio(?) łączące zarazem część użytkową budynku z mieszkalną. Część mieszkalna to luksusowy apartamentowiec in spe, a na razie powierzchnie magazynowe pod wynajem. Natomiast część użytkowa…Sami, zresztą zobaczcie!
- I, można rzec- jestem w domu! A w każdym razie- na stałym, pewnym gruncie, bo pomieszczenie w pełni odpowiada moim wyobrażeniom na temat przybytków tego typu.- Mroczny, ceglany przedsionek z kamienną misą pośrodku ( niech mnie diabli- jeśli to nie chrzcielnica!), w kątach jakieś niesprecyzowane posągi makabrycznie połyskujące w czerwonej poświacie i wyłupiastooki amorek dyndający u sufitu. Pozłacany, oczywiście!
- No, dobra, dlaczego pies?- daję w końcu głośny upust dręczącej myśli, choć poprzysiągłem sobie milczeć, nie dziwiąc się nikomu i niczemu.
Człowiek mieniący się Duszpasterzem zamiera wpół kroku, następnie rzuca się w moim kierunku, wrzeszcząc równocześnie:
- Ewka, Paweł, wszyscy święci, ktokolwiek, mamy go! Mamy Wielkiego Trzeciego!
Potrząsa moją ręką, odskakuje, kręci głową i znów dopada mnie, mamrocząc bez sensu:
- Gratuluję, trafił pan do Panteonu Mędrców! No, no, kto by się spodziewał…Pięciu groszy za takiego nie dasz, a tu proszę…Bez urazy, bez urazy. Pan chyba z branży, co?...
Nie będąc pewnym, o którą branże chodzi, milczę na wszelki wypadek, co jest o tyle łatwe, że mój rozmówca wciąż grzmi potokiem nieprzerwanym:
- Ach, zbawco, wiarę w ludzi mi przywracasz! Oto, w swej młodzieńczej naiwności poszedłem o zakład, że w ciągu dwóch lat wzniesiemy cały Panteon Mędrców. Po roku zredukowałem ich liczbę do czterech, a i tak, widzi pan?- Połowa cokołów pusta!
Poznawszy w ten sposób genezę niepokojących zjawisk z przedsionka, przemieszczam się dalej, lekko przytłoczony nadmiarem wrażeń, gestów, słów. – Psa ani śladu, za to w następnej Sali monstrualna buda pyszni się kolorystyką, która nawet mnie- dyletanta przyprawia o ból zębów. Jest też łańcuch- a jakże- kotwiczny! Poza tym i kilkoma surrealistycznymi bohomazami na ścianach, całość nie odbiega od rozrywkowo- gastronomicznej normy. Jest podium dla orkiestry, bar i, rzecz jasna- stoliki lśniące zadziwiającą bielą nakryć.
- Proszę sobie wyobrazić, - kontynuuje niezmordowany Duszpasterz- że ludność tutejszą, poza kwestiami gastronomicznymi, zajmuje wyłącznie tożsamość właściciela rzeczonego czworonoga. Ostatnio nawet został zaliczony w poczet późnych dadaistów, bądź klasyków surrealizmu, bo ponoć w branży filmowej z Dalem miał coś kombinować…Wyobraża pan sobie?!... Ale, a propos kombinacji, czytał pan może ostatnią pracę…
Ujęty pod rękę w geście bliżej nieokreślonej wspólnoty, pozwalam prowadzić się w głąb domu, ciekaw nawet dalszych jego osobliwości…
Do pochopnego entuzjazmu skłonny raczej nie jestem, ale w tym wypadku muszę przyznać jej rację. Pewnie, że po tylu nocach spędzonych w blaszanym pudle na łóżku polowym- byle solidniejszy dach nad głową zda się pałacem. Jednak to wnętrze jest wyjątkowe- tchnie jakimś łagodnym, promiennym spokojem. Dwa fotele, szafa z sosnowego drewna, obszerny tapczan, dywan harmonizujący z zielenią zasłon- właściwie nic szczególnego, a przecież znajduję dziwną przyjemność w kontemplacji rzeczy zwyczajnych- i ładnych…
Dobra chwila musiała więc minąć, nim dotarła do mnie osobliwa intonacja jej okrzyku i nagła cisza zalegająca w pokoju. No, tak, tapczan…Cholera, jak to – razem?...
Oboje mamy chyba równie idiotyczne miny, bo skonsternowana Ewa zamiera w drzwiach z uniesioną ręką.
- Więc, wy nie jesteście razem? O, Boże, a ja miałam nadzieję…To znaczy, wydawało mi się…
Beztroski śmiech Ali wyrywa mnie z osłupienia.
- Oczywiście, że jesteśmy! Tylko, widzisz, on okropnie chrapie, więc na ogół wymaga izolacji. Ale nie przejmuj się, kochana, zatyczki do uszu mam zawsze przy sobie! Zresztą, czuję, że dziś nie będę ich potrzebować..- i osunąwszy się na tapczan, pomrukuje- Mmm.. takie łóżko same cudowne sny musi zsyłać…
Śmiech, odgłos dyskretnie zamykanych drzwi- a ja tkwię pośrodku pokoju jak słup soli.
- Co, do jasnej…- milknę nie tyle wskutek bezsilności, co z powodu ręki, która ląduje na moich ustach.
- Człowieku, choć raz przestań być upartym osłem, a przynajmniej pomyśl chwilę, zanim coś powiesz!
Milczę posłusznie, zaszokowany treścią, formą, bezczelnością i wszystkim w ogóle.
- No, i co takiego się stało? Wielka mi rzecz- wspólne łóżko! Proszę spojrzeć- jest tak obszerne, że pół batalionu się zmieści. Gdyby nawet pan chciał mnie w nim szukać, cała noc na to zejdzie.
- Z pewnością nie zechcę! I co to w ogóle ma znaczyć- kpiny jakieś, prowokacja? Za kogo wy mnie, do diabła uważacie, pedofila jakiegoś, czy co?!
No, może trochę przesadziłem, bo mimo tego idiotycznego anturażu, na małoletnią jednak nie wygląda. Swoją drogą, ciekawe- ile też może mieć lat… Tak, czy inaczej- o wiele za mało. Zresztą, nie o wiek tu przecież chodzi…
- Cicho, teraz ja mówię!- dopadam tapczanu, na którym kuli się wyraźnie spłoszona- Jeszcze tylko tego egzemplarza wam brak do galerii dziwolągów?- Bezpłciowa kobieta, facet, który dla odmiany cierpi na nadmiar płci i chroniczny gaduła z zaburzeniami osobowości. No, pani ze swoim pierzastym gadem doskonale wpisuje się w ten pejzaż, ale na mnie proszę nie liczyć!- szarpię ją za ramię w jakimś niepohamowanym ataku wściekłości, którego sam do końca nie rozumiem
- Jest jeszcze Paweł…
- A, pewnie, jakże mogłem zapomnieć! Patriarcha rodu, człowiek- maska…
Olśnienie spada na mnie, jak cios w szczękę- i jest równie obezwładniające. Boże, więc o to chodzi… Słowa, gesty, ukradkowe spojrzenia- rozsypanka, która nagle składa się w jasny, klarowny obraz.- Paweł…
Stoję oszołomiony odkryciem, niezdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Dziwna jest ta pustka w głowie pełnej przed chwilą obrazów, skojarzeń, słów najwyższego oburzenia… Jakoś nie mogę pochwycić żadnej myśli i jedyny problem dręczący moją świadomość- to ten dzisiejszy upał. Duszno tu i ciasno. Obrzydliwa lepkość pokrywa ciało, zdaje się wpełzać do środka. Oczy przysnute jakąś czerwoną mgłą też odmawiają posłuszeństwa. Chyba zwymiotuję…
Tak, koniecznie muszę gdzieś wyjść…Może do parku? Nie, lepiej nad rzekę- zanurzyć się w chłodzie. Wieki całe nie pływałem, nie biegałem boso po trawie. Zaraz, ile to już lat?...
-O, jest mój samochód i… kluczyki też- dobra nasza! -Więc, ile to będzie lat?...
Nie mogę zebrać myśli. Wciąż jeden obraz nasuwa mi się przed oczy i jedno słowo dudni pod czaszką…Paweł…
…Zanim się pojawił, było całkiem przyjemnie…- Przestronne, czyste wnętrze z właściwym wyposażeniem miało, co prawda, cechy zakładu zbiorowego żywienia, ale też właściwość wszystkich kuchni świata- tu ogniskowało się życie!
Dość bujne i intensywne- tak, że chwilami opadało mnie wrażenie pobytu w jakimś dworcowym barze szybkiej obsługi. W naszej obecności przewinęło się tu mnóstwo osób, w tym kilka w stroju niekompletnym- najwyraźniej zadomowionych. Każdy przystawał na chwilę, parę słów zamienił i, posiliwszy się kanapką, albo inną strawą prosto z garnka, przepływał dalej ku swoim sprawom.
Nam przypadło honorowe miejsce przy stole. Skupieni wokół półmiska z francuskimi naleśnikami, odkrywaliśmy coraz to nowe smaki. Ala spasowała już po trzecim, ja dotrwałem do” wariacji meksykańskich”, ale i tak nie udało mi się skosztować wszystkich piętnastu specjałów Ciotki.
Ciotkę zaprezentowano nam w sposób właściwy temu domowi:
- Ciotka, dobry człowieku, czy nakarmisz strudzonych pielgrzymów?
Pomruk dochodzący znad garnków i patelni był chyba formą przywitania, bo bez dalszych ceregieli zostaliśmy usadzeni przy stole.
- Na nią nie zwracajcie uwagi, bo okropnie tego nie lubi, odkąd weszła w fazę przepoczwarzania.
Taka rekomendacja musiała w sposób oczywisty wywołać zainteresowanie osobą.
- Bejsolówka, szary, doskonale bezkształtny uniform, mocno wydeptane sandały- a w tym wszystkim…- No, nie, ciotką to ona absolutnie być nie mogła! -W każdym razie nikogo spośród zgromadzonych. Zgarbiona sylwetka, koszmarny strój, brak makijażu i jakichkolwiek ozdób- wszystkie te starannie poczynione wysiłki i tak nie mogły zatuszować jej zjawiskowej urody. – Typ kobiety, przy którym rozum i godność milkną, człowiek gdzieś pierzcha, a na placu boju pozostaje tylko samiec. Żałośnie bezbronny! Przyznaję- byłem pod wrażeniem. Zresztą, nie ja jeden, bo nawet z ust siedzącej obok Ali wydarł się nieartykułowany odgłos- coś między jękiem a syknięciem. Zjawisko zwane Ciotką krzątało się po kuchni w zapamiętaniu, ignorując nas milcząco i konsekwentnie. Raz jeden udało mi się pochwycić jej uważne spojrzenie przenoszone kolejno z naszych twarzy. I nieme pytanie, którego kontekstu nie udało mi się pojąć.
Tymczasem Duszpasterz, poczuwając się widać do jakichś wyjaśnień, kontynuował:
- Po ostatnim rozwodzie odmówiła bycia kobietą i postanowiła zostać człowiekiem.. Z reguły zajmuje się projektowaniem, bądź smażeniem naleśników, a w wolnych chwilach milczy. To, zdaje się, jakaś nowa forma uczłowieczenia…
Cień zainteresowania na jej twarzy wzbudził dopiero widok Punky’ego i mimochodem rzucona wzmianka o kartach.
- Gramy dzisiaj?- upewniła się, oglądając przy tym ptaka metodycznie i fachowo- bardziej jak okaz kulinarny, niż ornitologiczny. Ten, zaś, przerażony, czmychnął czym prędzej ku swojej pani, a znalazłszy azyl na jej ramieniu, pozostał tam na wszelki wypadek już do końca.
Ukoronowaniem posiłku była kawa i… naleśniki- tym razem z wiśniami i sosem czekoladowym. W stanie błogiego przesytu ledwie nadążałem ospałą myślą za wartką opowieścią Duszpasterza…- Było coś o gruntach przynależnych z dziada pradziada, ( komu?- nie jestem pewien), o żmudnym procesie, spiętrzeniu biurokratycznych barier, finansowej zapaści i ostatecznym triumfie w postaci skrawka ziemi i tej oto ruiny. W finale wyłonił się obraz jednej tytanki oraz stada żerujących na niej pasożytów w osobach: studenta, milczącej Ciotki, sezonowych obiboków i kogoś tam jeszcze.
- Ma pan pojęcie?! Jedna dziewczyna własnymi rękami, a właściwie nogami, stworzyła to wszystko!
- Daj spokój, Piotrusiu, jak zwykle przesadzasz. Przecież bez was niczego bym tu nie zdziałała.
Piotrusia w osobie Duszpasterza szybko przyswoiłem, natomiast przeciw „dziewczynie” cały mój organizm wciąż się buntował. Nie mogłem i nie mogę nadal jego/ jej wpasować w jakąś przyzwoitą ludzką normę. Choć przyznać muszę, że poza wzrostem i masywniejszą budową, niczym specjalnym nie zwracała uwagi. Po kuchni uwijała się z widoczną wprawą, znajomością rzeczy nie ustępując ani Ciotce, ani mojej towarzyszce. A, tak- bo ta ostatnia zdążyła już przeistoczyć się z gościa w fachową pomoc kuchenną. Pobrzękiwanie naczyń, ciche uwagi, głośniejsze chichoty, jakaś piosenka nucona pod nosem- ot, typowa poobiednia krzątanina w letnie popołudnie…
Błogi nastrój sielanki zmąciły nieoczekiwane słowa:
- Jeśli już koniecznie musisz śpiewać, to zdecyduj się na jedną tonację i pauzę, pauzę wytrzymaj…
Na oko czterdziestolatek- trochę szpakowaty, o tak zwanej ”męskiej twarzy”, świetnie uwypuklonym torsie i muskularnych ramionach, krótko mówiąc- przystojniak, na którego lecą kobiety pod każdą szerokością geograficzną. To znaczy- chyba leciały… Wózek inwalidzki jakoś szczególnie boleśnie kontrastował z tą imponującą pół- postacią.
- Zjesz coś, kochanie?- ciepły głos, bez tych egzaltowanych piszczących nutek, naturalne ruchy i nawet twarz jakby złagodniała, utraciwszy tę drażniącą, wulgarną ostrość. Niech mnie diabli- zakochana kobieta!
- Pod warunkiem, że nie będą to cholerne naleśniki.
- Nie, nie, są jeszcze steki i kurczak w potrawce… Poczekaj, pomogę ci…
- Ręce mam jeszcze sprawne.- nieznaczny ruch wózka i troskliwie wyciągnięta dłoń zawisła w powietrzu. Siedział teraz odwrócony do niej plecami ze wzrokiem wbitym w przeciwległą ścianę. Jeśli rzeczywiście twarz jest mapą ludzkiego życia, to ten człowiek był martwy od dawna.
- Wiesz, mamy gości…
- Też mi nowina.
Coś paskudnego wisiało w powietrzu. Ciotka, chwyciwszy worek ze śmieciami, opuściła kuchnię, Duszpasterz, osobliwie milczący, spoglądał w okno. Jeśli dodać do tego cichy i zupełnie niestosowny śmiech Ali- sytuacja przedstawiała się nieciekawie. Właśnie gotowałem się do wyjścia, a raczej- ucieczki, gdy na scenę wkroczyła ona. I przeszła samą siebie
- Ach, jakie to szczęście poznać pana osobiści! W najśmielszych snach nie mogłam marzyć, że przyjdzie mi uścisnąć pańską dłoń!
Niechętnie, ale uścisnął- innego wyjścia raczej nie miał. I po raz kolejny doświadczyłem tego przykrego uczucia lustracji.
- Ciekawe…- mruknął, taksując nas uważnym spojrzeniem, choć wyraz jego twarzy nie wykazywał najmniejszego zainteresowania.
I wtedy, w nagłym przebłysku olśnienia, rozpoznałem go. Ależ tak! Ta twarz mocno dziś zmieniona, ale rozpoznawalna przecież, była kiedyś ikoną naszej popkultury. Patrzyła z plakatów, okładek pism kolorowych, witryn sklepów muzycznych. Bożyszcze tłumów, wirtuoz- lider kultowego zespołu.
- Mam wszystkie pańskie płyty, a zapis ostatniego koncertu zdobyłam w krwawym boju na aukcji internetowej.
- Nie gram już, to przeszłość- lekkie wzruszenie ramion i odwrót w stronę stolika- do parujących steków. Audiencja skończona.
- Ach, nie byłbym taka pewna!- tokowała dalej moja towarzyszka, dla której normy przyzwoitości czy odrobina taktu należą chyba do kategorii abstrakcji.-…Proszę sobie wyobrazić, że ci dwaj uczeni mężowie- tu gest w naszym kierunku- nie dalej, jak przed godziną, rozwinęli bardzo obiecujące perspektywy. Czy da pan wiarę, że czas- ten stary, dobry czas okazał się czymś na kształt gumy do żucia, gdzie początek i koniec łączą się w jedno, przeszłość i przyszłość niekoniecznie muszą następować po sobie, a teraźniejszość w ogóle nie istnieje? W tej sytuacji mówienie o przeszłości w formie dokonanej jest w ogóle nieuprawnione, wszak ona dopiero zdarzyć się może, nieprawdaż?...
Więc o to chodzi…
…- Panu coś dolega?
- Nadmiar towarzystwa.
- Czy zrobiłam coś złego?
- Nie, ale ja zaraz zrobię, jeśli pani natychmiast stąd się nie wyniesie. To mój samochód!
- Wiem. Pańskie miejsce na ziemi…
- Żegnam!
- Pan się gniewa…
- Przeciwnie, jestem uosobieniem życzliwości. Do tego nawet stopnia, że udzielę pani dobrej rady na dalszą drogę życia: proszę nigdy więcej nie wtrącać się w cudze sprawy, szczególnie te, których nie jest pani w stanie pojąć swoim ptasim móżdżkiem!
- Pan usiłuje mnie obrazić?
-Nie przypuszczam. To, co pani zademonstrowała, jest wystarczająco obraźliwe. I nikczemne.
- Obawiam się, że pan jak zwykle niczego nie zrozumiał.
- Do rozumienia to tu akurat nic nie ma. Te haniebne gierki i matactwa są aż nadto czytelne. No, dalej, proszę wmówić kalece, jaki jest wspaniały, piękny, godny uwielbienia- z pewnością ozdrowieje! Czekam na cud! – Co, mistyfikacja nie wyszła? Preparat zawiódł?- Ano, nie najlepszy ze mnie egzemplarz pokazowy.
- Tak, jak przypuszczałam- pan naprawdę niczego nie rozumie. Zadziwiające! Niby dorosły człowiek, a zupełnie jak pijane dziecko we mgle… Ha, wybaczam- ostatecznie errare humanum est… Do zobaczenia na kolacji…
Ona mi wybacza! Strzelistego aktu skruchy raczej nie oczekiwałem, ale żeby coś takiego…
No, dobra- czas jechać. Tylko, gdzie są moje dokumenty? Przecież zawsze noszę je w tej kieszeni…Ręka trafia na jakiś obcy kształt. Ki diabeł?! Ach, prawda- trzy karty z tymi idiotycznymi malunkami… Co to niby miało być?- Wół, Gracz…Dyrdymały jakieś! W tym pewnie też maczała ręce… Nawet bym się nie zdziwił- to zupełnie w jej stylu.
- Bracia i siostry, zjednoczeni w miłości kynologicznej, acz niekoniecznie obopólnej!
Uprzejmie informuję, że dziś, jako i wczoraj i przed wiekami, obfitą a dobrowolną jałmużnę zbieramy na wsad do miski dla tego tam- Psa Schredingera, co w kącie głodne kły szczerzy!
Wzrok zgromadzonych automatycznie wędruje we wskazane miejsce, gdzie psychodelicznymi barwami poraża monstrualna buda- teraz dodatkowo podświetlona upiornym zielonkawym światłem.
- Co, nie ma go?! A, to bestia- znów zerwał się z łańcusznika i zmienił swoją pozycję kwantową. Po rodzinnej Andaluzji pewnie hasa!
Tu mistrz ceremonii zawiesza głos na dłuższą chwilę tak, by stosowny efekt mógł przewalić się po widowni.- Dość mizerny, prawdę mówiąc- trochę niemrawych oklasków, czyjś nerwowy chichot, parę anemicznych uśmiechów…Cóż, albo temat ograny, albo niewielu ma szczęście ocenić ten twórczy wkład w analizę pojęć zgoła nie artystycznych. Zerkam w drugi koniec sali, gdzie moja towarzyszka już przed dwiema godzinami utkwiła na dobre pogrążona w swym rękodziele. Tkwi nadal, tyle, że dodatkowo trzęsie się w ataku niepohamowanej wesołości. Czyżby pojęła?... O, nie! Pytać na pewno nie będę. Jeszcze gotowa wygłosić mi krótki zarys teorii nieoznaczoności.- Tego już bym z całą pewnością nie przełknął.
- Ha, trudno!- niezrażony Duszpasterz podejmuje tubalnym głosem- Nie pogładzicie go dziś po spinie, ale zapewniam, że to średnia przyjemność, bo zapchlony nieziemsko i paskudny, ścierwo, jak jego nieodrodny wujek z Baskerwille. Tak, czy inaczej, żreć musi- tu wyciąga imponujących rozmiarów miskę i pobrzękując nią, obchodzi kolejne stoliki- Nie skąp siostro miłosierna…- Rzuć coś bracie dla brata mniejszego…
Zakończywszy obchód w niespełna pięć minut, opada z teatralnym westchnieniem na krzesło przy naszym stoliku.
- Uff.. nietęgie coś owieczki… Do pasania niezdatne i do strzyżenia takoż.
- A, boś sam się zerwał z łańcusznika, kretynie jeden! Na drugi raz patrz, z kim masz okoliczność- Paweł z szelestem odkłada gazetę- Dobra, do roboty!
- Losujemy?- Ciotka tasuje karty z wprawą przynoszącą jej najwyższy zaszczyt.
W dalszej części wieczoru uwagę staram się dzielić sprawiedliwie między rozgrywkę a popisy artystyczne na scenie. Sytuację mam o tyle ułatwioną, że moja partnerka zdaje się być całkowicie samowystarczalna- licytuje za dwoje, gra za czworo, a pije za dziesięciu chłopa. Moja rola sprowadza się w zasadzie do bąknięcia jakiejś odzywki i zrzucania kart.
Akurat na scenie smutna z jakiegoś powodu panna ogłasza „Elegię humanistyczną”:
…Skrzypek na C- strunie smętnie zwisa z dachu,
Mona Liza się szlaja gdzieś w portowym mieście
Prometeusz gorliwie robi w nowym fachu-
Dostał etat klawisza w stołecznym areszcie…
Wątek tracę gdzieś w połowie następnego wersu- przy „Ulissesie” powieszonym w klozecie, bo akurat nadeszła moja kolej rozdania. Dopiero, więc w samej końcówce rozgrywki dochodzi mnie płomienny apel o dekapitację wszystkich i wszystkiego. W charakterze rekwizytu zostaje puszczona w obieg miniaturowa gilotyna, budząca żywe zainteresowanie, a nawet próby ucięcia sobie czegokolwiek na gorące prośby artystki. W ogóle zabawa zaczyna się rozkręcać- poziom rozmów i śmiechów podnosi się o kilka decybeli, szkło dźwięczy, ktoś na pianinie brawurowo wycina kujawiaki…
Od czasu do czasu zerkam w stronę wejścia- tam niezłomna Ala najwyraźniej trwa na posterunku, bo wianuszek ciekawskich ( kto wie- może kupujących?) wcale nie rzednie wokół stolika. Głęboka uraza hołubiona ostentacyjnie przez cały wieczór, jakoś niezauważalnie ustąpiła. Nawet coś, jak wyrzut sumienia kołacze mi się po głowie- szczególnie po ostatniej wizycie Punky’ego. Zjawił się akurat przy licytacji, wkroczył, łachudra, na środek stolika i nic, tylko łypie na mnie okiem. Przytupuje i łypie! No, można się skupić w tych warunkach? --Podkreślili nas na robrze… Szczęśliwie odrabiamy straty w następnych rozdaniach i akurat kiedy nabrałem wiatru w żagle, Ciotka zrywa się gwałtownie:
- Cholera, już po dziesiątej, moja zmiana w kuchni!
- No, to i na mnie pora…- Paweł robi skręt od stolika.
- Odpuść sobie chociaż raz…- ręka jego brata zaciska się na poręczy wózka, uniemożliwiając jakikolwiek manewr.- Zawsze, kurwa, musisz jej to robić?
Przez chwilę trwa wściekła pantomima, której znaczenia nie jestem w stanie pojąć. Wnosząc z mimiki i gwałtownych poczynań- jeden z braci ma zamiar zatrzymać drugiego- nawet za cenę morderstwa. Te rozpaczliwe wysiłki i tak trafiają na mur chłodnej obojętności.
- Bez egzaltacji, chłopcze…
Czym prędzej kieruję się w stronę baru i wtedy właśnie spadają na salę pierwsze akordy muzyki
Jest w tym rytmie coś niepokojącego- może nie alarm jeszcze, ale już jego zapowiedź. – Wibrujące drżenie, które wprawia nerwy w stan czujności. Kark sztywnieje, mięśnie napinają się…Wnosząc z zachowania na Sali, wrażenie to dotyczy chyba wszystkich, bo głosy nagle milkną, uniesione twarze zastygają w wyrazie oczekiwania. Wszystkich- z wyjątkiem tej na scenie…
…Oparta o ścianę, z leniwą nonszalancja pali papierosa- nieobecna, daleka, zasłuchana w dźwięk gitary, a może w jakąś inną- niesłyszalną dla pozostałych melodię. Zjawa ze snu… Nie, raczej ożywiona zaklęciem postać z obrazu Modgillianiego – naszkicowana wyrazistą kreską, elegancka w prostocie, ascetyczna w barwie.- Czarna Madonna z niepokojąco białym udem w głębokim rozcięciu sukni…
Rytmiczna wibracja narasta, potężnieje, staje się tak natarczywa, że nie sposób dłużej jej ignorować.- Kobieta odrywa się od ściany- dwa kroki- i zamiera pośrodku sceny, nasłuchując. Muzyka cichnie, tylko sam rytm dudni- ostre, szarpiące nerwy staccato w takt uderzeń serca, w rytm kroków kochanka biegnącego po schodach. Cóż, ten kto twierdził, że do tanga trzeba dwojga, najwyraźniej pomylił się, bo tancerka wciąż jest sama… Chociaż, nie- już ktoś porywa ją w objęcia, na czyimś ramieniu wdzięcznie opiera głowę. I sunie- ufna, szczęśliwa, powolna krokom niewidzialnego partnera…
Potem jakaś rozmowa- on coś musiał powiedzieć, bo ona przystaje wzburzona. Jeden fałszywy akord i taniec rwać się zaczyna. Podbiega, coś szepce i, odtrącona, znów przystaje. Jeszcze nie wierzy- gwałtownym ruchem strząsa z siebie zwątpienie i gniew. Kaskada czarnych włosów sypie się na ramiona… Powolnym krokiem okrąża scenę- kusząca i spięta, z twarzą zwróconą w jeden punkt, gdzie zogniskował się cały wszechświat. Tempo narasta, ona przyspiesza próbując nadążyć, złapać rytm. Otwiera ramiona… Dźwięk gitary urywa się nagle. W absolutnej ciszy samotna postać zamiera na scenie- porzucona w kącie szmaciana lalka. I tylko gdzieś w górnych rejonach, niemal na progu słyszalności, dźwięczy cichuteńka, drżąca skarga…
I nagle, w sposób niepojęty, nie wiem- w skutek cudu jakiegoś, czy halucynacji- dostrzegam dłoń. Dłoń Mistrza zawieszoną na tej ostatniej, najcieńszej ze strun. I czuję zimne mrowienie, które rozpełza się po całym ciele, jakby to nie dźwięk, nie czyjeś życie nawet, ale los całego świata zawisł na tej złotej nitce- napiętej do granic możliwości, niepokojąco cienkiej i drżącej… Brzęk! – Nie, to nie wszechświat rozpadł się na kawałki- to tylko szkło w czyjejś niezgrabnej ręce.
Czerwona plama pełznąca po białym obrusie wśród szklanych odłamków i ludzka twarz skamieniała z bólu- obraz krótki, jak błysk flesza- ostatni, który rejestruję przed zapadnięciem ciemności…
Chyba nawet ślepiec żyjący w wiecznym mroku wyczuwa ciemność. Jest gruba i mięsista, jak kotara z aksamitu zawieszona w oknie starej kamienicy. Szczelna otulina, której obfite fałdy wyściełają wnętrze, przytłaczając, tamując oddech. Powietrze nabrzmiałe tysiącami wspomnień, wonią pościeli, oddechem śpiącej dziewczyny…- zapach nocy, który nie chce ulecieć mimo szeroko otwartego okna. Do pokoju wpada kawałek nocnego nieba- odblask kosmosu nasilający tylko uczucie klaustrofobii. Ściany przytłaczają, oddech osacza…
Muszę koniecznie wyjść i rozprostować zdrętwiałe nogi- fotel to nie najlepsze miejsce do spania.
Staram się iść bezszelestnie, a moje kroki i tak dudnią echem w pustym korytarzu. Ta cisza i bezruch nie są normalne w tak ludnym i hałaśliwym domu. Tylko dwa posągi w przedsionku zdają się wykazywać jakieś oznaki życia, wychylając z półmroku blade, wyszczerzone twarze.
I nagle otacza mnie chybotliwe, rozedrgane światło.- Mnóstwo światełek, jak rój niespokojnych robaczków świętojańskich, które zatańczywszy swój ostatni taniec, kończą życie rozbite o lodową ścianę. Błękitne kryształki na wieki zespolone z kamieniem. Zadzieram głowę- to blask księżyca rozproszony w szklanej tafli sklepienia daje tak niesamowity efekt. Raz tylko widziałem coś podobnego- w lodowej jaskini, do której zabłąkałem się w trakcie wędrówki po górach.
Brr…- to chyba złudzenie, bo przecież w tę upalną noc nie mógł przyplątać się tu żaden chłodniejszy powiew. – Skąd więc gęsia skórka i dreszcze? Albo ten dziwaczny cień chyboczący w półmroku…- Kolejny zamierzony efekt? No, muszę przyznać, że z tej Ciotki architekt nie lada!
Cień przybliża się nieco, zamiera… Nie, to nie iluzja- teraz wyraźnie dostrzegam kształty: zarys wózka i siedzącej w nim postaci.
- Pan tutaj?..
Pochylona sylwetka prostuje się.
- Kiedy gram, nie wolno przeszkadzać- dobiega mnie matowy, przytłumiony głos.
- Przepraszam, nie wiedziałem. Mówili, że pan już nie gra…
- Fakt, nie dla wszystkich.
Jego twarzy dostrzec nie mogę, ale ton głosu wskazuje, że uśmiecha się w tej chwili- i to złośliwie.
- Podoba ci się moja muzyka?
- Nie…nie jestem pewien…- O czym on mówi?! Wytrzeszczam oczy, próbując w tych ciemnościach wyłapać jak najwięcej szczegółów. Owszem, dostrzegam ogólny zarys sylwetki, coś jakby kształt instrumentu spoczywającego na kolanach, rejestruję nawet charakterystyczne ruchy, ale… Wytężam słuch- i nic- ani jeden dźwięk nie dociera do moich uszu. Tracę kolejny zmysł?!
- No, jasne- głuchy, jak pień. Ale przynajmniej nie udaje… Wiesz, co, bracie- lubię cię nawet, chociaż przyplątałeś się tu niewiadomo z jakiej racji. Ty przynajmniej nie kadzisz jak ta banda chwalców z uduchowionymi minami. Co, jak co, ale fałsz, to ja wyczuję na odległość.- Głos nabiera nieprzyjemnych, zgrzytliwych tonów i w ogóle cała ta sytuacja coraz mniej mi się podoba. Facet z tą swoją arogancką wyższością od początku był denerwujący i w innych okolicznościach powiedziałbym, co myślę…
- Apologeci, psia krew, gotowi za życia pomnik stawiać! Wielbicielki!- Tylko jedna z drugą tonacji mollowej od durowej nie odróżni, kwartą gotowa zupę odmierzać i posypać allegro do smaku! Zagdaczą, rozdziabią i rozwłóczą po tym swoim grajdole…Kwoki!
- Nie rozumiem pana…- umyślnie podkreślam tę formę, bo jego obcesowość też mi się nie podoba. Brata sobie znalazł!- Ma pan tak wiele: dom, życzliwych ludzi wokół i tę…- z cichym zdumieniem stwierdzam, że moja wola nie stawia już żadnego oporu i z taką łatwością mogę to powiedzieć-… tę, która pana kocha!
- Zapomniałeś o jeszcze jednym dobrodziejstwie, a wiesz, o czym mówię- wiesz dobrze- Głos zniżony do poziomu szeptu brzmi tuż przy moim uchu-… o tej uroczej litości, która robi z nich takie dzielne męczennice pławiące się we własnym łzawo- heroicznym sosie! Znasz to aż za dobrze, co?
- Może i znam, nie pańska sprawa! -Odsuwam się gwałtownie, by uciec od tego szeptu zanoszącego się chrapliwym chichotem, i wzroku, który- jestem tego pewien- przewierca mnie na wylot.- Za to na pewno wiem, że zachowujesz się, człowieku, jak ostatnie bydlę. I to wobec tych, którzy cię kochają!
- Kochają, kochają…- podrywa się z wózka i gniewnie mamrocząc sunie ku przeciwległej ścianie. – Szybko i pewnie, jakby zapomniał, że nie ma prawa poruszać się w ten sposób. Boże, to jakieś omamy! Kolejne sztuczki zbzikowanej Ciotki, albo…
- To jest sen, prawda? Pan przecież nie chodzi…- wypadek…paraliż… Pan mi się śni…
- Ja?! A to dobre! Przylazł tu nie wiadomo skąd i wymądrza się w dodatku, jakby sam był lepszy!
Ze zgrozą obserwuję czarny, chybotliwy cień na ścianie, jego nienaturalne, groteskowo zniekształcone kontury- i znów oblewa mnie fala gorąca, która tamuje oddech, zalewa oczy…
- Dobrze wiesz, że to gra.- Cień olbrzymieje, przysuwa się niebezpiecznie blisko- A ty, co- lepszy?! Dawaj, pokaż, jaki jesteś naprawdę!
Boże, przecież to szaleniec! Cofam się w panice, po omacku szukając wyjścia, które gdzieś tu powinno być…
- No, jazda- zdzieraj to z siebie!- Ręka na kształt szponu zawisa nad moją twarzą-… A jak nie, to wynocha, bo ja tutaj gram!
Jest, jest klamka! Kurczowo zaciskam rękę na zbawiennym kształcie i… już pędzę ulicami wymarłego miasta, gnany dudniącym echem kroków i wściekłym wołaniem:
-Wynocha, ja tu gram!
Mijam jakąś ulicę, mroczny zaułek, potem chyba jakiś skwer- ale nie widzę dobrze, bo światła przesuwają się błyskawicznie, jak w oknie pędzącego ekspresu. Pot zalewa mi oczy, uszy rozsadza dudnienie tętna albo czyichś kroków- nie wiem- może moich własnych. Walczę o oddech z największym wysiłkiem i kiedy dopada mnie świadomość, że nie dam już rady, że to ostatni łyk powietrza w moim życiu- nagle czuję to…- Lekki, przesycony świeżością powiew chłodu.
…Rzeka- przedwieczna moc oczyszczająca- początek i koniec wszystkiego. Powita przy narodzinach, potem obmyje z win popełnionych i tych, których popełnić nie śmiałeś, by na koniec zamknąć się litościwie nad głową. Ułoży do snu, uleczy wszystkie rany…
…- Człowieku, ależ miał pan szczęście- powiedział lekarz, objawiając mi kolejno wszystkie dobrodziejstwa, jakich dostąpiłem- Drogi oddechowe regenerują się wspaniale, wzrok zachowany niemal w 90%, stopień obrażeń zewnętrznych nadspodziewanie niski- raptem połowa twarzy i jedna ręka. Reszta to już naprawdę detale- perorował, tryskając zaraźliwym entuzjazmem- Z niedowładem kończyny poradzimy sobie, a przy dzisiejszych możliwościach chirurgii estetycznej…
Rzeczywiście, szczęściarz ze mnie! Jednak uświadomiłem to sobie znacznie później, kiedy już świadomość istniała, bo na początku, poza bólem, nie było nic.…Cały wszechświat ze swoim czasem i przestrzenią skurczył się do niewiarygodnych rozmiarów. Pozostał strzępek materii- atomy, molekuły i wiązania przewodzące ból…
- Nie przychodź więcej!
Powiedziałem to, kiedy już nauczyłem się mówić, kiedy zorientowałem się, że oprócz mojej fizjologii, istnieją jeszcze inne światy fizyczne. Pierwszym z nich był kontur twarzy wyłoniony z nicości- obecny za każdym razem, gdy otwierałem oczy, i za każdym razem bogatszy o jakiś znajomy rys.
- Nie przychodź więcej!
Powtórzyłem, uwolniony od tych wszystkich igieł, i rurek, gdy spod zwojów bandaży ukazała się moja własna twarz. Twarz Frankensteina…
Powtarzałem tę swoją mantrę aż do skutku- do chwili, gdy jej nienaturalnie usztywniona sylwetka po raz ostatni zniknęła za zakrętem korytarza. Drewniana kukiełka schodząca ze sceny…
Czasami w nocy budzi mnie odgłos kroków spotęgowany echem w pustym szpitalnym korytarzu. Nasłuchuję uważnie- zawsze oddalają się…
…Świta już- czas na mnie. Wyłoniony z nicości horyzont za rzeką pławi się już w różowo- złotej poświacie, a za mną wciąż noc.- Wysokie, roziskrzone chłodnym blaskiem niebo. Dziwna pora- czas na pół rozdartego świata.
…Gdybym potrafił się modlić i gdyby modlić się było do kogo, powiedziałbym tylko: ześlij mi dar niepamięci, albo spraw chociaż, żeby to wszystko przestało wreszcie tak boleć…proszę…
#
- To już są naprawdę barbarzyńskie obyczaje! Jak można wymykać się z domu o tak wczesnej porze i to bez śniadania!
No, nie- ta dziewczyna ma szczególny dar pojawiania się w najmniej pożądanym momencie! Idę o zakład, że zginie śmiercią gwałtowną. I to zaraz!
- Oho, przekrwione oczy, błędny chód i nawet ręce się panu trzęsą- oto skutki nocnego życia i alkoholu lanego bez umiaru na pusty żołądek! Proszę chociaż wziąć moją kanapkę.- wciska mi w rękę jakieś zawiniątko i rozsiada się na ławce z wyraźnym zamiarem dotrzymania mi towarzystwa. Udusić, czy zignorować?... Pokusa jest silna, więc czym prędzej odwracam się ku rzece.
Zdumiewające! Parę chwil zaledwie minęło, a taka metamorfoza. Szarości i mgły ustąpiły, dając miejsca tej niezwykłej godzinie dnia, gdy położone nisko słońce nie przypieka jeszcze, a powietrze jest wciąż rześkie od zapachów nocy i porannego świergotu ptaków. Magiczna chwila. Chłodny dotyk rosy rozbiega się po całym ciele milionami srebrzystych kropelek, oddech staje się dziwnie swobodny i pełny, a moje zmysły zdają się wybiegać poza granicę poznania. Czuję każdy nerw swojego ciała, każdą niteczkę tak zmyślnie wplecioną w wielki, skomplikowany wzór, którego zarys zaczynam dostrzegać. Słyszę w skroniach pulsowanie tajemnego życia, istnienia którego zaledwie mogłem się domyślać.- Moment krótki, jak błysk, w którym widzę coś…
- Tak… człowiek jest, jak trzcina na wietrze…
Jej przeskoki myślowe jak zwykle wprawiają mnie w stan wojowniczej irytacji, tym bardziej, że nie mogę dostrzec ani związku, ani kontekstu.
- Tak się składa, że przed panią był już jeden, który myślał podobnie. W każdym razie gratuluję, bo towarzystwo doborowe! Domyślam się, że filozofię również pani studiowała- rzucam cierpko, a ona poważnie kiwa głową, zupełnie nie dostrzegając ironii w moim głosie.
- Nadal to robię.
- Ciekaw jestem, który z mędrców zasłużył sobie na pani uznanie.
Podnosi na mnie oczy pełne najgłębszego zdumienia.
- Przecież w zasadzie liczy się tylko jeden, prawda?
W tej dziedzinie akurat ekspertem nie jestem. Co tam ekspertem- o Arystotelesie słyszałem, Kartezjusza liznąłem nawet trochę przy okazji studiów, ale już Hegla od Heideggera nie odróżnię na pewno! Spinam się więc w sobie, czekając aż zdzieli mnie po łbie jakimś Kantem albo Platonem przynajmniej…
- No, jak to?- przystaje skonfundowana moim milczeniem- Przecież o Mozarta chodzi!
No to zdzieliła mnie…
- Czy na pewno mówimy o tym samym?- krztuszę się kanapką, która utknęła mi w gardle, ona wali mnie po plecach, więc krztuszę się jeszcze bardziej, w końcu wypluwam wszystko i cały załzawiony i obśliniony opadam na ławkę.
- Przecież był muzykiem, do cholery! Słyszy pani? Kom-po-zy-to-rem!- krzyczę.
- No to, co? A pański Pascal – fizykiem i kimś tam jeszcze. Nie rozumiem, co to ma do rzeczy.
- Pascal nie jest mój, tylko ogólnoświatowy, a różnica polega na tym, że oprócz ogromnego dorobku naukowego, zostawił jeszcze traktat, który od wieków…
- To mówimy o filozofii, czy słowotwórstwie?
I gadaj tu ze ślepym o kolorach! Po raz kolejny milknę w poczuciu bezsilności i z mocnym postanowieniem ignorowania tych wszystkich bzdur i absurdów. Tyle, że jej to zdaje się w ogóle nie przeszkadzać.
- Cóz, filozofia… od tysięcy lat ta sama iluzja- chwyta w garści powietrze, a sypie się confetti… A Mozart, ach- on wiedział! Potrafił nadać kształt temu, co niepojęte, nienazwane. To jest jak bieg po strunie światła, jak ściganie jaskółki w locie. Hesse powiedział kiedyś…- Pan, oczywiście wie, o kim mówię?
Moja mina musi chyba dobitnie świadczyć o absolutnej niewiedzy, bo przystaje skonfundowana, a ja wstydzę się okropnie, choć właściwie niepotrzebnie, bo ona wcale nie ukrywa swojej ignorancji w kwestii silników spalinowych i dziur w ziemi.
- No, przecież Hermann Hesse- TEN Hesse! Ach, cóż to za mądry człowiek! Powiedział kiedyś, że Mozart jako jedyny dotknął nieskończoności. Ma pan pojęcie?! Co za szkoda, że poznałam go tak późno…- wzdycha, coś tam do siebie mamrocze, tak, że nie mogę zrozumieć, czy żałuje tego Hessego, czy też może Mozarta. I dlaczego ta nieskończoność ma być aż tak ważna w naszym skończonym przecież świecie- na trasie A 1 z Włocławka do Gdańska…
PAPUGA - III etap
Jazda po naszych drogach ma tę zaletę, że człowiek bez pudła potrafi rozróżnić strony świata- nawet z zamkniętymi oczami, w gęstym mroku czy mgle. I nie trzeba tu specjalnego zmysłu- wystarczy jęk resorów i stopień zużycia klocków hamulcowych. Wschód i południe mogą wykończyć podwozie i nerwy w przeciągu miesiąca, natomiast im dalej na północ, tym równiej, przyjemniej- niemal luksusowo.
Teraz mam prawie po europejsku, a gdyby jeszcze nie ten piasek pod powiekami, czułbym całkowity komfort. Usiłuję policzyć, ile godzin snu złapałem w ostatnim czasie, ale jakoś niespecjalnie mi idzie i rachunek co rusz urywa się przy sześciu. W dodatku ta denerwująca cisza… Na Punky’ego nie mam co liczyć, bo z natury mało rozmowny, a dzisiaj jeszcze osowiały czegoś. Przyciśnięty do szyby, kiwa się markotnie, jak nie przymierzając wańka- wstańka jakaś. Natomiast ona mogłaby łaskawie odezwać się. Jak nie trzeba, przywali człowieka lawiną słów, a teraz akurat zapadła na niemotę! Co tam, jest jeszcze radio…
- Jak pan myśli, czy Maria Magdalena była naprawdę Świętym Graalem?
Tfu! Nieprzemyślane życzenia muszą oczywiście spełniać się natychmiast!
- U Freuda znalazła pani te rewelacje?
- I… aż tak zajmująco to Freud nie pisał…- Z westchnieniem odkłada grube tomisko.
Zerkam na tytuł. No, tak- bestseller wszechczasów, pomnik masowego czytelnictwa. Jedno mnie tylko dziwi- Głowę bym dał, że nie dalej jak wczoraj tkwiła bez reszty pogrążona we „Wstępie do psychoanalizy”, a wcześniej jeszcze- w jakichś lirycznych strofach. Ha, z pewnością ukończyła kurs symultanicznego czytania albo coś w tym rodzaju… A swoją drogą, to ciekawe proporcje- jedna sukienka na trzy książki. I jaki rozrzut interesujący…
- Czyżby nie podobała się panu ta powieść? Niemożliwe, przecież każdego musi zachwycić taka nieokiełznana fantazja, szaleńcza brawura!
- Nie podobała mi się do tego stopnia, że jej w ogóle nie przeczytałem. Kłopoty ze wzrokiem mają tę dobrą stronę, że człowiek nie musi zaśmiecać sobie głowy kupą irracjonalnych bzdur.
- Irracjonalnych? Chyba nie do końca rozumiem, co pan ma na myśli. Wiem, natomiast, że istnieją ludzie, którzy z zadziwiającą determinacją dążą do odarcia świata z wszelkiej tajemnicy. Niektórym nawet całe życie na to schodzi. Nie sądzi pan, że to dopiero jest irracjonalne?...
Oho, zaczyna się! Na szczęście poznałem już jej zagrywki i tym razem nie dam się wciągnąć w jałową debatę o filozofii Mozarta albo racjonalizmie Freuda czy tego tam…Browna. No, to pomilczymy sobie…
- Dużo jeszcze tego pani ma?- Z tym milczeniem nie do końca mi wychodzi, ale widok kolejnego tomiska wynurzającego się z czeluści jej plecaka przyprawia mnie już o ciężką irytację.
- Skąd, przecież nie jestem atletką! Swoją mam tylko jedną, a resztę wypożyczam. No, co pan tak patrzy? Z biblioteki przecież biorę- w Toruniu, we Włocławku- różnie, jak się trafi po drodze.
- Nie pytam nawet, kiedy pani zdążyła odwiedzić tę bibliotekę, ale jakim cudem wypożyczono pani cokolwiek. Teraz rozdają przyjezdnym? To ciekawe- losowo, alfabetycznie, czy według życzenia?...
Cisza zalegająca w samochodzie jest aż nadto wymowna. Rąbnęła pewnie gdzieś tę książkę i teraz kombinuje, jak wybrnąć z sytuacji. W każdym razie ja jej tego ułatwiać nie będę.
- Z pana to jednak ciężki przypadek hi, hi… miejmy nadzieję, że uleczalny…- Chichocząc, zerka na mnie chyłkiem, ale z wyraźnym zaciekawieniem, jak na jakiś rzadki okaz zoologiczny- Naprawdę nigdy nie korzystał pan z WBbG?...
Moja ignorancja w sprawie WBbG okazuje się faktem tyleż niechlubnym, co brzemiennym w skutki natury werbalnej i pantomimicznej.
Po wstępnym przygotowaniu w postaci niemych wykrzykników, zdumionych spojrzeń i dramatycznie załamanych rąk, zyskuję ogólny pogląd na handel książkami ( który wszak ma w sobie coś z kupczenia ludzką duszą- nieprawdaż?) oraz bardziej szczegółowy wgląd w skandaliczną politykę koncernów wydawniczych. Barbarzyński komercjalizm, ubóstwo tematyczne, fiskalny ucisk- krótko mówiąc- rozbój w biały dzień! Skutkiem tego procederu są pękające w szwach księgarnie i rzesze wygłodniałych, niespełnionych czytelników, którzy książkę mogą sobie pooglądać przez szybę. Ponieważ przyroda nie znosi próżni, w gotową niszę ekologiczną wpasowała się natychmiast Wolna Biblioteka bez Granic (WBbG). Nie wiem tylko, czy za sprawą tejże przyrody, czy może już sił nadprzyrodzonych, w każdym razie- książki teraz leżą na ulicy. Dosłownie! Parapet okienny, jakaś wnęka, stolik kawiarniany, ławka w parku- wszędzie ich pełno, wystarczy tylko wyciągnąć rękę. Największym rajem bibliofilskim są, rzecz jasna, dworce, lotniska oraz wszelkie środki komunikacji publicznej, gdzie spragnieni słowa drukowanego mogą zaspokoić najbardziej wyrafinowane potrzeby- od wzruszeń nad historią szlachcica z Manchy - po obsługę brony talerzowej. Sieć biblioteczna objęła już cały kraj i pewnie z pół Europy, bo nierzadko można spotkać takie rarytasy, jak „Fausta” albo „Opowiadania kołymskie” w oryginale. Jedynym obowiązkiem członka WBbG jest pozostawienie przeczytanego egzemplarza do dalszego użytku w jakimś publicznym miejscu. Wzbogacanie księgozbioru mile widziane, acz niekonieczne…
- Dlaczego pan się tak krzywi? Przecież to cudowny pomysł i genialny w swej prostocie!
Fakt- proste, jak konstrukcja cepa. Sam się nawet zaczynam dziwić, że dotychczas nie wpadłem na to, by pójść na przykład do restauracji – i wypożyczyć sobie książkę. Tym bardziej, że jedyny egzemplarz, z jakim miewam ostatnio do czynienia, to książka wozu.
W ogóle cała ta sprawa przedstawia się bardzo podejrzanie i z daleka trąci zaawansowaną paranoją książkowego mola. Chociaż…, gdyby tak dobrze się zastanowić, to pomysł sam w sobie nie jest wcale głupi. Kto wie?... W każdym razie nie zaszkodzi rozejrzeć się przy okazji po tej bibliotece świata- może i mnie trafi się jakaś interesująca historia…
- Skoro ma pan problemy ze wzrokiem, to może poczytam głośno, co?...
- Obejdzie się.
- Proszę się nie obawiać, to już nie irracjonalne bzdury, które pan tak wnikliwie zrecenzował- ale coś naprawdę wyjątkowego. Najwspanialsza książka, jaka kiedykolwiek napisano! Właściwie nie przestaję jej czytać i, proszę mi wierzyć, za każdym razem odkrywam coś nowego.
A, niech sobie czyta, skoro tak jej zależy, co mi tam! Most w Świeciu minęliśmy, więc przez najbliższe czterdzieści minut pola, lasy i śmiertelna nuda.
-…” W życia wędrówce, na połowie czasu, straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi, w głębi ciemnego znalazłem się lasu…
Całkiem nieźle się zapowiada, tylko ten język jakiś dziwaczny i powykręcany. Nie można by tak po prostu- że facet zabłąkał się nocą w obcym terenie? Zwyczajna rzecz, choć raczej nieprzyjemna…Acha, to zdaje się do rymu leci…
…No, no, ależ człowiek miał fart! Lew, pantera i wilczyca na dokładkę- niezła kompania. Dziękuję za takie spotkanie! Z dwojga złego wolę już towarzystwo, które mam…
- …że rozdział dóbr jest niesprawiedliwy, to wstyd dla świata i każdy człowiek uczciwy…
A to, co znowu?! Na Marksa się przerzuciła? Nie, tamten przecież prozę uprawiał…- Zwalniam wytrącony z rytmu i zerkam na moją lektorkę, która najwyraźniej skończyła tę swoją opowieść, bo siedzi wyprostowana ze wzrokiem wbitym w okno. Biegnę za jej spojrzeniem…
- O, nie! Niech pani nawet nie próbuje!
- Przecież nic nie robię, tylko tak sobie głośno rozważam różne aspekty społecznej niesprawiedliwości. Na książki stać tych, którzy ich nie potrzebują, samochodami też jeżdżą na ogół młodzi, zdrowi i szczęśliwi, podczas gdy ktoś inny dreptać musi w znoju, uginając się pod brzemieniem….
#
- Zapadła?- Niemożliwe, taka miejscowość nie istnieje! W każdym razie na mapie.
- E, tam, panie, mapy są od tego, żeby ludziom w głowach namieszać, a bez tego i tak przecież każdy trafi do domu.
Staruszeczka z całą pewnością nie przekroczyła jeszcze sześćdziesiątki i w ogóle okazuje się zadziwiająco dziarska jak na brzemię, które miało ją do ziemi przygniatać. Zażywna jejmość, mówiąc oględnie, a trafniej- baba jaj rzepa. Bez jednego stęknięcia wtaszczyła do furgonetki mocno pokiereszowany rower, za rowerem dwa solidne toboły- a to wszystko w tempie ekspresowym, oganiając się od pomocnych rąk Ali, jak od muchy uprzykrzonej.
- Gdzie tam panienka poradzi takie ciężary, rączki przecież jak u dziecka! Ale Bóg zapłać za dobre serce.- Zagarnąwszy szerokim ruchem obfite fałdy odzieży, klapnęła w końcu na siedzenie z widoczną ulgą- Uff, ale też żar dzisiaj…
Pewnie, gdybym maszerował po szosie w pełnym słońcu ubrany w pół tuzina kiecek, też bym się spocił. Dobór damskiej odzieży to kwestia tak zawikłana, że nawet nie będę próbował jej zgłębiać, natomiast, co do miejscowości…
- Jest pani pewna, że tędy?...
- Panie, przecież wiem, gdzie mieszkam! Tak jak mówiłam- na tej krzyżówce w lewo, potem ze trzy kilometry drogą w las, a dalej to już pokażę.
Świetnie się zapowiada! Dobry kwadrans minął, odkąd zjechaliśmy z głównej szosy i jak tak dalej pójdzie wylądujemy w środku Borów Tucholskich, albo w ogóle gdzieś pod Szczecinem. Nie ma co- po drodze! Znowu, cholera, dałem się wpuścić w kanał!
- Że też pani ma siłę robić taki szmat drogi…- głos nabrzmiały troską należy oczywiście do Ali, która zdaje się w ogóle nie dostrzegać położenia, w jakie wpakowała mnie… i siebie przy okazji.
- E, nie taki kawał- normalnie, na skróty we dwa różańce obracam, tylko dzisiaj taki pech. Najpierw cukru w domu zbrakło, potem okazało się, że nasz gees na trzy spusty zamknięty, a na koniec ten szalony motor… Bo, to, proszę państwa, ludzie teraz jak wariaty jeżdżą. Śmierć własną jeden z drugim goni, czy co? Na rowerze to już pewnie krzyżyk postawić muszę, a tu jeszcze w domu taki huk roboty…
Kobieta snuje jakąś dłuższą opowieść o gospodarskich frasunkach, Ala słucha wyraźnie zauroczona, a ja modlę się o stan resorów i opieszałość służb leśnych- o ile takowe służby w promieniu 100 kilometrów w ogóle funkcjonują. Cywilizację zostawiliśmy daleko w tyle, zielone sklepienie coraz szczelniej zamyka się nad głowami, a wyboista droga przeszła już w leśny dukt. W tej sytuacji mandat mam zagwarantowany i coś mi mówi, że nie jest to jeszcze najgorsza ewentualność….Wszelki duch Pana Boga chwali, a to co znowu za dziwo?!
- Dobrze, panie, dobrze- teraz prosto i już w domu jesteśmy.
- Jak to prosto? W tę stodołę mam wjechać?
- Z pana to dowcipny człowiek, pożartować lubi. Przecież wiadomo, że nikt rozumny stodoły w lesie by nie stawiał. To nasz świadek.
Z moich doświadczeń wynika, że jest to dokładnie stodoła, ale niech jej tam będzie świadek. Inny problem mam na głowie. Przy hamowaniu coś mi paskudnie stuknęło i jeśli to jakaś grubsza awaria, perspektywy rysują się, doprawdy, obiecująco!
Przegląd samochodu- pobieżny z konieczności- nie wykazuje jednak żadnych widocznych usterek, więc pora wynosić się stąd jak najszybciej, nie kusząc łaskawego losu. Szczęśliwie nasza pasażerka jest chyba podobnego zdania, bo wygramoliwszy się na zewnątrz, zmierza w kierunku owego świadka. Kimkolwiek on by nie był, posiada strzechę, front i boki zbite z mocno zmurszałych desek oraz wrota, przy których rozpoczyna się właśnie osobliwy rytuał. Oddawszy cześć deskom, kobieta czyni pokłon ku wschodowi i kolejnym stronom świata- a to wszystko przy akompaniamencie śpiewnych zaklęć i mamrotań jakichś. Widok jest tak niecodzienny, że nie tylko nasza dwójka, ale nawet Punky zamiera z rozwartym dziobem w oczekiwaniu na samoistne rozwarcie tego sezamu. Wrota jednak pozostają niewzruszone, ale dźwięk głosu dochodzi nieco wyraźniej:
- …od głodu, ognia, powietrza…zachowaj…i na wieki wieków… To jest Świadek Czasu Zarazy- Kobieta unosi głowę, jej sylwetka zdaje się jakby prostsza, smuklejsza- wręcz wyniosła, a przytłumiony dotychczas głos nabiera wysokich, czystych tonów:
- Dawnymi laty strony nasze nawiedziła morowa zaraza. I nie było skrawka tej ziemi, do którego Anioł Pomoru by nie zawitał. A kędy jeno wstąpił, śmiertelna gorączka na wszelkie żywe stworzenie padała, nie czyniąc różnicy między parobkiem a gospodarzem, starcem a dzieciątkiem ledwie powitym- bo przed śmiercią wszyscy my równi jesteśmy. I nie było domu jednego, w którym by płacz wielki nie powstał. Nawet słońce zdawało się na wieki zgasłe, bo nad temi lasami jeno czarny słup dymu się wznosił od gorejących stosów bydlątek padłych i wszelkiego inwentarza gospodarskiego. A i ludzi nie szło godnie, po bożemu chować, jeno w dół wapienny wszystkich pomarłych wrzucali- tak że po dziś dzień za wsią pagórek z temi ludzkimi szczątkami stoi…
Kobieta milknie na chwilę z twarzą ściągniętą wyrazem udręki, jakby ta pamięć czasów dawno minionych wciąż jeszcze moc taką miała, by smutek i ból powodować.
- Strefa zapowietrzona tu wszędzie była, a jej kraniec ten las wyznaczał. Kto jeszcze żyw we wsi budować zaporę ruszył przeciw zarazie, by żaden w pomroce gorączki w las nie poszedł, a i by przybysz jaki na tę ziemię naznaczoną nie postąpił. Naprzeciw śmierci my ten dom postawili, wapnem wysypali, a i proboszcz świętymi wonnościami z wieczora okadzał, by chorobę i złe powietrze odpędzić….
No, to już całkiem rozsądne zabiegi higieniczne- myślę, kierując się chyłkiem do samochodu, bo ta opowieść, choć przejmująca i ciekawa, zbyt długo się już ciągnie. Czas przecież goni i wcale mi się nie uśmiecha błądzenie w tych ostępach po zachodzie słońca. Trącam dyskretnie Alę, lecz ta nawet nie drgnie zasłuchana w ciąg dalszy historii.
-… Co rano u tych wrót my znajdywali a to chleba parę bochenków i skopek mleka, a to worek mąki czy nawet gąskę jaką przez litościwe ludzkie ręce ostawioną, by naród cały na zatratę nie poszedł.
Aż nastał dzień, że nasycona krwawą ofiarą, zaraza precz poszła. Wtenczas wieś cała uradziła ten dom zarazy ostawić, by przez wieki dawał świadectwo klęsk naszych, a też i ludzkiej dobroci i Opatrzności Bożej, co nas od śmierci ustrzegły…
- Szczególnie ta ostatnia się spisała, posyłając najpierw pół wsi do piachu…- Psia krew, nie chciałem! Z zasady daleki jestem od krytykowania ludzkich przekonań, nawet, jeśli trącą głębokim średniowieczem. Wyrwało mi się jakoś tak mimo woli i pewnie teraz nieźle oberwę od tej mądrali… Jednak, prócz lekkiego drgnięcia, żadnych gwałtownych objawów nie dostrzegam, przeciwnie- obraca się powoli, jakby niechętnie.
- Myślę, że bez śmierci, to i życia by nie było…
- Co prawda, to prawda- podchwytuje kobieta i uchyliwszy skrzydło wrót, dodaje rzeczowym tonem- Jak państwo przejadą przez wieś, to zaraz asfalt będzie. Droga dłuższa, ale też i błąkać się po lesie nie potrzeba.
Ach, jest więc i asfalt! To może ktoś mnie oświeci, po jaką cholerę tłukliśmy się tyle czasu po tych bezdrożach! Z wyjaśnieniem nikt się nie kwapi, więc ruszam wolno przez tę stodołę otwartą na przestrzał, by po chwili znaleźć się już w odkrytym terenie. Poszycie leśne stopniowo ustępuje miejsca soczystej trawie, a dukt przeistacza się w zwykłą polną drogę między dwoma łanami żyta. Dobre to zboże, choć niewybujałe- widać cała siła nasienia w kłos poszła- dorodny, pochylony już od napęczniałego ziarna. Pewnie zaraz zbierać będą…
Sama okolica tyleż malownicza, co typowa, a jedyne, co dziwić może- to nadzwyczajna obfitość jarzębin. Zwartym kręgiem otaczają dolinę jak amazonki strzegące ziem ludziom przynależnych przed zakusami leśnego żywiołu. Inne, na miedzach i wzdłuż drogi posadzone, pysznią się dorodnym kształtem i obfitością korali lekko już przyrumienionych w lipcowym słońcu.
Nareszcie i wieś się wyłania, a ja nie mogę się oprzeć przykremu uczuciu zawodu. Chyba za sprawą sugestywnej nazwy i tego zmurszałego Świadka podświadomie oczekiwałem jakiegoś skansenu, zapadłego przysiółka rodem z płócien Chełmońskiego – tymczasem po obu stronach szerszej już teraz drogi rozsiadła się całkiem spora wieś. Tak, rozsiadła się- jak rumiana, syta gospodyni wodząca rozmiłowanym wzrokiem po dostatnim obejściu.
Spod zielonej plątaniny gałęzi przebłyskuje tu i ówdzie czerwony gont, czasem dach kryty nowomodną kolorową blachą, a tylko miejscami wyziera czarna plama smołowanej papy. Wszechobecny niegdyś eternit dawno tu poszedł w niepamięć, a strzecha to pewnie rodzaj artefaktu, który zostawiono przez sentyment na leciwym Świadku spod lasu. Nawet droga, choć zwyczajna- chłopska, szeroka jest na trzy przynajmniej wozy, a jej pobocza kostką brukową wyłożone. Nie taką wieś pamiętam…
…Do mojego domu idzie się bardzo długo. Najpierw trzy kilometry rozgrzanym asfaltem, w którym czasami grzęźnie się jak w błocie, potem krętym duktem przecinającym las i nareszcie- piaszczystą ścieżką aż pod sam dom. Tę ścieżkę lubię najbardziej. Lubię gorący dotyk żółtego piasku, zapach świeżo zoranej ziemi niesiony wiatrem od pól i na końcu czarną, sylwetkę z ręką przesłaniającą oczy od jaskrawego słońca…
- Proszę się obudzić, proszę się obudzić! Jesteśmy już prawie na miejscu!
Czy ona naprawdę musi tak krzyczeć? W dodatku głupstwa jakieś. Jadę przecież spokojnie… O, cholera, stoję- zagonie kapusty! .Pierwszy raz coś podobnego mi się zdarza.
- Absolutnie nie mogę pozwolić, by w takim stanie siadał pan dziś za kierownicę. To jest wykluczone!
Chyba ma rację. Kiepsko ze mną być już musi, skoro w biały dzień opadają mnie jakieś idiotyczne zwidy… Przecież ten piasek wcale nie był żółty, tylko brudnoszary, droga uciążliwa i nudna i nikt nigdy na mnie nie czekał…
#
- Jasiek z ojcem to gdzie?
- Jasiek krowy zagania, a tata poszedł z innymi do lasu wybranej szukać- odpowiada kudłate stworzenie o cal nawet nie zmieniając pozycji obserwacyjnej. Tkwi tak już dobrych dziesięć minut, ze wzrokiem wbitym w maskę samochodu.
Punky, świadom uczynionego wrażenia, zdążył już wyczerpać cały zasób wdzięków, więc również zamarł- zaniepokojony bezruchem widowni. Sterczą tak naprzeciw siebie z wyrazem obopólnej fascynacji- biała papuga i czarny Potarganiec.
- …Orzeł!- pada w końcu definitywne rozstrzygnięcie.
- Julka, nie stój jak kołek w płocie, tylko nalej państwu mleka!- Gospodyni pojawia się na progu z glinianym dzbankiem w ręce- No, co ty papugi nie widziałaś?
- Papugi mają kolorowe pióra, a to jest orzeł biały- pada rzeczowa odpowiedź-…Jak na naszym godle.
Punky, podejmując niełatwe wyzwanie, skacze na dach samochodu, rozpościera skrzydła i zastyga w malowniczej pozycji. Komediant!
- Prawda, proszę pana, że to jest orzeł?- Stworzenie błagalnym tonem szuka u mnie potwierdzenia.
- Punky może być, kim zechce- zapewniam skwapliwie, ignorując morderczy wzrok Ali- Niewykluczone, że nasi przodkowie projektując godło, właśnie jego mieli na uwadze.
- Chodź, Jula, wszystko ci wytłumaczę.- Ala chwyta małą rączkę i, pokazawszy mi język w przelocie, odciąga dziecko w zaciszny kącik pod płotem. Historia szeptana do ucha musi być naprawdę fascynująca, bo zasłuchane stworzenie spija każde słowo z jej ust, od czasu do czasu podskakując z okrzykiem zachwytu. Potem, w najlepszej już komitywie wędrują po obejściu - Punky, Ala i jej pomniejszony klon u boku.
Nie wędrują – nurzają się w wspaniałościach. A wspaniałe jest wszystko- od obory poprzez stajnię aż po mieszkańca budy w rogu podwórza. Ten ostatni z roli psa łańcuchowego nie wywiązuje się najlepiej, chyba, że owe piski i wdzięczne lansady uznać za jakiś wyrafinowany rodzaj agresji.
Kolejny atak entuzjazmu wywołuje „niezgłębiona otchłań”, której obejrzenia odmawiam jednak stanowczo.
- Dziękuję, kilka studni zdarzyło mi się widzieć w życiu.
- Ależ to niewiarygodne przeżycie! I nawet gwiazdy, słyszy pan, gwiazdy można tam zobaczyć na dnie!
Jasne, zielone ludziki również…
Nie lubię wsi i tych jej charakterystycznych woni, gdakanie kur mnie denerwuje a kwaśne mleko przyprawia o odruch wymiotny .Jednak przyznaję, że to życie może też mieć i swoje dobre strony. Jak teraz- gdy siedzę sobie pod rozłożystą czereśnią szczelnie otulony jej głębokim cieniem- i mam w nosie cały ten zgiełk i zaduch świata. Nie potrzebuję nawet okularów (które i tak gdzieś się zapodziały), bo światło przefiltrowane przez grubą warstwę zieleni nie może wyrządzić mi żadnej szkody. Gdyby tak pobiec jeszcze po tej łące, zanurzyć nogi w strumieniu…
… Pędziłem boso po porannej trawie na wyścigi z tym wariatem Mikim, który towarzyszył mi nieodmiennie w najdzikszych eskapadach. Pokrzywy chłostały po gołych łydkach, upchnięte za pazuchą jabłka krępowały ruchy, ale i tak udawało mi się zmylić pogoń, nie tracąc nić z cennego ładunku. Czym jabłka z sadu Piotrowskich różniły się od naszych papierówek- nie mogę sobie przypomnieć. Musiały mieć jednak szczególną zaletę, skoro warto było dla nich ryzykować połamaniem rąk, nóg i oczywiście- wieczorną awanturą z powodu zawieruszonych gdzieś butów. Wieczór był jednak daleko, a póki co- istniało słońce cudownie roziskrzone w mokrych liściach jabłoni i powietrze nabrzmiałe słodkim aromatem dojrzałych owoców.- Mój grzech pierworodny- konsumowany z bezwstydnym zapałem w trawie nad rzeką…
Potem godzinami taplaliśmy się w wodzie, wywrzaskując światu niepodważalne racje o wyższości wakacji nad wszystkim innym, a wszystkiego innego nad poziom umysłowy krów, które w swej tępocie zawsze musiały rozleźć się w nieznanym kierunku. Boże, jaj ja wtedy potrafiłem się śmiać!...Ostatnio w starych szpargałach natknąłem się na pewną fotografię. I gdyby nie znajome tło, nigdy bym nie zgadł, że uwieczniony tu obiekt może mieć ze mną coś wspólnego. – Kostropaty wyrostek o cielęcym wejrzeniu, z uśmiechem obnażającym prostotę ducha i liczne braki uzębienia.
To zdjęcie zrobili studenci, którzy tamtego roku rozbili obóz w naszej okolicy. Pamiętne lato, kiedy w ciągu jednego miesiąca zaliczyłem skrócony kurs nauk o Ziemi, a droga przebyta na trasie do kamieniołomu i z powrotem równała się chyba obwodowi globu. Jednak te moje nasiadówki w skalnym rumowisku niewiele miały wspólnego z urokiem pokładów kambryjskich czy magmowych intruzji- żywe obiekty przykuwały znacznie większą uwagę. To był zupełnie inny świat, jakaś kosmiczna cywilizacja długowłosych i niebieskonogich istot. – Dziewczyny z piskiem uciekające od jałówki, chłopaki uzbrojeni w czarne okulary i papierosy o dziwnym, nęcącym zapachu, opalacze, które absolutnie niczego nie zakrywały i błękitne spodnie nieziemsko opinające pośladki… Świat, o magicznej sile przyciągania- tajemniczy i zachwycający…
Najwspanialsze jednak były wieczory, gdy rozżarzone iskry błąkały się po niebie jak okruchy spadających gwiazd, a powietrze nasycone tysiącem dźwięków i woni przyprawiało o zawrót głowy i łomotanie serca. Żywiczny aromat sosnowych gałęzi, skwierczenie kiełbasy nad ogniem, śpiewy przy wtórze gitary i śmiechy niosące się hen po rzece aż do białego rana. Złaziło się wtedy narodu z całej okolicy. Przyjeżdżali nawet chłopaki z Rzepina, chociaż Rzepin to miasto i nie takie rzeczy można tam zobaczyć. Prychali tylko, wzruszali ramionami, ale po kryjomu każdy chyba podkradał z namiotów te papierosy, przymierzał czarne okulary i stroił miny do lusterka z Bardotką…Tylko w domu nie mogłem się później opędzić od lamentu i utyskiwań, że: wstyd i obraza boska, że rozpustniki, czupiradła miastowe…
- Ojej, wspaniałe! Koniecznie, ale to koniecznie muszę spróbować!
Czy ona naprawdę musi robić tyle zamętu? Zastanawiam się, jakim cudem jedna nieduża osoba jest w stanie wygenerować tyle energii. To przeczy wszelkim prawom fizyki! Już chyba zdążyła zawrzeć sztamę z kurnikiem i zagłaskać na śmierć nieszczęsnego cielaka, a teraz rusza ku większym wyzwaniom. Ha, będzie widowisko- popatrzymy sobie…Łuup!- No, właśnie, ciekawe, co teraz…
- Proszę pani, to trzeba inaczej! Ja tu potrzymam, a pani walnie. Tylko nie tak mocno. I Punky niech się odsunie.- Stworzenie zwane Julką ma zdaje się więcej oleju w głowie, niż Ala ze swym Punkym do kupy wzięci. Jednak masakra i tak wisi w powietrzu.
- Jeżeli ma pani kaprys odrąbać sobie rękę- proszę bardzo, jednak dziecko radziłbym oszczędzić- Chwytam siekierę, zanim ta nieodwołalnie utkwi w czyjejś kończynie.
- Oj, pan zawsze musi popsuć zabawę. Poradzę sobie, przecież do tego nie trzeba specjalnej filozofii!
- Filozofii może nie, ale odrobina rozumu by się przydała…
- Mądrala! Ciekawa jestem, jak pan się do tego zabierze.
Też jestem ciekaw, bo całe wieki nie rąbałem drzewa, ba- nawet siekiery nie trzymałem w ręku…
…No, proszę- widocznie to jedna z tych rzeczy, których się nie zapomina. Siły, co prawda już nie te i brak wprawy, ale i tak całkiem nieźle chyba mi idzie. Prawda, że drewno wyjątkowo dobre, ładnie podsuszone i na upartego można by je nawet na wykałaczki pociąć…
Strużki potu zalewają mi oczy, koszulę można już chyba wyżymać, ale wcale mi to nie przeszkadza. Przyjemnie jest tak od czasu do czasu zająć się jakąś nieskomplikowaną robotą. Podoba mi się taki wysiłek, automatyzm ruchów i nawet ból w ramieniu, który zaczynam odczuwać- bo ten pot i zmęczenie więcej mają z całodziennej wędrówki po górach, niż z uciążliwej pracy. Uff…może jednak wystarczy…
- Patrzcie, państwo, jakich to pracowitych gości los nam nadarzył!- Wychylona przez okno gospodyni obejmuje rozbawionym spojrzeniem stertę polan równiutko ułożonych pod ścianą komórki i stos piętrzący się u moich nóg.
- Coś mi się wydaje, że z pana to chłopski syn.
Ano, chłopski…
#
Ten zapach jest nie do wytrzymania! Źle zrobiłem rezygnując z pokoju, czystego łóżka, łazienki i pozostałych wygód zaoferowanych z taką gościnnością. Zapomniałem już, że siano może aż tak pachnieć… Zapomniałem też o natręctwie owadów, skrzypieniu łańcucha u studni- tych wszystkich szelestach i chrobotach, które skutecznie odpędzają resztki snu. Przebrzmiałe dźwięki, zwietrzałe zapachy…
… Tego roku babcia gderała wyjątkowo dokuczliwie, Miki zdechł ze starości, a ja utraciłem sen. Nocą, gdy wynosiłem pierzynę do sadu, długo nie mogłem zasnąć od cykania świerszczy, kręcącego w nosie zapachu skoszonej trawy i wspomnienia tamtych spodni- tak obcisłych, że zdawały się stanowić integralną część człowieka. Nie mogłem tak zasnąć przez wiele innych nocy. Nawet, gdy cała wieś wtulona w głębokie zaspy, zapadała w zimowy letarg, ja czuwałem- wpatrzony w tamten lipcowy krajobraz, skąpane w słońcu dziewczyny i chłopaków. Ślęczałem nad książkami ładując do głowy wiedzę, która pomieścić się tam absolutnie nie chciała. Potem wkuwałem do egzaminów, brnąłem przez zaliczenia i kolokwia wiedząc, że odzyskam mój utracony sen dopiero wtedy, gdy sam założę takie właśnie dżinsy.
Lata przychodziły i odchodziły, wraz z nimi przemijały mody, chłopcy z sąsiedztwa zdążyli już wskoczyć w skórzane motocyklowe kurtki, a we mnie wciąż tkwiły one- uciekające od krów, tańczące przy ognisku- spodnie znad naszej rzeki…
Dzisiaj chyba już nikt nie jest w stanie tego zrozumieć. Ani dzisiaj, ani wtedy. Przecież ona też nie rozumiała. Szczególnie w ostatnich miesiącach, kiedy opadło ją to dziwaczne zobojętnienie.
Podobno całe dnie spędzała w ogrodzie, przedkładając towarzystwo zdziczałych jabłonek nad sąsiedzkie kontakty. Widywano ją też, jak wieczorami krzątała się po pustym obejściu przywołując dawno zapomniane imiona- zwierząt i ludzi, którzy odeszli.
Mówili, że do drugiego świata przechodzi, bo utrata ziemi i brak zajęcia dla rąk rozum, jakoby, i siły życiowe mają z człowieka wysysać. Głupie ludzkie gadanie! Jakby przywileje emerytalne – ta odrobina spokoju na stare lata, mogła komu krzywdę wyrządzić. Strata też niewielka- raptem kawałek lichego gruntu, którego i tak nie miał kto obrabiać.
- Czy coś jej dolegało- nie wiem. Ludzie na wsi rzadko chorują, a jeszcze rzadziej odwiedzają lekarza. Widziałem ją wówczas parokrotnie i sądzę, że spostrzegłbym jakieś niepokojące objawy, gdyby takowe istniały. Zawsze drobna, skurczyła się jeszcze bardziej, mocno pochyliła, ale przecież to normalne – Starość w ogóle nie jest ani wesoła ani estetyczna… Nie sądzę, by chorowała- zgasła po prostu jak ten stary piec, przy którym ją znaleziono..
Wiadomość o śmierci nadeszła akurat w samym środku sesji letniej. W umysł spętany siecią polimerów i frakcji węglowodorowych wdarł się nowy, zaskakujący czynnik. Paczki!- regularnie, co miesiąc przychodzące pudła ze smalcem, kiełbasą i ciepłymi skarpetami, których już nie będę musiał po kryjomu odbierać i bez rozpakowywania wyrzucać. Ta śmierć ostatecznie uwolniła mnie od przesyłek z upokarzającą zawartością, kłopotliwych kwestii opału na zimę, przeciekającego dachu i ostatniej krowy, którą należało sprzedać. Łapczywie pochwyciłem tę wolność- nieograniczone prawo do zdobyczy świata i noszenia dżinsów na miejski sposób.
… Może jednak niektórzy rozumieją. Czasami ich spotykam- w cudzych butach, garniturach skrojonych na obcą miarę- rozpaczliwie wołający o akceptację- zawsze obcy, zawsze nie swoi….
#
- Przyznać się do własnej niewiedzy to żaden wstyd…- Ala, oblizawszy starannie łyżeczkę, sięga bez skrępowania po następny słoik konfitur. No, tej to wstyd rzeczywiście nie jest znany!
- Choć, z drugiej strony, zastanawia fakt, że pan- taki ekspert od geografii gospodarczej, nigdy nie słyszał o tutejszym Zagłębiu.
Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek zgłaszał pretensje do tytułu eksperta w tej akurat branży, ale zaczepkę ignoruję. Najedzony i umyty człowiek nabiera dystansu do rzeczywistości tak, że nawet brak snu i głupie docinki nie uwierają zbyt dotkliwie. Ha, trzeba przyznać, że nieźle tutaj karmią…
- My, proszę państwa, specjalnego rozgłosu nie szukamy, bo nasz towar sam się reklamuje. Do tego stopnia, że popytu w żaden sposób nie idzie zaspokoić, chociaż moce przerobowe o sto procent zwiększyliśmy w tym roku.- Kobieta, której imię umknęło mi w zamęcie powitań, prezentacji i grzecznościowych formuł, z nieskrywaną dumą prezentuje nam kolejne pomieszczenie gospodarcze. Pomieszczenie gospodarcze- dobre sobie! Toż to istna fabryka! Po suszarni i chłodni- linia produkcyjna jarzębinowych specjałów. Dżemy, galaretki, konfitury piętrzą się na metalowych regałach w końcu sali, opakowane, opieczętowane znakiem firmowym- gotowe do dystrybucji. Przedsiębiorstwa w pełnym rozruchu obejrzeć nie mamy szczęścia, bo akurat trafiliśmy na okres przestoju.
- Dzisiaj zamykamy sezon- fakt ten nasza rozmówczyni komunikuje uroczystym tonem, który akurat niespecjalnie dziwi. Ostatecznie, nawet bez tych dodatkowych zajęć, w gospodarstwie o tej porze huk roboty. Sam obrządek ładnych parę pacierzy zajmuje, a tu kartofle jeszcze nieukopane, pomidory trzeba znów podwiązać, bo śmignęły w górę jak topole. Zanim się obejrzysz- już południe i o obiedzie czas myśleć. Tymczasem żniwa tuż tuż, a jeszcze łąka woła wielkim głosem o drugie koszenie. Eh, choćby człowiekowi jeszcze ze dwie pary rąk urosły, i tak będzie mało…
- I nasza największa specjalność…- Kobieta uchyla drzwi, a ja już bez dodatkowych objaśnień potrafię przewidzieć, co za nimi czeka. O ile mój nieszczęsny wzrok płata czasami figle, o tyle zmysł powonienia z całą pewnością mnie nie zawodzi. Niesamowite! Przy czym zdumiewa nie sam pospolity fakt istnienia bimbrowni, co rozmach całego przedsięwzięcia.
- Imponująca kolumna destylacyjna lśni blaskiem chromowanej stali, dalej dwie ogromne kadzie wyposażone w szereg wskaźników, całkiem chyba zautomatyzowana linia rozlewnicza i parę innych urządzeń, których przeznaczenie tylko mogę odgadywać. O dziele przypadku, czy kaprysie sił natury, mowy być tu nie może, bo cały ten proces kontrolowany jest przez umysł wyższego rzędu w postaci komputera, którego pulpit błyszczy najeżony tuzinem przycisków i lampek kontrolnych. Profesjonalizm i higiena na każdym kroku.
- Ma Łącko swoją śliwowicę, ma Zapadła swój jarzębiak. Tyle, że nasz trunek markowy- Certyfikatem Unijnym opatrzony jako wyrób regionalny- prawi z wyraźną dumą, obejmując gospodarskim wzrokiem cały ten imponujący dobytek- Śmiało, częstujcie się państwo- Podtyka nam butelki szlachetnego trunku- To końcówka ubiegłych zbiorów- a dobry to rocznik, oj, dobry…
Obdarowani naręczem miejscowego rękodzieła zmierzamy w kierunku domu, który już od progu wita nas kolejną atrakcją.
- Ależ babuniu, usiądź sobie i odpoczywaj- pozmywałam naczynia i zaraz je wytrę!- Powiewając ścieką, Julka dopada sterty talerzy. W ogóle ta dziewczyna w ciągu paru godzin przeszła niesłychaną metamorfozę. Odziana w śnieżnobiałe spodnie, takąż bluzkę i równie nieskazitelne adidasy, w niczym nie przypomina umorusanego oberwańca z podwórza. No, prawie- jej włosy pozostały w stanie niezmienionym, choć i one noszą ślady nieskutecznych prób okiełznania. Podczas obiadu zachowywała się jak kandydatka na wzorzec grzeczności w Sevres pod Paryżem, a teraz jeszcze i to…
- I podłogę też umyję!- oznajmia z determinacją, osaczając matkę w drzwiach tym zdumiewającym wyzwaniem.
- E… przesadziłaś…- Za to jej starszy brat, Jasiek, nie odbiega od standardów nastolatka: dżinsy, podkoszulka, przerost kończyn i głos oscylujący w zakresie od dudniących basów po sopran koloraturowy. Apetyt też w normie. Gdy wychodziliśmy rozpoczynał degustację domowych wypieków, którą to czynność niezmordowanie kontynuuje po chwilę obecną. Rozmiar dokonanych spustoszeń odbiera mi wszelką nadzieję na jeden choćby kęs drożdżowego ciasta z kruszonką, które tak apetycznie rumieniło się na stole.
Tymczasem między dorosłymi trwa chaotyczna wymiana spojrzeń pełnych niemej trwogi.
- Upał jej mógł zaszkodzić…- Ostrożnie podejmuje gospodarz, ojciec i leśniczy w jednej osobie, którego już mieliśmy okazję poznać w trakcie obiadu.
- Julka, dziecko, co się stało?- Matka zatroskanym spojrzeniem wodzi za dziewczynką, która uwija się po kuchni niczym fryga.
- Nic się nie stało, tylko ona chce dzisiaj opowiadać.- Oświadczenie Jaśka ma potężną moc rażenia, bo populacja dorosłych zgodnie opada na krzesła- zgodnie milknąc.
- A, pewnie, że chcę! Nie po to wkuwałam cały rok, by teraz słuchać, jak inni gadają!
- Ależ ty za mała jesteś, nie poradzisz sobie…
- A Jasiek to mógł? Albo Zośka od Maciaszków w zeszłym roku?
- Oni przecież dużo starsi…
- och, mamusiu złota, poradzę sobie, poradzę! Jasiek to wie najlepiej, a i ksiądz proboszcz może zaświadczyć. Sam do babci przecież mówił, że jakbym tak samo dobrze katechizm znała, tobym nie tylko do komunii, ale i do bierzmowania od razu iść mogła, acha! Prawda, babuniu? No, obiecałaś przecież…
- Niby prawda…
Nie ogarniam istoty tego konfliktu pokoleń, pojmuję jednak, że pod wpływem stanowczych dziecięcych perswazji wola dorosłych zaczyna się giąć.
- Zaraz, chyba ja też mam tu coś do powiedzenia? Uważam, że Julka jest stanowczo zbyt młoda. Może w przyszłym roku..- Ojciec, rzucając na szalę swój autorytet, chyba nie do końca rozważył ewentualność porażki.
- Tere fere! – Julka staje pośrodku kuchni , buntowniczo chwytając się pod boki- Dziadek wcale tak nie uważa, a to on mnie wszystkiego nauczył!
Nie wiadomo co przesądza o sprawie- waga ostatniego argumentu, czy donośne pukanie, które rozlega się znienacka.
- A, róbcie sobie, co chcecie!- Gospodarz macha ręką kierując się ku drzwiom.
Nie mam zbyt wiele czasu na roztrząsanie podłoża rodzinnego sporu, bo oto dom nawiedzają pierwsi goście. I nie ostatni, jak się wkrótce okazuje. Wraz z ich napływem nastrój ulega radykalnej zmianie. Pojawia się nowy kontyngent ciasta skrzętnie dotychczas skrywany przez zapobiegliwe gospodynie, w ruch idzie dzbanek z herbatą, a gwar rozmów nasila się do poziomu rozbrykanego ula na wiosnę. Mimo woli ulegam atmosferze ekscytacji i ożywionego wyczekiwania, choć przyczyn tego nastroju zupełnie pojąć nie mogę.
- Dzisiaj Julka ma swój dzień.- słowa gospodyni ucinają w jednym momencie wszystkie rozmowy i zaciekawione spojrzenia zebranych koncentrują się wokół stołu. Tam bohaterka wieczoru mości się przez chwilę układając fałdy wyimaginowanej spódnicy i, złożywszy ręce na podołku wzorem starych gospodyń, zamiera w dostojnej pozie. Tylko nóżki majtające spoza blatu psują ogólne nobliwe wrażenie.
- Działo się to przed wiekami, kiedy we stolicy Dobry Marszałek sprawiedliwe rządy pełnił. W owe dni ciszy ziem naszych nie mącił żaden rozgwar, a spokojności siedzib ludzkich strzegł bór ten odwieczny, wioskę naszą otulający ramionami jak matka ukochane dziecię swoje. Lata to były pokoju i szczęścia pełne, a tylko niekiedy zwierz jakiś dziki nazbyt śmiało się zbliżył strach w sercu obudziwszy, albo na drodze turkot cygańskiego wozu się rozszedł, z którym wieści z dalekiego świata postępowały.
Razu jednego w ubogiej chacie na skraju lasu, przyszło na świat dziecko niezwykłe. Mateusz mu na chrzcie świętym dali, ale w ludzkiej pamięci pod całkiem innym imieniem się zapisał…
Dziwacznie brzmią te słowa w zestawieniu z cienkim głosem osóbki, na szyi której medalik zajmuje równoprawne miejsce z odtwarzaczem mp3. Ostry dysonans, którego jednak nikt poza mną chyba nie dostrzega. Rozglądam się wśród słuchaczy tak licznie już zgromadzonych, że obszerna kuchnia ledwo pomieścić ich może. Część skupiona przy stole, inni wokół ścian pousadzani, a w drzwiach wciąż nowe sylwetki napływających gości. – Różnorodne to twarze- stare i całkiem młode, surowe i rozjaśnione łagodnym wejrzeniem- ale wszystkie teraz skupione w uroczystym milczeniu jak podczas najświętszej liturgii jakiejś. Czasem tylko ten i ów przytwierdzająco kiwnie głową, a inny bezgłośnie poruszy ustami powtarzając słowa najwyraźniej dobrze sobie znane i sercu bliskie. Słowa skamieliny. Przywołane do życia odpryski dawno minionych czasów wznoszą się uroczyście w świetle elektrycznej lampy, by za moment znów osiąść w kącie między lodówką a kuchenką mikrofalową.
Po raz kolejny obserwuję dziwne zjawisko wśród tutejszych ludzi, którzy znienacka porzucają codzienną mowę dla jakiejś osobliwej językowej maniery. Przywodzi to na myśl splątanie dwóch rzeczywistości, z których jedna zadowala się powszednim komentarzem, zaś druga wymaga słów podniosłych, jakby sczytywanych z jakiejś pradawnej, na moment uchylonej księgi.
-…Od wczesnego dzieciństwa chłopczyk osobliwą bystrością się wykazywał- zmyślny był i wygadany tak, że nieraz zdziwienie a i trwogę w sercach budził. Ledwie siedem roków mający, już na książce do nabożeństwa składnie czytał, a do mszy świętej jak nikt drugi służyć potrafił. Uradziła tedy wieś do szkół w mieście go posłać, bo talent taki zwiastował niechybnie wielką przyszłość uczonego albo i osoby duchownej. Sporym groszem obdarowany i błogosławieństwem na drogę, ruszył chłopczyna w świat, uroczystą przysięgę pierwej złożywszy, że honoru naszego żadnym czynem niegodnym nie splami, ani grzechem zaprzaństwa.
Lata mijały, Mateuszowi rodzice z tęsknoty pomarli, a po nim samym słuch wszelaki zaginął. Dopiero, jak straszna wojna po świecie się przewaliła i nowy porządek nastał- wtenczas i on powrócił. Całkiem odmieniony. Patrzą ludzie i się dziwują- nasz ci to Mateusz, czy jakiś diabeł obcy? Pan całą gębą- w mundurze i lśniących butach po kolana, a mądry i wygadany, że strach! Elektryczność i oświatę na nas tu wszystkich sprowadził, a wieczorami chłopów rozumu uczył podług praw tej…dietetyki…
- Dialektyki, pało zakuta!- Jasiek ostrym szeptem sztorcuje siostrę- Tyle razy już ci tłumaczyłem…
- Kurczę, wiem przecież, tylko mi ta coca cola trochę w głowie pomieszała..- Julka , upiwszy solidny łyk z trzymanej puszki, podejmuje przerwany wątek:
- Oj, wiele zamętu czynił po wsi ten Mateusz, zrywając z ludzkich oczu zasłonę ciemnoty i przesądu. Jednak kościoła naszego i Świadka pod lasem tknąć się nie poważył. Dobrze on rozumiał, że nawet jego moc tu nie sięga. Niechby tylko spróbował, zaraz by go ludzie na widłach roznieśli albo na kołach tych traktorów, co właśnie nastały!
- Święta prawda!
- Jużby go tam ręka ludzka i boża pomsta dosięgły!- podchwytują słuchacze, a ja składam sobie w duchu gratulacje i powściągliwy komentarz tam- pod lasem. Gwałtowne gesty i błysk w oczach zebranych świadczą dobitnie o pełnej gotowości bojowej. Wyszumiawszy się nieco, zgromadzenie milknie, by opowieść dalej snuć się mogła swoją utartą koleją.
- …Powetował sobie gdzie indziej. Oj, nie lubił on Cyganów, bo mu ten lud kolorowy, te pieśni i tańce przy ogniu bardziej jeszcze solą w oku stały, niżli nasze obyczaje. Ekspedycje słał, by razem z ostatnim taborem całe to kuglarstwo i zabobon z okolicy wygnać.
Aż stało się razu pewnego, że mu stara Cyganka drogę zastąpiła, a pomachawszy czerwoną chustą przed oczami, w te słowa się ozwała:
„ Nim pierwszy zamróz jarzębiny owoc zwarzy,
Biała Pani z kosą wnet ci się nadarzy”
I czy to do złej wróżby, czy za sprawą wyroków w niebie zapisanych- pomieszało się w łbie Mateuszowi. Zapomniał o wszystkich mądrościach w gazetach i książkach wyczytanych, walki z ciemnotą poniechał i na własną wojnę ruszył. Najpierw chyłkiem jeno grona z drzew obrywał, a zebrawszy do kupy- w ziemi chował. Jednak dnie pędziły, czas naglił, a tu końca roboty nie widać- bo jarzębin w naszej okolicy zawsze był dostatek. Wziął się tedy na sposób i nocami na łowy chodził- z piłą, siekierą i powrozem. Już nie owoce, nie gałęzie nawet, ale prosto całe drzewa pokotem leżące ludzie co rano na drodze znajdywali. Rady na to nijakiej nie było, bo z władzą- wiadomo- nie wygrasz, więc naród tylko w czoło się pukał, Mateusza Jarząbkiem przezywając….
Historia osiągnąć już musiała punkt kulminacyjny, bo Julka milknie nagle. Akurat w tym momencie odczuła nieodpartą potrzebę zawiązania sznurowadła w wyszukaną kokardkę. Czyni to niespiesznie, najwyraźniej delektując się pełną wyczekiwania ciszą. Artystka!
- I co, i co?- Do stołu przepycha się niecierpliwie jedno z młodszych dzieci, dla którego historia ta ma widocznie posmak nowości- Powiedz, Julka, jak było dalej. Umarł?
- Ano, umarł- jak każdy na tym łez padole…- Wzdycha i milknie ponownie, tak że dopiero mocny kuksaniec brata przywołuje ją do porządku.
- …Jednej nocy, ciężko robotą sfatygowany, przysnął sobie w lesie, a że chłody jesienne już nastały- przeziębił się. Płucna choroba jakaś go chwyciła, na którą rady nijakiej nie znaleźli nawet doktorzy z miasta sprowadzeni. I tak zmarło się biednemu Jarząbkowi akurat w sam Dzień Zaduszny. ..Chociaż to chyba nie do końca prawda, bo ludzie gadają, że czasami w noc księżycową można go spotkać na drodze pod lasem. Niekiedy przystanie, dzikim wzrokiem potoczy i tak boleśnie jęknie, że żal za serce chwyta. Musi to dusza Jarząbkowa, co śmierci wojnę wydała, odejść ze świata nie może i o zmiłowanie prosi…
Występ Julki uwieńczony w finale dramatycznym szeptem i stosowną mimiką, zostaje przyjęty z wielkim uznaniem.
- Brawo, Julka!
- Pięknie to powiedziałaś!
Ludzie podchodzą, gratulują nie kryjąc podziwu dla rezolutności i daru wymowy. Inni popatrują z niedowierzaniem, że taki skrzat mały, a wygadany i bystry, jak nie przymierzając sam Jarząbek- świeć Panie nad jego duszą. W oczach gospodarzy, mimo starannie udanej powściągliwości, zapala się ten szczególny błysk rodzicielskiej dumy…
- a co, mamusiu, a co? Udało mi się, prawda?..
- No, trochę nabajdurzyłaś, ale udało się- Matka z rozrzewnieniem gładzi kędzierzawą główkę.
- Tego upiora na drodze to już całkiem wymyśliła, ale fajny był- najlepszy ze wszystkiego- W uznaniu zasług Jasiek energicznie klepie siostrę po plecach.
- Kto tu mówi o łgarstwach? Samą prawdę powiedziała.- Starzec- z wyglądu stuletni i chyba całkowicie ociemniały- pojawia się znienacka pośrodku izby. -Widmo Wernyhory przywołane jakimś tajemnym słowem z otchłani wieków, z przesyconego magią świata pradawnych legend i przypowieści. Ani przygarbiona sylwetka, ani powolność ruchów w niczym nie umniejszają dostojeństwa i majestatycznej powagi bijących od tej szczególnej osobistości. Nawet głos- choć drżący i niezbyt donośny- budzi respekt wśród zgromadzonych, którzy rozstępują się z widocznym szacunkiem.
- Oh, dziadku, dobrze, że jesteś! Powiedz, że niczego nie zełgałam, że Jarząbek wciąż tuła się po tym świecie ni to żywy ni to martwy i nieraz go spotkać można…- Julka z rozradowaną buzią przypada do rąk patriarchy i, nie przerywając szczebiotu podnosi na niego rozjaśnione oczy. Wysuszone, sękate ręce otulają drobną figurkę- wróbelek w objęciach wiekowego dębu.
- Prawdę najszczerszą powiedziałaś, dziecko. Nawet w świętych księgach stoi, że głupi ten, co myśli, że żyć będzie wiecznie, a jeszcze głupszy- który śmierci sam szuka! Nie masz na tym świecie ni mocy takiej, ni zaklęcia, które by ją powstrzymać mogło albo do pośpiechu przymusić. Swój czas i miejsce sama znajdzie. A ty, który zamyślasz jej plany pokrzyżować- wspomnij Jarząbkową dolę i strzeż się! Ta dusza, co praw życia nie uszanowała, i po śmierci spokoju nie zazna!- W gniewnym zapamiętaniu starzec unosi laskę, wygrażając czy to zgromadzeniu żywych, czy też tej duszy niepokornej, zbłąkanej, która odejść nie chce, zamęt i niepokój siejąc. Głos spotęgowany nieznaną siłą przetacza się po pomieszczeniu a jego odbite wibracje powracają falą dreszczy i denerwującego mrowienia na karku.
- Wszyscy wy tu Jarząbkowe dzieci- z krwi jego i tej głupoty zapiekłej zrodzone, więc ruszajcie póki czas ofiarę błagalną spełnić!.
Przejmującą ciszę, która zaległa po pierwszych słowach starca, stopniowo zaczyna wypełniać szmer przyciszonych rozmów, brzęk naczyń, odgłos przesuwanych krzeseł- początkowo nieśmiałe, a potem już całkiem wyraźne przejawy powrotu do codzienności.
- Zmierzcha już, czas się zbierać…
Jeszcze gorące podziękowania i pochwały, wylewne uprzejmości prawione na odchodnym- i dom pomału pustoszeje. Jednak za progiem towarzystwo wcale nie rozchodzi się, ale trwa nadal w zgromadzeniu- najwyraźniej czegoś oczekując. Dyskusje i komentarze nieskrępowane już wymogami uprzejmości, nabierają teraz wigoru. W ogólnym rozgwarze splatają się basowe pomruki z wysokimi tonami babskich głosów, czyjeś dalekie nawoływania i całkiem bliskie szepty witane wybuchem powszechnej wesołości. Stopniowo jednak cały ten hałaśliwy dysonans ustępuje miejsca nowym- harmonijnym dźwiękom.
Z daleka woła las
Już srebrny miesiąc świeci,
Obyczaj spełnić czas-
Jarzębinowe Dzieci…
Melodia, z początku cicha, podchwycona przez pojedyncze głosy, zaczyna po chwili górować nad całym zgromadzeniem rozbrzmiewając mocą kilkudziesięciu gardeł:
Okryci nocy mrokiem
Idziem w leśne gęstwiny
Gnani losu wyrokiem
My- Dzieci Jarzębiny…
Do śpiewu dołącza dźwięk przybyłego skądś akordeonu i miarowo, w takt synkopowych rytmów, na podjeździe przed domem tworzy się falujący, roztańczony korowód.
- Pójdę Tato, co? Przecież już dość duży jestem…
Ojciec, zupełnie nieczuły na błagalne spojrzenia i wdzięk pokornego jagnięcia, stanowczo odsuwa syna od drzwi.
- Jeszcze nie twój czas.
- Widzisz, mówiłam, że ten numer nie przejdzie. Chodź lepiej na górę- fajną grę ściągnęłam z Internetu…
Jasiek z ociąganiem rusza za siostrą, mrucząc pod nosem jakieś nieprzychylne komentarze. Widocznie jednak gorycz porażki nie jest zbyt dotkliwa, bo już po chwili z głębi domu dobiega tupot, śmiechy i głośne uwagi tyczące chyba tej gry, albo jakiejś innej- równie ekscytującej strony życia.
Porzuciwszy ostatecznie pomysł noclegu w stodole, ruszam śladem dzieci do kwatery gościnnie zaoferowanej przez gospodarzy.
- A pan dokąd się wybiera?- Ala, dotychczas prawie niezauważalna, materializuje się nagle szczytu schodów ze swym nieodłącznym towarzyszem- Chyba nie chce pan zrezygnować z głównej atrakcji wieczoru?
- Wszelkich atrakcji mam już po dziurki w nosie. Muszę się w końcu, do diabła, wyspać!
- Ależ ja mam przeczucie, że szykuje się naprawdę wspaniałe widowisko. Proszę mi wierzyć- tego absolutnie nie może pan przegapić!
Herodbaba z niej żadna, ale i tak całą swoją osobą skutecznie blokuje mi wąskie przejście. Cóż, nie mam innej możliwości…
- Co pan robi?! To jest, to jest…
- Druga zasada dynamiki Newtona, którą zna pani zapewne z wnikliwych studiów, a teraz i z autopsji. Dobranoc!
- Ach, więc to tak?! Nawet na drobną przysługę z pańskiej strony nie mogę liczyć?- Osuwa się od ściany rozcierając obolały łokieć.- Doczekałam się- brutalna przemoc w miejsce wdzięczności….Oprawca!
Podła jędza!
#
- I jak się panu podoba tutejszy bohater? Osobliwa postać, prawda?
- Och, dałaby pani spokój! Nie jestem przecież idiotą i rozumiem, że to taka metafora.
- Metafora? – Mężczyzna idący w przedzie zwalnia, przyłączając się do nas. Zgaduję, że to ojciec Julki, choć panujące ciemności wykluczają stuprocentową identyfikację.
- Skądże! Człowiek z krwi i kości. Niektórzy jeszcze całkiem nieźle go tu pamiętają, bo też i zapomnieć ciężko. Nastał zaraz po wojnie jako komisarz ludowy a potem niby wójt na całą gminę i swoje porządki zaczął wprowadzać. Co będę państwu mówił- wiadomo, jak było…- Mężczyzna wzdycha i idzie przez chwilę w milczącej zadumie nad czasami, których z racji wieku absolutnie pamiętać nie może.
- …Ale czasami tak sobie myślę, że nawet z najgorszego zła jakieś dobre ziarno może wykiełkować. Czas rany zabliźnia, a obok pamięci ludzkiej i trwalsze ślady zostają. Weźmy choćby szkołę, ośrodek zdrowia, lepszą drogę- to wszystko spadek po tamtych czasach. A i nawyki ludzkie się zmieniły…
- Więc ta historia z jarzębinami i cała reszta to wymysł- takie obłaskawianie historii?- Zawód w głosie Ali jest aż nadto widoczny. Naprawdę wyobrażała sobie, że te wszystkie dyrdymały mogą mieć cokolwiek wspólnego z rzeczywistością?...
Po dłuższej pauzie nasz towarzysz chrząka z wyraźnym zakłopotaniem.
- Prawdę mówiąc- nie jestem pewien… Wiecie państwo, ja kończyłem gospodarkę leśną na SGGW i w zasadzie powinienem wszystko rozumieć, ale i dla mnie to zagadkowa sprawa. Nawet, jeśli przyjąć, że ten człowiek w jakimś szaleństwie urządził tu masakrę drzew, to i tak niczego nie wyjaśnia. Przyroda, owszem, potrafi wyrównywać straty- nawet z nawiązką, ale przecież nie w takim stopniu. To wręcz przeczy zasadzie równowagi! Tymczasem sami państwo widzicie, ile tu tego, a ja wciąż odnoszę wrażenie, że tych drzew z każdym rokiem przybywa… Ta jarzębina karmi nas i utrzymuje, ale też jakby osacza, że człowieka nieraz dopada uczucie jakiegoś zniewolenia, klaustrofobii. Czasem… czasem myślę, że to zemsta drzew za tamtą rzeź…- kończy cicho, jakby zawstydzony – i przyspieszywszy kroku dołącza do reszty pochodu.
No, nie, jednak wszyscy są tu lekko stuknięci. Zemsta drzew- też pomysł! Coś akurat do repertuaru mojej towarzyszki. Milczę, więc, by nie wywołać komentarzy, których charakter jestem w stanie dość dokładnie przewidzieć. Ona też szczęśliwie milczy, co w innych warunkach byłoby okolicznością nadzwyczajną, ale teraz specjalnie nie dziwi.- Światła wsi już jakiś czas temu pozostawiliśmy za sobą- podobnie jak wszystkie inne oznaki cywilizacji. Brniemy po straszliwych wertepach przy chybotliwym świetle paru latarek, co wymaga maksymalnej koncentracji i niemal akrobatycznego przygotowania. Nie takie eskapady zaliczyłem już w życiu, a jednak z trudem odnajduję się w tych warunkach. Cóż, lata spędzone w mieście zrobiły swoje… Zastanawia mnie, natomiast, gdzie ona się chowała, skoro potrafi poruszać się tak zwinnie i bezszelestnie. W książkach przecież tego nie uczą…
Zmiana gruntu pod nogami, nasilające się trzaski i charakterystyczne szelesty zwiastują bliskość lasu, który zdaje się być celem tej wyprawy. W każdym razie taką mam nadzieję, wnosząc z ożywienia na przedzie kolumny. Podekscytowane głosy zagłuszają dźwięk akordeonu towarzyszący całej wędrówce, tempo marszu załamuje się, by po chwili ustać całkowicie. Uff…nareszcie!
- Jest, jest- tutaj!
Rozproszone dotychczas promienie latarek koncentrują się i w drżącym kręgu światła nareszcie mogę dostrzec to, ku czemu lud tutejszy podążał z taką determinacją. Jarzębina- oczywiście! Prawda- okaz to szczególnie dorodny, o dużych, ładnie już zarumienionych owocach. Jednak ani rozmiar drzewa, ani jego tu obecność, nie są doprawdy niczym nadzwyczajnym. Jakby mało tego dobra mieli we wsi na każdym kroku i koniecznie trzeba było wlec się tu w ciemnościach ryzykując połamaniem nóg i utratą zębów. Kompletna aberracja!
Trącam w bok moją towarzyszkę, ale komentarz wolę zachować dla siebie, pomny dziwnej drażliwości autochtonów w jarzębinowych kwestiach. Zresztą, czasu na refleksje nie mam zbyt wiele, bo sytuacja rozwija się dynamicznie i wielowątkowo.
Przede wszystkim ktoś krzesze ogień. Tak- pośrodku suchego jak pieprz lasu zaczyna płonąć imponujący stos w przytomnej obecności leśniczego, który zdaje się być nawet inicjatorem tych poczynań! Zamiast głośnych słów protestu, elektryzujący szept przebiega wśród zebranych, wywołując nowa falę podniecenia, gwałtownych ruchów i niepojętych komentarzy.
- Patrzcie, patrzcie…Znak!
Powód tego ożywienia- prozaiczny na mój gust- siada właśnie na gałęzi drzewa z rozpostartymi skrzydłami i pysznie zadartym dziobem. Punky ze swym rozdętym ego w pełnym wymiarze! Cóż, przyznać muszę, że prezentuje się nad wyraz efektownie, wręcz majestatycznie- na czarnym tle, w ognistych, użyczonych od płomienia barwach. Myślałby kto, że feniks jakiś!
- To znak. Wybrana…
Nie wiem- czy wskutek owego „znaku”, czy też wcześniej powziętych zamiarów- w każdym razie w tym momencie rozpoczyna się interesująca ceremonia. – Przy wtórze jakichś rytmicznych mamrotań kobiety tworzą falujący, taneczny krąg. Raz za razem na gałęzie drzewa spływają białe wstęgi, girlandy, strzępy tiulu i Bóg wie czego jeszcze-tak, że po chwili jarzębina upodabnia się do bożonarodzeniowej choinki. Dotychczasowa melorecytacja dostraja się do cichej melodii akordeonu i przez las płyną dźwięki tęskne i płaczliwe:
Najpiękniejsza w całym lesie
W ślubne szaty przybrana
Sznur korali w wianie niesie
Panna Młoda- Wybrana…
Tymczasem niedoszły feniks, korzystając z zamieszania, najspokojniej w świecie zabiera się do konsumpcji. Czyni to zrazu nieśmiało, dyskretnie ukryty przed ludzkim wzrokiem, jednak zasmakowawszy widać w jarzębinowym menu- rozpoczyna regularną wyżerkę! Przynajmniej jakiś przejaw zdrowego rozsądku w tym powszechnym oczadzeniu umysłów.
Niepokojący trzask za plecami odrywa mnie od kontemplacji zjawisk wokół drzewa. Jęzory ognia buchają swobodnie pośrodku polany i fakt, że pożoga nie rozlała się jeszcze po całym lesie należy przypisać wyjątkowemu szczęściu albo…
- Sam już nie wiem, co myśleć. Nie mam nawet pewności, czy faktycznie widzę to, co widzę- czy też może za chwilę zerwę się z łóżka zlany potem stwierdzając z ulgą, że po raz kolejny nawiedził mnie idiotyczny sen. Bo przecież do kategorii snu musi należeć ta zgarbiona postać kreśląca jakieś wyszukane figury wokół ogniska. Wypełzła z ciemności ręka to też bez wątpienia oniryczne widmo, podobnie jak ta smuga złotego pyłu płynąca ku żarłocznie wysuniętym jęzorom ognia… W tej sytuacji prawa logiki nie mogą obowiązywać- to oczywiste- więc nie mam też powodu dziwić się, że gwałtownie zredukowany płomień pali się już równo i spokojnie rozsiewając słodkawo- mdły zapach kadzidła. Łagodne światło przenika ludzkie twarze skupione w kręgu milcząco i uroczyście. – Ludzie i żywioł pojednani w jakimś mistycznym, pierwotnym akcie zjednoczenia… Zresztą, nie tylko ujarzmiony ogień, ale również powietrze stojące nieruchomo i wszelkie żywe stworzenia zdają się podporządkowywać tajemnym nakazom. Wszystkie- z wyjątkiem jednego…
Dyskretnie wycofuję się poza krąg światła jak podglądacz przyłapany na wstydliwej skłonności- napiętnowany, obcy.
Dotyk chropowatej kory, orzeźwiająca woń sosnowych igieł przywracają mi poczucie właściwych proporcji. Wcale nie śnię- utknąłem tylko w czasie i okolicznościach, które nie do końca mi odpowiadają. Jeżeli spojrzeć na całą sprawę bez emocji, to przecież wszystko wygląda całkiem naturalnie. – Ot, impreza towarzyska zaprawiona dawką lokalnego kolorytu i tubylczego bajdurzenia. Mało to tego wciąż jeszcze po wsiach pokutuje?- Te wszystkie Marzanny, Turonie, wianki na wodzie w noc przesilenia….
Podobnego zdania jest chyba człowiek stojący nieopodal. Prawda, że w tych ciemnościach niewiele mogę dostrzec- jednak niedbała nonszalancja, z jaką opiera się o drzewo, głowa odchylona w geście przekory- to wszystko dowodzi, jeśli nie lekceważenia, to w każdym razie dystansu do obserwowanych wydarzeń. Przyjemnie byłoby zmienić słowo z kimś rozsądnym dla odmiany… Komentarz, który mam już na końcu języka powstrzymuje nagły błysk z niespodziewanej strony. Co też to być może- bo przecież nie świetlik? No, chyba, że dorobili się tu odmiany o gabarytach szerszenia… Błysk powtarza się z regularną częstotliwością: prawo- lewo, lewo- prawo. Przysuwam się bliżej zaintrygowany zjawiskiem, gotów na kolejne miejscowe dziwo.
-Phi, ani robaczek świętojański, ani błędny ognik, tylko zwyczajna moneta. Mój milczący towarzysz, widać znudzony przydługą ceremonią, zabawia się dla zabicia czasu. Prawa- lewa, lewa- prawa…- pieniądz wykreśla w locie srebrzysty łuk. Jest coś hipnotyzującego w tym monotonnym ruchu- jakaś zdeterminowana, powolna nieuchronność. Prawa- lewa…
- Ach tu się pan zaszył!- Głos Ali wyrywa mnie z odrętwienia.- Teraz pańska kolej, proszę- Podsuwa mi kubek , którego zawartość identyfikuję natychmiast po zapachu.
- Dziękuję, nie skorzystam. Rano mamy wyjechać, pamięta pani?
- Ależ to poczęstunek, nie wypada odmawiać- w jej głosie po raz pierwszy pojawia się łagodna, jakby prosząca nuta- Oni mogliby poczuć się urażeni. Są przecież tacy dumni…
A, niech się dzieje, co chce! Ulegam po raz kolejny i wbrew rozsądkowi wychylam zawartość za jednym zamachem. O, psia krew!- Herbatki ziołowej nie oczekiwałem, ale też i nie takiego wstrząsu! Jarzębiak, oczywiście- o lekko cierpkim posmaku i potężnej sile rażenia.
- Wystarczy…- chrypię odzyskawszy oddech, przerażony skwapliwością, z jaką uzupełnia naczynie.- Tam jest jeszcze jeden kandydat…
- Nie…- Podnosi głowę, rozglądając się się- Pan jest ostatni w kolejce.
- Na wzrok pani padły te promile? Tam, przecież- pod tym drzewem stoi! Znaczy, stał…- Wlepiam spojrzenie w czarny bezruch lasu, niezmącony najmniejszym przejawem życia.
- I… coś się panu musiało przywidzieć. Wszyscy przecież siedzimy przy ognisku. Taka wspaniała impreza i tylko pan się droczy jak obrażona pensjonarka.
Wypity trunek rozlewa się po wnętrznościach, wywołując uczucie piekącej goryczy i rozdrażnienia. Nagle ta polana rozświetlona łagodnym blaskiem, rozbrzmiewająca dziesiątkami głosów, wydaje mi się miejscem obcym i złowrogim. Wolę już ten las, w którym przynajmniej skryć się można przed natarczywym wzrokiem, tysiącami głupich pytań- i usnąć, usnąć nareszcie…
- No, niechże się pan ruszy! Z ludźmi być trzeba.- Ponaglany niecierpliwym głosem, kieruję się niechętnie w stronę ogniska, przy którym zabawa osiągnęła zdaje się apogeum. Gwar głosów miesza się z anemicznymi podrywami muzyki, kilka postaci kołysze się miarowo, trunek płynie szerokim strumieniem.
Drugą kolejkę wypijam automatycznie już bez żadnych sensacji.
Dotyk mgły, która właśnie napłynęła z lasu zwiastując bliskie nadejście świtu, chłodzi rozpalone policzki, przenika do wnętrza uczuciem apatycznego spokoju. Otulony kłębami grubej waty, ledwie rejestruję przytłumione dźwięki i rozmyte obrazy. Jak niewiele obchodzi mnie tez zewnętrzny świat, jego poruszenie, bełkotliwe słowa, których sens dociera do mnie z opóźnieniem.
Otrzyj łzy i już nie zwlekaj,
Gdy muzyka wkoło gra,
A za progiem w lesie czeka
Ten, któremuś pisana…
Chyba dokądś się wybierają- znów ożywieni, hałaśliwi. – Dokąd? Po co? Głupi…
Błyszczący krążek wędruje z ręki do ręki monotonnym ruchem wahadła, wykreślając w czarnej przestrzeni srebrzystą drogę. Lewa- prawa, prawa- lewa…Ostrze ze świstem rozcina mętne smugi mgły, przenika przez czaszkę niezmordowanie kontynuując swój świszczący, miarowy rytm- lewa- prawa…Nie, to nie moneta- to jest…
Dobry Boże, co oni chcą zrobić?!
Przeciskam się przez stłoczoną, ogłupiałą ciżbę, wciąż jeszcze zamroczony, niepewny własnych ruchów i zmysłów, które być może znów mnie mamią.
- Naści, duszo żarłoczna, nienasycona. Odejdź, skąd przyszłaś…
Ostrze osiągnęło maksymalny punkt wychylenia, zawisa w powietrzu, by rozpocząć swój powrotny, złowrogi ruch. Chwytam stylisko siekiery w ostatniej chwili, na sekundę przed nieuchronnym ciosem. Odepchnięty człowiek wpada w gromadę ziomków, wywołując nowe poruszenie i okrzyki protestu.
- Co pan najlepszego robi?!- dobiega mnie z tyłu strwożony szept Ali.- Taki tu mają obyczaj na pamiątkę tamtych wydarzeń.
- I pani właśnie to mówi?! Pani, która leje łzy nad każdym robakiem i zdeptanym źdźbłem trawy?- krzyczę, by zagłuszyć ten wszechobecny, metaliczny poświst narosły już do poziomu łoskotu- Przecież to jest głupie i złe!
- Myli się pan- to jest katharsis. Nie wolno przeszkadzać.
Przywieram całym ciałem do szorstkiego pnia, oburącz ściskając gruby trzonek siekiery. Skaleczone drzewo krwawi wydzielając gorzką żywiczną woń.
- Nie pozwolę na takie barbarzyństwo!
Ludzki krąg zacieśnia się wokół nas z głośnym pomrukiem niezadowolenia. Te spokojne, przyjazne dotychczas twarze wykrzywia teraz paskudny grymas złości. Chyba już po mnie…
Odsiecz przychodzi nagle- z najmniej spodziewanej strony. Punky, Punky siada na moim ramieniu!
-… Dotyk nieskończoności…- Nie wiem, czy to szept stojącej obok Ali, czy też głos narodzony w mojej własnej głowie, ale czuję, jak w ślad za tymi słowami postępuje pełna niewysłowionej ulgi cisza. Cały ten zgiełk świata, kurz przebytej drogi i to moje nieludzkie zmęczenie odpływają bezpowrotnie. I nie ma już nic, prócz swobody bezgranicznego, spokojnego trwania w poczuciu, że…
- … Wracaj duszo- biedna, udręczona. Wracaj, skąd przyszłaś…
PAPUGA - ...?
Jaka szkoda, że słuchając- nie słyszymy. Potem, gdy jest już za późno rozpaczliwie wyławiamy z zakamarków pamięci oderwane słowa, strzępy zdań. Międlimy je w dłoniach, obracamy jak paciorki nanizane na sznurek wspomnień, próbując uchwycić chwilę i zachować ją. To dość jałowe zajęcie, bo przecież wszystko, co ważne i tak już umknęło zostawiając przykre uczucie niedosytu.
…To zabawne- właściwie nie wiem nawet jak miała na imię. – Alicja, Alina?... Alicja brzmiałoby lepiej, choć to właściwie bez znaczenia, bo na ile ją znam- ma tysiąc imion na tysiąc różnych okazji. Jednak wolałbym wiedzieć- podobnie, jak parę innych rzeczy, o które nie spytałem. Może wówczas ten zamęt w głowie byłby mniejszy…Minęło tak niewiele czasu, a ja już tracę wątek, gubię znaczenie słów i nawet nie potrafię uszeregować we właściwej kolejności tych okruchów zdarzeń, które jeszcze pamiętam.
Eh, stary nawyk porządkowania! Wyśmiałaby mnie na pewno, rzucając jakąś cierpką uwagę: „Zachowuje się pan jak skrzętny liczykrupa w swoim zakurzonym kantorku”..
Mimo wszystko próbuję jakoś to sobie ułożyć- nie dla porządku nawet- ale dla samej przyjemności, jaką daje dotyk kształtów przywołanych ze wspomnień. To takie nieuchwytne- jak skrawki snu na progu przebudzenia umykające w przeczuciu obcej rzeczywistości…. Otwieram szeroko oczy. Boję się tego przebudzenia. Boję się niepamięci.
…Najpierw chyba były karty, które wypadły ze schowka przy kolejnej nieskutecznej próbie znalezienia okularów. Cholerne, wiecznie plączące się karty! Cisnąłem je na podłogę i zamarłem omal nie powodując zderzenia czołowego.
- …Nie rozumiem…- powtarzałem później, stojąc na poboczu, ciągle oszołomiony- ze wzrokiem wbitym w trzy białe kartoniki. Białe!- Przecież jeszcze wczoraj tam były. Pamięta pani? Trzy stylizowane sylwetki- Wół, Gracz i Apostoł. Pokazywałem przecież….
- Wspaniale!- Klasnęła w dłonie, wybuchając radosnym śmiechem- Proszę mi wierzyć, cieszę się na równi z panem!
Ta jej wesołość wydała mi się szczególnie niestosowana, by nie powiedzieć- arogancka
- Z czego?- warknąłem- że tracę po kolei wszystkie zmysły? Przecież głowę bym dał, że jeszcze wczoraj tam były…
- Oczywiście, że były! Człowieku, otrzymał pan drugą szansę, a to nieczęsto się zdarza. Szczęściarz!
Nawet, jeśli błysk zrozumienia pojawił się na chwilę w moim umyśle, wyparłem go szybko, oszołomiony niedorzecznością pomysłu. Alternatywa szaleństwa wydawała się bardziej racjonalna.
- Moja pamięć jest dziurawa jak ser szwajcarski…- poskarżyłem się, oczekując nie tyle współczucia, co potwierdzenia własnej niepoczytalności.
- Doprawdy? Proszę opowiedzieć- może pomogę. Przecież o czarnych dziurach wiem wszystko. Pamięta pan?
No, tego akurat nie sposób zapomnieć. Podobnie jak tych jej obrazków, Biblioteki bez Granic i paru innych osobliwości z Mozartem na czele. Jednak wszystko inne…
- Tyle rzeczy mi umyka. Mam wrażenie, że coś się zdarzyło, ale tylko w połowie- jak sen wyśniony nie do końca. To tak męczy.
- Na przykład?
- Choćby ta sprawa z osiołkiem. Chciałbym wiedzieć, czy chłopak znalazł dla niego spokojny dom. Może miał problemy?
- Przecież to już całkiem inna historia. Pańska się skończyła.
- Ale ja się martwię o nich. Podobnie, jak o tego nieszczęsnego grajka z Torunia. Jarzębiny też nie dają mi spokoju. Z moją głową jest coś nie w porządku, ale pani na pewno pamięta, bo pani mnie w to wplątała i na dodatek ciągle się chwali, że wie wszystko, więc ja też chciałbym…- ględziłem dość nieskładnie, zalewając ją tym moim strumieniem świadomości, w nadziei, że choć trochę rozjaśni mrok, jaki miałem pod czaszką. Trochę też liczyłem na czas- na jego gumowe właściwości, które w końcu się objawią, sprawiając, że ta rozmowa będzie mogła trwać całą wieczność. – Gdańsk zbliżał się w zastraszającym tempie, a wraz z nim poczucie jakiejś przeogromnej, niepowetowanej straty..
Wówczas napomknęła coś o studni- tej „niezgłębionej otchłani”, którą tak lekkomyślnie zbagatelizowałem.
- Niech mi pan wierzy- tam naprawdę można zobaczyć gwiazdy.
- Chce pani powiedzieć, że wystarczy zajrzeć do takiej dziury?...
- Wyleźć z niej, do licha! Jest pan najbardziej upartym człowiekiem, jakiego zdarzyło mi się spotkać!
…Gdańsk- stacja końcowa. Stąd można już tylko wypłynąć w nieznane, albo zwrócić. Ciągnie mnie ta przestrzeń, której swobody i bezmiaru miałem okazję dotknąć…
- Druga szansa!- głos jest tak wyraźny, że odruchowo zerkam przez ramię pewien jej nagłego pojawienia się. To nierozsądne, bo przecież w dwóch miejscach naraz nawet ona być nie może. Chociaż…kto ją tam wie?.. Na wszelki wypadek sięgam po okulary, by dokładnie zlustrować otoczenie. Cóż, taki odruch…
- A tych okularów niech pan w końcu przestanie szukać- rzuciła na odchodnym. W tej szczególnej chwili, gdy głos więźnie w gardle a miejsce wszystkich słów wypełnia cisza, ona wciąż miała mnóstwo do powiedzenia.- Stłukłam je, oczywiście, niechcący.- Oczywiście! W jej głosie nie było nawet śladu skruchy- No, proszę się nie obrażać, przecież i tak nie będą już panu potrzebne!
Fakt. – Stoję teraz na rozgrzanym placu i bez zmrużenia powiek mogę wpatrywać się w tę jaskrawą ludzką rzekę, która wylewa się z wnętrza Dworca Głównego. Chaos światła, barw i ciał tak fantastyczny, że nawet ona w swej niedorzecznej sukience wtopiła się weń natychmiast. Przed chwilą. Zbyt szybko. Chciałem jeszcze tyle…
Jakiś ptak z głośnym krzykiem wzbija się ponad głowami płynącego tłumu. Punky?...- Nie, to tylko mewa obwieszcza światu istnienie na swój smętny, płaczliwy sposób. Punky przecież wrócił…
Zaskakujące, że jego nieobecność zauważyłem tak późno- gdzieś w okolicach Tczewa.
- Wrócił do ojczyzny- oznajmiła tonem, jakim komunikuje się prognozę pogody albo prawo powszechnej grawitacji.
- Niemożliwe- sam?!- Znów musiałem zjechać na pobocze, by przyswoić tę szokującą informację.- To jest bez sensu! Przecież dla niego wyruszała pani w tę podróż. Mieliście razem…
- Cóż, tak zadecydował. Bo wbrew pańskim wyobrażeniom, on nie należy do nikogo. Jest wolny. I jeśli mam prawo cokolwiek komentować- uważam, że był to mądry wybór.- Roześmiała się cichutko, a ja dopiero wówczas spostrzegłem, że jej oczy nakrapiane cętkami światła wcale nie są czarne. Tysiąc barw, tysiąc słońc migoczących wśród szczątków zamarłego życia. Bursztyn- łzy umierającego lasu…
Wiedziałem już. Po raz pierwszy czułem tak intensywnie bicie własnego serca- i nie był to łopot skrzydeł uwięzionego ptaka, ale miarowy rytm spokojnego lotu. Ani olśnienie, ani wstrząs- po prostu prawda, która krążyła we mnie od samego chyba początku. – Od chwili, gdy na rozpalonej drodze z gęstego upału i powodzi światła wynurzyła się Ona z papugą na ramieniu.
Koniec?
|
|